fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Euro 2012

Strzelić, obronić, zapomnieć

Bramkarz Rui Patricio wyczuł, gdzie będzie strzelał Cesc Fabregas, ale nie sięgnął piłki. Ten karny dał Hiszpanom awans do finału mistrzostw Europy
AP
Kibice je kochają, piłkarze przeklinają, ale na razie nie ma lepszego sposobu, by po dogrywce rozstrzygnąć mecz
 
Bruno Alves szedł z opuszczoną głową. Wszystko miał poukładane: w jaki sposób się ustawi, jak weźmie piłkę i w który róg bramki strzeli. Koledzy, jak każą przepisy, zostali na środku boiska. Dogonił go jednak Nani, krzyknął, że teraz jest jego kolej, i Alves musiał wrócić na swoje miejsce.
Nani się nie pomylił, za chwilę Sergio Ramos skopiował strzał Andrei Pirlo i Alves podszedł do piłki jeszcze raz. Nie wytrzymał. Huknął w poprzeczkę.
Gdy za chwilę trafił Cesc Fabregas, Cristiano Ronaldo podniósł oczy do nieba. On nawet nie miał szansy strzelić, a Alves musiał przeżywać swój wstyd. Tak jak wielu piłkarzy przed nim, jeśli to w ogóle jakieś pocieszenie.
Mylili się przecież najwięksi, w najważniejszych meczach: Roberto Baggio w finale mundialu 1994, Marco van Basten w półfinale Euro 1992 czy Frank de Boer w półfinale Euro 2000.

Blatter szuka wyjścia

Nic dziwnego, że na rzuty karne narzekają niemal wszyscy i unikają ich jak mogą. Sławy jest tutaj niewiele do zyskania (poza bramkarzami), te gole nie liczą się nawet do klasyfikacji strzelców, a kłopotów można sobie narobić na całe życie. Szczęśliwi, których w czasie rzutów karnych nie ma na boisku.
– Najwięksi mylą się tak często, bo zdają sobie sprawę, że wszyscy na nich liczą. Im nikt nie daje prawa do pomyłki – mówi „Rz" były bramkarz reprezentacji Polski Wojciech Kowalewski.
Włoch Aldo Serena wspominał, że w półfinale mundialu w 1990 roku nie chciał strzelać. Musiał, bo wszyscy inni uciekli. Strzelił, a Argentyńczyk Sergio Goycoachea obronił. Wina spadła na Serenę.

Ułamek sekundy

Biegasz przez 120 minut, jesteś najlepszy na boisku, mijasz rywali, jeśli jesteś napastnikiem, albo zatrzymujesz wszystkich, jeśli jesteś obrońcą. Możesz strzelić gola i być o krok od tego, by kibice nosili cię na rękach, by zostać bohaterem. A potem bierzesz piłkę, stajesz przed bramką i niszczysz wszystko w ułamku sekundy.
Nic dziwnego, że ostatnio do walki z rzutami karnymi wziął się Sepp Blatter. Nie chce ich, bo według niego to niesprawiedliwy sposób wyłaniania zwycięzcy, a futbol z gry zespołowej staje się nagle dyscypliną indywidualną.
Prezydent FIFA trochę racji ma, ale na razie rzuty karne to droga najsprawiedliwsza do przełamania remisu. Przynajmniej liczy się technika i mocniejsze nerwy, a nie tylko łut szczęścia. Można nawet wmieszać w to matematykę. Simon Kuper i Stefan Szymanski w książce „Soccernomics" wykazali, że drużyna, która pierwsza strzela rzut karny, ma 60 proc. szans na zwycięstwo.
Mimo wszystko karne ciągle nazywane są loterią. – Mówią tak ci, którzy stają po stronie pechowców. Ale jeśli spojrzymy na Euro 2012, to karne wygrywały drużyny, które zasłużyły na zwycięstwo: Hiszpania i Włochy. Przypadku tutaj nie było – mówi Kowalewski.
Blattera to na razie nie przekonuje. Na szefa grupy, która ma znaleźć inne rozwiązanie, wyznaczył Franza Beckenbauera, honorowego prezesa Bayernu Monachium.
Być może dlatego, że prezydentowi FIFA zrobiło się szkoda płaczącego Bastiana Schweinsteigera i kolegów, którzy w karnych przegrali finał Ligi Mistrzów z Chelsea.
Tą samą Chelsea, która cztery lata wcześniej była o krok od zwycięstwa nad Manchesterem United, ale przy strzale pośliznął się najwierniejszy z jej wiernych żołnierzy – John Terry.
Gdyby strzelił, podniósłby w górę puchar. Miał pecha, trafił w słupek. Chwilę później karnego wykorzystał Anderson, a potemEdwin van der Sar obronił strzał Nicolasa Anelki.
Terry, wielki, groźny facet, który jest w stanie rozbić każdego napastnika, płakał na oczach 100 mln widzów jak dziecko. – Nie byliśmy w stanie go uspokoić – mówił później jego kolega z drużyny Ricardo Carvalho.

Beckham trafia w trybunę

Co mu mogli powiedzieć, czego sam by nie wiedział? Przeżył już wcześniej gorycz porażki w rzutach karnych, tyle że z reprezentacją Anglii. Dwukrotnie z wielkiego turnieju wyrzucała ich Portugalia w 2004 i 2006 roku, a właściwie bramkarz Ricardo.
Najsłynniejszy był ten konkurs z Euro 2004, kiedy najpierw Ricardo obronił rzut karny bez rękawic, a potem sam pokonał Davida Jamesa. Tamtego wieczora został bohaterem całej Portugalii, a David Beckham stał z boku i patrzył.
On swojego karnego spudłował i był to jeden z najbardziej pamiętnych momentów tych mistrzostw. Piłka poszybowała wysoko nad poprzeczką, a Anglik rozłożył ręce i próbował pokazać, że wszystko przez nierówne boisko.
Przecież takich karnych na treningach, a nawet w ważnych spotkaniach strzelał wcześniej setki. Pomylił się akurat wtedy, gdy nie mógł tego zrobić. Zawiódł jak wielu przed nim i po nim. Kibice mogli być na niego wściekli, ale koledzy z drużyny i trenerzy go bronili. Tym karnym Beckham pozbawił posady Svena Gorana Erikssona.
Wtedy pech dotknął Beckhama, na mistrzostwach świata w Niemczech w 2006 roku, też przeciwko Portugalii, pomylili się dwaj inni wielcy: Frank Lampard i Steven Gerrard, którzy mieli być tymi najpewniejszymi. Każdego może to spotkać.
Anglicy mówią o pechu, który ich prześladuje od 1990 roku, gdy w półfinale mundialu pokonali ich w rzutach karnych Niemcy. Wtedy pomylili się Stuart Pearce i Chris Waddle.
W 1996 roku na Wembley nie strzelił Gareth Southgate, a w ostatnią niedzielę do długiej listy pechowców dołączyli Ashley Cole i Ashley Young.
Klątwa Włochów też zaczęła się w czasie mistrzostw świata w 1990 roku, gdy w półfinale pokonała ich Argentyna.

Holenderska niemoc

Cztery lata później porażka była jeszcze dotkliwsza, bo przyszła w finale z Brazylią. Pierwszy pomylił się Franco Baresi. Strzelił tak, jak radzą podręczniki: mocno pod poprzeczkę, tam gdzie bramkarz nie ma szansy sięgnąć. Piłka poszybowała wysoko w trybuny, a Baresi padł załamany na kolana. Finał odbywał się w ostrym słońcu na stadionie w Pasadenie i przez chwilę kibice mogli się bać, że Baresi zemdlał z emocji. Bramkarz Brazylijczyków Claudio Taffarel pochylił się nad nim i coś szepnął do ucha.
Decydującego karnego strzelał Roberto Baggio. Wziął długi rozbieg i uderzył dokładnie tak samo jak Baresi. Opuścił głowę, a Brazylijczycy zaczęli się cieszyć.
Klątwa Włochów nie trwała jednak tak długo jak Anglików. Udało się ją przełamać w 2000 roku, w półfinale mistrzostw Europy. To był konkurs rzutów karnych, który przeszedł do historii piłki nożnej, ale nie za sprawą Włochów.
Holendrzy tamtego popołudnia nie strzelili w sumie pięciu jedenastek. Dwóch, które mogły dać im zwycięstwo, nie wykorzystali jeszcze w trakcie meczu.
Frank de Boer pomylił się, dwa razy. Potem jeszcze Jaap Stam kopnął w okolice trzeciego piętra, a decydującego karnego nie wykorzystał Paul Bosvelt.
Chwilę później Francesco Totti powtórzył słynny wyczyn Czecha Antonina Panenki z 1976 roku, strzelając lekko w środek bramki. Edwin van der Sar rzucił się w bok i nie miał najmniejszych szans. Próbował przewidzieć, gdzie poleci piłka, żeby zwiększyć swoje szanse na obronę, ale takiego kierunku nie wziął pod uwagę.
Wstyd zostaje ze strzelcem i nikt nie chce słuchać, że to wcale nie jest takie proste: przecież naprzeciwko był tylko bramkarz, do bramki jedenaście metrów, a wokół żadnego przeciwnika.
masz pytanie, wyślij e-mail do autora
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA