fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Ach, co to był(by) za film!

Krzysztof Kłopotowski
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Obraz o Smoleńsku może łatwo wpaść w tryby propagandy PiS. Realizatorzy mają wybór: zrobić dzieło łatwe do wykorzystania w propagandzie partyjnej lub wykazać determinację w dochodzeniu prawdy – pisze krytyk filmowy
Film o katastrofie smoleńskiej planowany przez Antoniego Krauzego mógłby odegrać podobną rolę w najnowszych dziejach Polski co Andrzeja Wajdy „Człowiek z marmuru”. Wajda obnażył zdradę ideologii PRL – panowania klasy robotniczej – przez nomenklaturę partii komunistycznej. Tak przygotował grunt na wystąpienie robotników w „Solidarności” cztery lata później.
Pamiętajmy, że „Solidarność” nie osiągnęła swych celów w czasie zrywu, a po kilku latach została użyta przez tęże nomenklaturę do reformy państwa korzystnej dla siebie. Natomiast Krauze chce obnażyć poddanie racji stanu przez warstwę rządzącą III RP. Czy z lepszym dla patriotycznych buntowników skutkiem?
W obu wypadkach działa taka sama rosyjska wymówka. Oto socjalizm w Polsce nie mógł mieć „ludzkiej twarzy”, gdyż nie pozwalali „Radzianie”, jak partyjniacy określali między sobą towarzyszy radzieckich. A dzisiaj Polska nie może być w pełni suwerenna, bo Putin nie pozwala. Ma na miejscu wystarczająco silne wpływy oraz poparcie na Zachodzie, żeby realizować swoją wolę. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj prawdziwy argument za ograniczeniem suwerenności podaje się w sugestiach, nigdy wprost. W odpowiedzi na to w PRL powstał autentyczny ruch robotniczy i patriotyczny. Natomiast w III RP powstaje ruch narodowy, jak pokazał finał Marszu Niepodległości 2012.

Niepokój o przyszłość państwa

Muszę ujawnić konflikt interesów. Jestem inspiratorem filmu o Smoleńsku. Antoni Krauze twierdzi, że zachętą był mój list otwarty do Ewy Stankiewicz ogłoszony w „Tygodniku Solidarność” pt. „Przewrócony tron”. Wskutek katastrofy list ująłem jako rejtanowskie ostrzeżenie przed upadkiem państwa w formie dzisiejszej, bez przemocy wojskowej. Ewa Stankiewicz jawi się jako wcielenie Joanny d’Arc w postaci współczesnej, bez spalenia na stosie przez możnych. Ta tragiczna perspektywa wstrząsnęła reżyserem. I odezwali się również szydercy, bo zanika instynkt samozachowawczy narodu.
Artysta ma widzieć dalej i czuć więcej od publiczności. Dalekowzroczność jest także zaletą w myśleniu geopolitycznym. Roger Scruton, brytyjski filozof, mówi w „Rzeczpospolitej”: „Upadek Unii może mieć dla Polski bardzo negatywne konsekwencje. Nie można wykluczyć, że takie wydarzenie pociągnie za sobą wybuch jakiegoś europejskiego konfliktu, zmianę status quo, która może mocno uderzyć w Polskę. Obawiam się jednak, że jest to proces, którego nie uda się zatrzymać. (...) W przypadku Polski nie da się przygotować na najgorsze”.
Smoleńsk jak błysk pioruna oświetlił miejsce naszego kraju w świecie. Na nic zdała się w tym wypadku Unia Europejska, na nic gwarancje bezpieczeństwa NATO. W decydującej chwili zostaliśmy sam na sam z Rosjanami. Któż by teraz mógł zabronić artystom niepokoju o niepodległość, gdy politolodzy, bo nie tylko Scruton, biorą pod uwagę upadek Unii i naszą klęskę? Bierze to również pod uwagę rząd Donalda Tuska. Zbliża się z Niemcami z obawy przed Rosją.

Ryzyko artystów

Fabuła filmu Krauzego oparta jest na dochodzeniu prawdy o katastrofie przez dziennikarkę Ewę, jak postać grana przez Krystynę Jandę dochodziła u Wajdy prawdy o przodującym murarzu z lat 50. To materiał na wielką rolę dla młodej aktorki, która postawi na jedną kartę swą karierę. Establishment III RP szybko jej nie wybaczy. Janda, debiutantka z talentem i temperamentem, tak właśnie postawiła i wygrała w wielkim stylu. W podjęciu ryzykownej decyzji pomógł jej fakt, że Andrzej Wajda miał mocną pozycję u władz PRL, o wiele mocniejszą niż Antoni Krauze ma w III RP. Film był także zgodny z oficjalną ideologią; mieścił się w kategorii zwalczania „błędów i wypaczeń” socjalizmu.
Natomiast film o Smoleńsku zmieści się w tej kategorii dopiero po zmianie rządu i „kapitalistycznej odnowie” na wzór periodycznych „odnów socjalizmu”. Wtedy względnie bezpiecznie będzie można wskazać winnych katastrofy. Odnowy nie musi dokonać Jarosław Kaczyński. Może Aleksander Kwaśniewski, odpłacając Putinowi blokadę swych marzeń awansów na Zachodzie z zemsty za udział w odrywaniu Ukrainy od Rosji podczas pomarańczowej rewolucji.
Zaczynanie kariery od ataku na zepsute siły polityczne wymaga dużej odwagi. Ale kończyć karierę w ten sposób wymaga raczej poczucia sprawiedliwości i dumy. Marian Opania, który odmówił roli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nie znalazł w sobie dość jednego i drugiego.
Nie trzeba go potępiać ani małostkowo podważać umiejętności aktorskich. Sam wie najlepiej, na co może sobie pozwolić. Brak pewności siebie odbiłby się na jego pracy przed kamerą. Zwolennicy filmu mówią, że aktor grający zbrodniarza w życiu prywatnym nie popiera zbrodni, wręcz przeciwnie, ukazując ohydę występku, zachęca do cnoty. Dlatego zagranie prezydenta nie oznacza poparcia dla jego polityki.
To nietrafny argument. Wśród publiczności panuje zgoda, co jest zbrodnią, i że trzeba ją potępiać. Zaś nie ma zgody, czy polityka Lecha Kaczyńskiego była słuszna. Niektórzy mówią, że bardzo szkodliwa dla Polski, inni, że najbardziej zgodna z polską racją stanu. Każde stanowisko wywoła sprzeciw pewnej części publiczności.
Autorzy planowanego filmu popierają to drugie. Scenarzysta Marcin Wolski napisał tuż po katastrofie smoleńskiej głośny wiersz „Na kolana!”, w którym potępił przeciwników tragicznie zmarłego prezydenta. Występ w filmie oznacza więc poparcie polityki Lecha Kaczyńskiego, a nawet jego brata, choć jest najbardziej kontrowersyjnym z poważnych polityków kraju.

Co komu w duszy gra

Krauze i Wolski powinni zmierzyć się z najpoważniejszymi pytaniami o braci Kaczyńskich, a nie tylko o Donalda Tuska i jego pomocników. Film czysto polityczny byłby płaski jak deska. Trzeba analizy psychiki głównych bohaterów. Czy Jarosław był cieniem Lecha, mając złe cechy, które Lech tłumił w sobie? Jaki to ma sens, że dwóch niskich, nieładnych bliźniaków chce wielkości Polski? Czy PiS rzeczywiście jest „partią brzydkich mężczyzn”, którzy szukają w polityce wzniosłej kompensaty?
Z drugiej strony konfliktu, jeśli w rodzinnym domu Donalda Tuska mówiło się po niemiecku, jaki to ma wpływ na jego stosunek do Polski? Czy przystojni politycy PO sądzą, że od życia należy im się więcej użycia, bo mają nieco lepszą formę? Czy antropologia przekłada się tu na politykę w XXI wieku? Filmowiec mówi obrazami, dlatego może sobie na więcej pozwolić od publicysty. Co niestosowne w gazecie, to może być swobodnie rozważane i pokazane w kinie.
W polityce prezydenta Kaczyńskiego film o Smoleńsku powinien rozróżniać między rozsądną obroną interesów kraju a mierzeniem sił na zamiary. Z jednej strony jego sprzeciw wobec złej umowy gazowej z Rosją, ale z drugiej antyrosyjska koalicja państw Europy Środkowej i wyzwanie rzucone Moskwie w 2008 roku romantyczną wyprawą prezydentów do Gruzji, bez poparcia sojuszników z Zachodu.
Należy także rozdzielić inne pojmowanie interesu Polski przez premiera Tuska od lekkomyślności i braku kompetencji. To pierwsze da się obronić i zostało dwukrotnie poparte przez wyborców, jednak to drugie prowadzi do nieszczęścia. Ta fabuła nie nadaje się do happy endu, niezależnie od tego, kto jest lub będzie górą. Bracia Kaczyńscy wygrali walkę na kilka lat, ale okazało się, że z tragicznym skutkiem. Tusk zdaje się wygrywać, ale jakim kosztem własnym i publicznym!

Patrząc z boku

Ta narracja powtarza się w Polsce od konfederacji barskiej sprzed 250 lat. Warto więc wprowadzić do filmu postać współczującego Obserwatora. Takim był Żyd w „Weselu” Wyspiańskiego i Jankiel w „Panu Tadeuszu” Wajdy. Polityka w naszym kraju nie daje spełnienia. Dlatego Obserwator spełnia się w życiu osobistym. Czego bowiem nie wybierzesz: romantyczny wysiłek czy pragmatyczną pracę, i tak spotka cię nienawiść części ziomków. „Dla Polaków można coś zrobić, ale z Polakami nigdy”, zauważył margrabia Wielopolski, który daremnie próbował nie dopuścić do powstania styczniowego bez szans na wygraną, za co dostał pogardę.
Krauze wywoła ozdrowieńczy wstrząs, jeśli zachowa dystans do obu stron walki politycznej. Może w tym celu wprowadzić osoby unifikujące. To ludzie, którzy w sobie odczuwają pragnienia, jakie mają obie strony konfliktu i rzutują na innych ludzi. Na ogół wyprowadza się na zewnątrz bohatera jego sprzeczne popędy jako odrębne postaci, żeby pokazać, jak ze sobą walczą. Może więc warto spróbować zabiegu odwrotnego: PiS-owiec pożąda PO-wca, i odwrotnie, gdyż obaj tłumią w sobie cechy przeciwnika, aż się połączą, jak Romeo i Julia.
Postacią unifikującą jest para zakochanych. Miłość uświadamia, że postawa polityczna jest pewnym sposobem bycia, czymś w rodzaju maski, którą można zmienić albo zdjąć. Tylko czy Krauzego z Wolskim stać na szekspirowski dystans? I czy salon warszawski jest zdolny do współczucia rodakom o niemodnej formie?
Film o Smoleńsku może łatwo wpaść w tryby propagandy PiS. Ma być sfinansowany w wielkiej mierze ze zbiórki społecznej zwolenników partii i zapewne przychylnych PiS instytucji. Realizatorzy mają wybór: zrobić film łatwy do wykorzystania w propagandzie partyjnej lub wykazać determinację w dochodzeniu prawdy.
Kto dałby im na to pieniądze? Załóżmy, że Polski Instytut Sztuki Filmowej stanie na wysokości zadania, jako instytucja niezależna od rządu. Gdy PISF powstawał, toczyła się walka, by dyrektor Instytutu decydował sam o finansowaniu filmów bez udziału ministra kultury. PISF powstał też wbrew zaciętemu oporowi PO, a dzięki temu, że Jarosław Kaczyński kazał swoim posłom poprzeć projekt ustawy autorstwa Waldemara Dąbrowskiego z SLD. Kaczyńskiemu chodziło o dobro kultury polskiej i swobodę poszukiwań filmowców. Nadeszła godzina próby dla ludzi Instytutu.

Autor jest krytykiem filmowym i publicystą
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA