fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media i internet

Firmy liczą na rozwój serialowego rynku

Flickr
Magdalena Lemańska
Firmy przewidują, że serialowy rynek urośnie w siłę i w telewizjach więcej będzie droższych produkcji, które przyciągną widzów
W nadchodzących sezonach w telewizjach wciąż będzie pewnie sporo seriali komediowych, ale firmy produkujące dla nich seriale stawiają na zainteresowanie Polaków  tematami historycznymi i kryminalnymi. Liczą, że trudny dla telewizji rok (rynek reklamy TV może się w tym roku skurczyć) zmusi nadawców do mocniejszego inwestowania w seriale zamiast w jeszcze bardziej kosztowne rozrywkowe programy na żywo w rodzaju „Tańca z gwiazdami".
– TVP powinna mieć środki, by tworzyć wysoki standard serialu historycznego i kontynuować takie produkcje jak „Czas Honoru" oraz by móc je doinwestowywać, by jeszcze lepiej wyglądały – mówi „Rz" Maciej Grzywaczewski, wiceprezes giełdowej ATM Grupy, która produkuje głównie dla TVP i Polsatu (to ona odpowiada m.in. za „Pitbulla", „Ekipę", „Galerię", ale też m.in. „Świat według Kiepskich").

Postawić na historię

Firmy wciąż stawiają na zainteresowanie Polaków historią, które co roku przejawia się chociażby niesłabnącą popularnością pokazywanych kolejny raz ekranizacji „Trylogii" Sienkiewicza. Dlatego i wśród filmów fabularnych planowane są tego typu projekty, kosztowne z uwagi na konieczność odtworzenia realiów historycznych. Jesienią do kin wejdzie „Bitwa pod Wiedniem" w reż. Renzo Martinellego, której produkcja kosztowała aż 50 mln zł (dofinansował ją KGHM). W kolejnych latach może też powstać reżyserowane przez Jana Komasę „Miasto" o powstaniu warszawskim. Z uwagi na opóźnienia ze startem prac z kosztującej ponad 20 mln zł produkcji zapewne wycofa się spółka TVN i ATM Grupy, ale projekt może powstać pod innym kierownictwem.
Telewizje też dają szanse na kolejne produkcje historyczne. – Myślę o serialowej ekranizacji „Huraganu" Wacława Gąsiorowskiego – powieści dziejącej się w czasach wojen napoleońskich. W powieści brakuje wprawdzie wątków lirycznych, ale to już zadanie dla scenarzystów. Tyle że taka produkcja byłaby droga, bo kosztują sceny batalistyczne, cała scenografia i kostiumy do tego typu produkcji – mówi Maciej Grzywaczewski.
Z kolei producencka firma Boldy Records szuka teraz finansów na start produkcji serialu i filmu pod roboczym tytułem "Brodaty", którego bohaterem byłby Henryk Brodaty, a akcja działaby się w czasach rozbicia dzielnicowego. Tego typu projekt wymaga jednak wielomilionowych nakładów. - Marzy mi się serial na poziomie "Gry o tron" - mówi Sylwester Zdobylak, producent tego projektu. Środki na produkcje mają pochodzić od sponsorów, ale Boldy Records będzie się też starać m.in. o wsparcie z PISF.Na razie powstaje scenariusz obu wersji  - serialowej i filmowej - projektu.

Będzie jak w USA?

Ryszard Sibilski, dyrektor zarządzający spółki Endemol Polska, uważa, że w Polsce powoli wyczerpią się lekkie, komediowe formaty telenowelowe w rodzaju „Brzyduli". – Stanie się tak jak na Zachodzie, gdzie powstają seriale przypominające już bardziej produkcje kinowe. My mamy za sobą świeżo dobre doświadczenie z kryminalnym serialem „Krew z krwi" w reż. Xaverego Żuławskiego, wyprodukowanym dla Canal+ – uważa Sibilski.
413 mln dol. wydadzą w tym roku Polacy na oglądanie filmów w kinach, na DVD i w sieci – wyliczył PwC
Na razie jednak nie ma w Polsce planów stworzenia tak kosztownych produkcji jak kultowa już, choć licząca na razie zaledwie dwa sezony, „Gra o tron" czy wiernie odtwarzająca realia lat 60., opisująca losy amerykańskich agencji reklamowych saga „Mad Men". Jak dodaje Ryszard Sibilski, w Polsce do takich produkcji trzeba „wychować publiczność".
Trzeba też oczywiście znaleźć na nie zamożnego kupca. Bo produkcja seriali z wyższej półki, zwłaszcza tych kostiumowych, potrafi być droga i sięgać 600 – 700 tys. zł za jeden odcinek.

Sezon tanich seriali

Dlatego na naszym rynku równolegle będą się rozwijać produkcje z niższej cenowej półki, jakich w telewizji już jest coraz więcej – tzw. telenowele dokumentalne w rodzaju polsatowskich „Pamiętników z wakacji", czy „Surowych rodziców" pokazywanych w TVN, których odcinek kosztuje znacznie mniej niż „tradycyjnych" seriali, bo 150 – 200 tys. zł. – To seriale, które udają, że są dokumentami. Są bardzo tanie w produkcji – mówi Sibilski, który potencjał do zmian na rynku widzi w adaptowanych zachodnich scenariuszach („Krew z krwi" powstała np. na bazie holenderskiego scenariusza). – Nasza grupa działa tez w innych krajach,?m.in. USA czy Holandii, więc mamy dostęp do tamtejszych bardziej wysmakowanych tekstów, ale tworzymy też własne – mówi.
Maciej Grzywaczewski do pisania scenariuszy zachęca m.in. pisarzy. – Powierzyliśmy pisanie scenariusza do serialu o Mickiewiczu Pawłowi Huellemu, ale na razie powstał scenariusz tylko jednego odcinka. Pomysł zakłada 12 odcinków, jak 12 ksiąg „Pana Tadeusza",  akcja każdego obejmowałaby jeden miesiąc. Każdy z nich byłby więc takim małym filmem. Tamte czasy były bardzo ciekawe, a na rynku do tej pory nie było żadnego serialu o Mickiewiczu, co wydaje się aż dziwne – mówi wiceprezes ATM Grupy.

Podyskutuj z nami na Facebooku

www.facebook.com/ekonomia
Gdzie będziemy w przyszłości częściej oglądać ulubione seriale: w telewizji czy Internecie?

Technologie zmienią produkcję

Zarówno nadawcy, jak i produkujące dla nich firmy, będą musieli w najbliższym czasie zmierzyć się z przenoszeniem się widzów sprzed tradycyjnego „małego ekranu" na inne urządzenia. – Rynek mediów jest dziś poddany naciskowi zmian cywilizacyjnych. Mamy coraz częściej do czynienia z przenikaniem się różnych mediów; mówi się o hybrydowej dystrybucji treści audiowizualnych. To wymusi zmianę myślenia o całym rynku telewizyjnym i o produkcji na jego potrzeby. Ale jaki ostatecznie przybierze kształt cała branża, na razie trudno powiedzieć – mówi Stanisław Krzemiński, właściciel grupy Besta Film, której spółki produkowały m.in. „Plebanię", czy „Londyńczyków". W Polsce powstawały już seriale tworzone z myślą o Internecie, jak „Klatka B". Ale serwisy hybrydowe, takie jak Ipla czy TVN Player, które już dziś można oglądać na telewizorze z dostępem do Internetu, tablecie czy smartfonie, mają swoją specyfikę. Mogą np. wymusić na producentach działania wykorzystujące interaktywność elektronicznych gadżetów. – W Polsce na razie wciąż jeszcze pokutuje tradycyjne myślenie, ale czas już przestawiać się na inny tryb. To jest zasadnicza kwestia, którą należy się teraz zająć – uważa Stanisław Krzemiński.
Źródło: ekonomia24
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA