fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Zniknięcia chłopca nikt nie zauważył

Mimo wysiłków policji tożsamość chłopca ustalono dopiero po anonimowym telefonie
Fotorzepa, Tomasz Jodłowski TJ Tomasz Jodłowski
Gdyby istniał monitoring losów dziecka, a otoczenie było wyczulone, brak Szymona szybko by odkryto
Od momentu postawienia zarzutu zabójstwa domniemanej matce dwulatka wyłowionego dwa lata temu ze stawu pod Cieszynem wszyscy zadają sobie pytanie, jak to możliwe, że zniknięcie chłopca umknęło uwadze instytucjom państwa czy najbliższemu otoczeniu.
- W tej sprawie zawiedli zarówno urzędnicy, którzy zbyt rutynowo podeszli do sprawy, jak i rodzina chłopca czy sąsiedzi, nie interesując się jego losem  - uważa Mirosława Kątna,przewodnicząca Komitetu Ochrony Praw Dziecka.
Od dwóch dni wiadomo, że dwulatek to Szymon z Będzina. Rodzice chłopca w poniedziałek zostali aresztowani. Matka  - Beata Ch. -  pod zarzutem zabójstwa, ojciec  - Jarosław R.  - pod zarzutem nieudzielenia dziecku pomocy.
Mimo wysiłków policji tożsamość chłopca ustalono dopiero po anonimowym telefonie, prawdopodobnie córki Ch., która wskazała trop.
Tymczasem mieszkanie Beaty Ch. kilkakrotnie odwiedzali pracownicy opieki społecznej i dzielnicowy. Nieobecność dziecka widziała rodzina i sąsiedzi.  - Główny problem to, oprócz demoralizacji rodziców, brak zainteresowania otoczenia zniknięciem chłopca  - uważa prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny.  - Pretensje do instytucji stawiałby na ostatnim miejscu.
Jednak urzędnicy stykali się z tą rodziną kilkakrotnie. W 2008 r. i rok później w domu Ch. byli pracownicy Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej. Gdy Beata Ch. zwróciła się o wsparcie finansowe, przeprowadzili wywiad środowiskowy. Ale zadowolili się tym, że w domu było troje dzieci i wyglądały na zdrowe i zadbane.
Kolejny raz pracownicy MOPS odwiedzili rodzinę w 2010 r. po piśmie z ośrodka zdrowia w związku z tym, że matka nie zgłosiła się z Szymkiem na obowiązkowe szczepienie. Dziś wiadomo, że przyszła  - w sierpniu 2011 r. - ale przyprowadziła wnuka, który miał tyle lat co jej syn.
Zdaniem Kątnej pracownicy socjalni zadziałali stereotypowo.  - Policzyli dzieci, uznali, że skoro są czyste i w domu posprzątane, to nic złego się nie dzieje. A to była rodzina ryzyka, bo kobieta już wcześniej porzuciła kilkoro swoich dzieci - zaznacza. Zwraca uwagę, że urzędnicy powinni być szczególnie wyczuleni, bo historia chłopca była już głośna.
Beata Ch. uśpiła także czujność dzielnicowego  - kiedy policja rozpoczęła poszukiwania rodziców chłopca, zadowoliła się tym, że w domu jest tyle dzieci, ile być powinno.
Jak to możliwe, że podstawiała inne dziecko, czego nikt nie wychwycił?  - Twarzy chłopca mogli nie zapamiętać pracownicy socjalni  - uważa prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości. - Ale otoczenie musiało zauważyć nieobecność chłopca.
- Jego dziadek zadowolił się tłumaczeniami, że chłopiec jest chory, potem że jest w szpitalu, a następnie w hospicjum  - mówi Kątna.  - Przez dwa lata nie chciał zobaczyć chorego wnuczka? - dziwi się.
Czy można stworzyć system, który pozwoliłby zidentyfikować dziecko, np. na podstawie odcisków palców?  - To nierealne i oznaczałoby, że żyjemy w państwie policyjnym, gdzie każdy ma DNA w jakiejś bazie - uważa prof. Czapiński.
Kątna podsuwa inny pomysł:  - Potrzebny jest system pozwalający monitorować losy dziecka. Podobne istnieją np. we Francji czy Wielkiej Brytanii i doskonale się sprawdzają. Są tam dane socjalne, zdrowotne i inne dotyczące dziecka.
Prezydent Będzina powołał zespół, który kontroluje MOPS i bada, czy urzędnicy dopełnili obowiązków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA