Drogo zapłacimy za urojenie końca historii – uznał Rubio
To była zawoalowana odpowiedź na deklarację kanclerza Niemiec Friedricha Merza z poprzedniego dnia. Niemiecki polityk ostrzegł, że „w świecie rywalizacji potęg bez wsparcia europejskich sojuszników Stany Zjednoczone wkrótce dojdą do kresu swoich możliwości”.
Nie była to jedyna odpowiedź amerykańskiego sekretarza stanu. Podczas gdy szef niemieckiego rządu ostrzegł, że „ruch MAGA (Make America Great Again, Uczyńmy Amerykę Znów Wielką – red.) to nie jest nasza narracja. Dla nas wolność słowa kończy się, gdy w grę wchodzi godność ludzka. Nie wierzymy w protekcjonistyczne cła, ale w wolny handel. I w to, że tylko działając wspólnie możemy powstrzymać klimatyczną katastrofę”, szef amerykańskiej dyplomacji mówił o wspólnej cywilizacji Zachodu. Posunął się nawet do tego, że dziękował Brytyjczykom za wszczepienie Amerykanom pojęcia rządów prawa. Konceptu, który, zdaniem bardzo wielu, Trump teraz systematycznie niszczy.
Merz ostrzega Amerykę
W świecie rywalizacji potęg bez wsparcia europejskich sojuszników Stany Zjednoczone wkrótce dojdą...
Rok temu z tego samego miejsca wiceprezydent USA J.D. Vance sięgał po najtwardsze słowa, aby potępić Europę za niekontrolowaną politykę migracyjną czy rzekome ograniczenie wolności słowa. Ton Rubio, ale przede wszystkim sedno jego przesłania, były zupełnie inne. Wspominał o „urojeniu końca historii”, którym dał się uwieść cały Zachód, a nie tylko Europejczycy. Jego zdaniem chodzi o przekonanie, że wolny handel jest przyszłością świata, choć autorytarne reżimy (na czele z Chinami) wykorzystują go, aby nieuczciwymi metodami budować swoją potęgę. Dalej o układzie, w którym doszło do outsourcingu bezpieczeństwa wielu krajów do organizacji międzynarodowych (NATO) o coraz mniejszej wiarygodności. Kolejny punkt: walka o powstrzymanie zmian klimatycznych, podczas gdy Rosja czy Chiny garściami wykorzystywały kopalne źródła energii, aby zyskać przewagę cenową. I niekontrolowana imigracja, która może zniszczyć podstawy zachodniej cywilizacji.
Tyle że Rubio nie wspomniał, iż to przede wszystkim Ameryka poszła tą drogą. Dziewięciu kolejnych prezydentów USA kontynuowało po Richardzie Nixonie politykę bliskiej współpracy gospodarczej z Pekinem, bo przenoszenie produkcji do Chin oznaczało kolosalne korzyści dla amerykańskich koncernów. A i zdanie się Europejczyków na gwarancje NATO było jednym z najważniejszych narzędzi wpływów Ameryki na świecie. I Waszyngton nie miał nic przeciw temu, dopóki nie okazało się, iż przez wyzwanie rzucone przez Chiny Ameryka dłużej nie jest w stanie samodzielnie gwarantować bezpieczeństwa Europejczykom.
Mleko się rozlało. Europa dawnej roli już nie zaakceptuje
Czy za deklaracją Rubio pójdą czyny? W końcu sekretarz stanu jest uważany za jednego z bardziej pojednawczych wobec Europy członków administracji Trumpa i jego przemówienie nie musi oznaczać, iż Vance czy sam prezydent USA zmienili nastawienie do Europy. Jednak przynajmniej w dwóch punktach szef amerykańskiej dyplomacji dał sygnały, że to nie tylko słowa. W sprawie Rosji przyznał, że „nie wiadomo, czy Moskwa poważnie chce pokoju, czy nie”. Zapowiedział dalsze zwiększanie presji Ameryki na Kreml, wymieniając kolejne sankcje czy wymuszenie na Indiach, aby nie kupowały rosyjskiej ropy. A wcześniej nazwał Związek Radziecki „bezbożnym imperium zła”. A to przecież jest projekt, z którego czerpie Władimir Putin, i który chce w jakiś sposób odbudować. Można więc odnieść wrażenie, że groźba rosyjsko-amerykańskiego porozumienia ponad głowami Europejczyków nie musi się spełnić.