To nie było łatwe zadanie. Poziom berlińskiego konkursu był wysoki i wyrównany, co najmniej kilka filmów mogło więc walczyć o najwyższą nagrodę. Powiedział to zresztą przewodniczący jury Wim Wenders: „Wyłoniliśmy trzy tytuły, z których każdy wydawał nam się równie wspaniały i mógł dostać Złotego Niedźwiedzia. I bardzo długo dyskutowaliśmy”. Ostatecznie Złotym Niedźwiedziem jurorzy nagrodzili „Yellow Letters” Ilkera Cataka – opowieść o małżeństwie artystów z Ankary – pisarzu i aktorce, którzy będąc wielkimi gwiazdami – nagle stali się ofiarami państwowego systemu represji. Stracili wszystko – pracę, dom. Razem z trzynastoletnią córką musieli przenieść się do mieszkania matki, do Stambułu. Catak pokazał zniszczoną rodzinę, w której każdy reaguje inaczej. Mąż pozostaje wierny własnym przekonaniom, żona przyjmuje rolę w soap-operze w reżimowej telewizji. Reżyser nie ocenia niczyjej postawy, portretuje kaleki wstrząsany przez reżim świat.
Mocne kino polityczne na Berlinale
— To film, który konfrontuje polityczny język totalitaryzmu z empatycznym językiem kina – powiedział Wim Wenders, dodając, że to, co widzowie zobaczyli na ekranie może stać się w niedalekiej przyszłości doświadczeniem coraz większej liczby krajów.
Srebrny Niedźwiedź – Grand Prix Jury powędrował do „Salvation” Emina Alpera – historia walki o władzę, ziemię i „rząd dusz”, jak toczy się w tureckiej wiosce położonej wysoko w górach. Film, w którym – jak określili to jurorzy – nie ma miejsca na proste recepty. Jest pogłębiające się lekceważenie prawdy i narastający strach.
Odbierając statuetkę, Alper wygłosił mocne, polityczne przemówienie, upominając się o ludzi prześladowanych, którzy doznają przeraźliwej samotności. Mówił o Palestyńczykach w Gazie, Irańczykach zabijanych na ulicach, o swoich przyjaciołach z Turcji skazanych na długoletnie więzienie za „nieprawomyślność”. „Nie jesteście sami” – powtarzał reżyser.