fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Mike Tyson: monolog z piekła

ROL
Był potworem do wynajęcia. Miał wszystko, stracił wszystko, podnosi się i dziś mówi ze sceny w Las Vegas: wciąż niewiele o mnie wiecie
15 lat temu, 28 czerwca 1997 roku, Mike Tyson w czasie pojedynku bokserskiego z Evanderem Holyfieldem odgryzł rywalowi kawałek ucha. Tekst z "Rzeczpospolitej" z kwietnia 2012 r.
Już nie błyszczy złotymi zębami, gdy się uśmiecha. Schudł, siwieje, nie patrzy tak dziko. Kiedyś się upajał cudzym strachem, teraz chce zabawiać. Ale wielki tatuaż przy lewym oku zostawił. Jako znak firmowy, na którym jeszcze zarobi. I jako przestrogę, pamiątkę z 2003. To był rok: tatuaż, bankructwo, ruina drugiego małżeństwa, ostatnia ważna wygrana walka. Wtedy wyruszył najkrótszą drogą w stronę dna.
Zahamował niedawno. Pijany, naćpany kokainą i marihuaną, na morfinie, nafaszerowany tabletkami na erekcję, w hotelowym pokoju z siedmioma prostytutkami. –  Wtedy się zorientowałem, że to już nie są moje demony. To przyszedł po mnie sam diabeł. Nie chciałem oddać duszy – wspomina.
Od trzech lat nie pije, nie bierze, nie je mięsa. Stara się spłacać podatkowe długi, próbuje być dobrym ojcem i znośnym mężem trzeciej żony. Z nią ma dwójkę dzieci. Z innymi kobietami – jeszcze pięcioro. Trzy lata temu w domowej siłowni udusiła się jego czteroletnia córeczka Exodus, kilka dni przed trzecim ślubem Mike'a. Nie miał z nią dobrego kontaktu, nigdy się dziećmi nie przejmował. Dziś próbuje to tym starszym wynagrodzić. Właśnie – próbuje. Jak mówi, bywa różnie, ale przynajmniej zaczynają go trochę lubić.

Autobiografia na żywo

Kiedyś wychodził na scenę w czarnych spodenkach, czarnych butach i siał strach. Teraz staje w wieczorowym stroju, trochę speszony, choć właściwie jest u siebie: w MGM Grand, hotelowym gigancie z Las Vegas. Walczył tutaj, bił rekordy złego smaku na konferencjach prasowych i rekordy zarobków w ringu. Tu gryzł w ucho Evandera Holyfielda, za co stracił w 1997 na pewien czas licencję bokserską i został wysłany do psychiatryka. Teraz opowiada w MGM Grand swoje życie. Stoi tam, gdzie swój show ma David Copperfield. Głosem spokojnym, klnąc i sepleniąc jak zawsze, bije między oczy opowieściami, które się nie wydają na ludzką miarę. Nazwał to autobiografią na żywo, rollercoasterem emocji.
"Mike Tyson: Undisputed Truth" to blisko dwie godziny teatru jednego aktora, monolog z orkiestrą w ponad 700-osobowej sali, za nawet kilkaset dolarów za najlepsze bilety. Premierę miał w piątek, przyszły gwiazdy, wśród nich Holyfield, bo są już ze sobą pogodzeni. W Las Vegas Tyson będzie grał jeszcze tylko do środy, potem jedzie do Europy. Często ją ostatnio odwiedzał, ściskając dłonie i pozując do zdjęć w zamian za dolary. Co dalej, na razie nie wiadomo. Marzy mu się Broadway, West End. Potrzebuje pieniędzy, by spłacać długi.
Ma 45 lat, nie zamierza być boksującym dziadkiem jak Holyfield czy George Foreman. Zresztą boks jakoś mu skarlał.
– Nikt się już tak nie chce bić jak kiedyś – mówi. Gdyby miał drugą młodość, pewnie wybrałby MMA, mieszane sztuk i walki. A że młody już nie będzie, chce zostać w show-biznesie. To showbiznes go podniósł z kolan. Pierwszą rolę w filmie "Kac Vegas" wziął, żeby mieć na kokainę. Zagrał samego siebie, właściwie własną parodię. Bestię, która trzyma w domu tygrysa, jak on kiedyś, i jest tak straszna, że aż śmieszna.
Nie spodziewał się sukcesu ani tego, że podczas premiery filmu będzie już po odwyku i w nowym życiu. Nie przypuszczał, że dzieci będą go po tym filmie traktowały jak wielką maskotkę, którą można bez obaw poprosić o zdjęcie i podpis. Bo przywykł, że nawet dorośli boją się go zaczepić z odległości trzech przecznic. Dziś kręci trzecią część "Kaca" (w drugiej jego tatuaż był ważną częścią intrygi).
O tym też opowiada na scenie. Scenariusz pisała jego żona Kikki, z pomocą specjalistów. Tyson tym razem nie chciał grać do kamery, nie chciał też zaczynać od  wydania autobiografii, choć i ona właśnie powstaje. Zależało mu, by stanąć przed ludźmi, czuć kontakt, nawet jeśli go to peszy.

Z życia Godzilli

– Może podświadomie jestem tchórzem i ciągle się wystawiam na takie próby, żeby sobie coś udowodnić – tłumaczy. Tchórz: to brzmi dziwnie w ustach kogoś, kto krzyczał do rywali, że wyrwie im serca i zje ich dzieci. Jego były trener Teddy Atlas powiedział, że medialna kariera Tysona była jak transmisja z życia Godzilli. Czekanie, kiedy kogoś wreszcie zabije. Wszyscy się bali, ale wszyscy patrzyli. Potępiali i patrzyli dalej. A on jechał na zderzenie ze ścianą. Młody przestępca, którego boks oderwał od rabowania staruszek, wyprowadził z poprawczaka, ale nie nauczył żyć.
Był Maradoną ringu. Takim samym genialnym samoukiem i takim samym nienawidzącym świata kabotynem. Niewolnikiem odruchów, uzależnionym od bycia w centrum uwagi. Otoczonym przez pijawki i pochlebców. Diego wyszedł ze slumsów Buenos Aires, a on, syn alfonsa i prostytutki, z najgorszych rewirów Nowego Jorku. Obaj nauczeni życia przez ulicę: oszukaj, bo cię oszukają, uderz, bo ciebie uderzą. Przeszli podobną drogę. Przez bogactwo, bankructwo, sukces, opuszczenie, rozpadające się związki, niechciane dzieci, romanse z mafią, odwyki, diety, zakłady psychiatryczne, długi, awantury. Wszystko na oczach kamer. W podobnym czasie upadali i się dźwigali. Nawet mistrzami świata zostali w tym samym 1986 roku. Tyson – najmłodszym w historii boksu. Królem nokautu, o którego bili się menedżerowie, a kobiety wyrywały go sobie z objęć.
Sześć lat później był już w więzieniu za gwałt, do którego nigdy się nie przyznał. Wyszedł po trzech latach, nawrócony na islam, pełen Tołstoja, Dostojewskiego i dobrych postanowień. Nie wytrwał, zbyt wiele osób chciało jeszcze na nim zarobić. Don King, promotor gangster, wszystkie jego narzeczone i dilerzy. Dopiero gdy zebrane na ringu 300 mln dolarów zamieniło się w długi, pozwolili mu żyć, jak chce. A raczej – umrzeć, jak chce.
W jego świecie żyło się mocno i krótko. Matka zmarła, gdy miał 16 lat, wyniszczona alkoholem i wiecznie niezadowolona z syna. Ojca nie zdążył poznać. Siostra nie dożyła trzydziestki. Cus d'Amato, jego wychowawca i trener, nie doczekał pierwszego mistrzowskiego pasa. Przyjaciel Tupac zginął zastrzelony. Zapraszał go tamtej nocy do wspólnej zabawy, Mike nie skorzystał, bo akurat urodziło mu się kolejne dziecko i obiecał sobie, że się zmieni. Znów na krótko.
Nigdy nie wierzył, że będzie żył długo. Nigdy nie przypuszczał, że zbuduje więź z kimkolwiek. Pierwsze małżeństwo z aktorką Robin Givens trwało rok. Drugie z Monicą Turner sześć lat, ale było takim samym nieporozumieniem. Tyson wszystko robił jak w transie: bił, wydawał pieniądze, szukał seksu. Rzucał się na znajome i nieznajome kobiety. – Co ja, dziecko seksprzemysłu, mogłem wiedzieć o miłości? – pyta dziś.

Żyć szczerze

Stworzył własną religię walki, w której był półbogiem, potomkiem wielkich wojowników, szukającym krwi. Lekarze, którzy go badali po odgryzieniu ucha Holyfieldowi, nazwali go paranoikiem przytłoczonym kompleksem winy, "niezdolnym do nawiązania kontaktu z rodzajem ludzkim". – Moje życie było bzdurą, wielkim kłamstwem – mówi dziś.
Nadal nie wierzy, że dożyje starości. Ale chce przynajmniej żyć szczerze. Nie wierzy też, że się kiedykolwiek wydobędzie z długów. Ale nie szkodzi – miał już willę z 15 sypialniami, parking pełen samochodów i tygrysy na smyczy, a nie był szczęśliwy. Teraz jest.
Z Kikki, czyli Lakihą Spicer, znają się od dawna. Z dobrych  i złych czasów. Ona też dostała drugie życie z recyklingu. Jest córką muzułmańskiego duchownego z Filadelfii, który siedzi za korupcję i malwersacje. Jej matka niedawno odsiedziała swoje i mieszka obok Mike'a i Kikki niedaleko Las Vegas. Oszustwa były rodzinnym sposobem na życie, Kikki też trafiła kilka lat temu za kraty, była wtedy w ciąży z ich pierwszym dzieckiem. Pobrali się, gdy wyszła, w 2009.        – Ona wie, że jestem świnią. Ale świnią, na którą zawsze może liczyć. Żartujemy ze sobą cały dzień. Nie zasłużyłem na tak dobrą kobietę – mówi Mike.
Wie, że nie wszyscy w jego przemianę wierzą. Sam sobie nie ufa. Boi się, że gdy będzie znowu mocny, obudzi się w nim zwierzę.  – Sukces i ja to trudny związek. Im jaśniejsze moje światło, tym ciemniejszy mój cień – tłumaczy. Nie robi planów. Nie bawi się w pouczanie. Zaprasza na show. Wierzy w siłę swojej opowieści: o tym, że piekło naprawdę istnieje. W ludziach.
Korzystałem z wywiadów Tysona dla m.in. "USA Today" i "Las Vegas Sun".
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA