Na ten serial, który wyreżyserował urodzony na Śląsku Maciej Pieprzyca, można spojrzeć z wielu perspektyw. Netflix lubi zaglądać w podszewkę lat 70., bo to modne retro, a również pełne dramatycznych i tragicznych historii. Zgromadzono też już wiele wiedzy na temat filmowych lokalizacji, a także scenograficznych i kostiumowych gadżetów, że wystarczy dodać hity z tamtej epoki – Jantarkę, Grechutę, 2+1, Breakout – i robi się widowisko. I jest. Na pewno Netflix nie pożałował funduszy.
Każdy kadr to sporo pieniędzy – a to portrety Gierka i Breżniewa, a to Trabanty i karetki pogotowia Warszawa Kombi, zielone budki telefoniczne, że o wystroju wnętrz z dyżurnymi meblościankami nie wspomnę. Oraz tony kostiumów. Scenografki Joanna Macha i Marcelina Początek-Kunikowska wiedziały, jak pokazać gierkowską dekadę. I to się ogląda!
Jolanta Wadowska-Król i „Ołowiane dzieci”
Regiony w Polsce dostały też swoje dyżurne role. Dolny Śląsk? Wiadomo – nazistowskie tajemnice, których jest więcej w polskich produkcjach pseudoksiążkowych i serialach niż III Rzesza miała żołnierzy. Na Podhalu? Też wiadomo – Goralenvolk. W Sopocie? Kasyna i „dziewczynki”! Śląsk po wielkich filmach Kazimierza Kutza był z boku. Za towarzysza Gierka w centrum uwagi i zazdrości - ostatnio pomijany. Nawet przez Ślązaków, którzy w większości głosowali na tego, który nie chce ustawy o odrębności języka śląskiego, co ostatnio potwierdził prezydenckim wetem.
Tymczasem śląskiego pięknie się słucha w „Ołowianych dzieciach”, nawet jeśli śląscy politycy i obywatele mówią głupoty, czego wymaga od nich narzucona przez Sowietów władza.