fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Nianie podporą rodzin

kino świat
W Ameryce nianie stają się potężną grupą zawodową. Pracują nie tylko w bogatych domach. Odgrywają coraz większą rolę w funkcjonowaniu przeciętnych amerykańskich rodzin - mówią twórcy filmu "Niania w Nowym Jorku".
Pro Jacka Cieślaka: Humor i mądrość bajki
Kontra Rafała Świątka: Kiepska satyra na bogaczy "American Splendor" był obyczajowym filmem o przeciętnej amerykańskiej rodzinie. Akcja "Niani w Nowym Jorku" toczy się w sferach wyższych. Jaki jest więc tzw. american style of life?
Sheri Springer Berman: Myślę, że publicyści tego określenia nadużywają, czegoś takiego po prostu nie ma. Ten kraj to tygiel, są w nim rozmaite wzorce. Chyba właśnie dlatego chcieliśmy zrobić "Nianię" po "American splendor", żeby pokazać zupełnie inną Amerykę. Którędy przebiegają granice? Robert Pulcini: Decyduje przede wszystkim status majątkowy. Na pewno nie urodzenie. Klasy pojmowane tak jak w Anglii u nas niemal zanikają. W Stanach styl życia i przynależność do określonych sfer wiążą się z zamożnością. Bogaci ludzie z Connecticut mają znacznie więcej wspólnego z bogatymi ludźmi z Teksasu czy nawet Bostonu niż z biednymi ludźmi z Connecticut. Dlaczego centralną postacią filmu uczynili państwo nianię? S. S. B.: W Ameryce nianie stają się potężną grupą zawodową. Pracują nie tylko w bogatych domach. Odgrywają coraz większą rolę w funkcjonowaniu przeciętnych amerykańskich rodzin. Ameryka jest bardzo mobilna, ludzie jadą tam, gdzie jest praca, czasem daleko od rodzinnych domów. Rzadko spotyka się w Stanach rodziny wielopokoleniowe, przestała niemal istnieć instytucja babć. Dlatego dzięki opiekunkom, często pochodzącym z Azji, Europy Wschodniej czy Irlandii, kobiety mogą pracować. I coraz częściej to robią. Filmowa niania pracuje jednak u rodziny z wyższych sfer. R. P.: Pisząc scenariusz, oparliśmy się na książce Nicoli Kraus i Emmy McLaughlin. Mieliśmy jednak sporo swobody, rozmawialiśmy z wieloma nianiami, obserwowaliśmy, jak odprowadzają swoich wychowanków do ekskluzywnych prywatnych szkół. Mieszkamy w Nowym Jorku, naprzeciwko Central Parku, gdzie codziennie ławki i stoliki w małych restauracyjkach okupują nianie z dziećmi. S. S. B.: I dobrze, jeśli z dziećmi, bo zdarzyło się nam spotkać specjalną pomoc domową, która wyprowadzała na spacer małego pieska ubranego w płaszczyk Burberry. Czy jednak portret pani X granej przez Laurę Linney nie jest nazbyt przerysowany? S. S. B.: Ja to znam z autopsji. Kiedy byłam młoda, pracowałam jako asystentka pewnego pisarza. Gdy weszłam pierwszy raz do jego apartamentu przy 6 Avenue, myślałam, że zemdleję z wrażenia. Nigdy przedtem nie byłam w tak pięknym mieszkaniu. Zachwyt Scarlett Johansson w filmie jest moim własnym wspomnieniem. Pracowałam wtedy ciężko, niemal zapomniałam o własnym życiu, zajmowałam się tylko pisarzem i jego problemami. Jego żona była nieprawdopodobnie wyniosłą kobietą. Kiedyś, w przypływie dobrego humoru, zaprowadziła mnie do swojej garderoby. Miała setki par butów, jak Imelda Marcos. "Dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień – stwierdziła. – Możesz sobie popatrzeć". I chyba nawet nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo to było upokarzające. W naszym filmie naprawdę nie ma przesady. Jeszcze od czasów studenckich pracują państwo razem. Jak dzielicie się pracą? R. P.: Ja chyba więcej czasu poświęcam budowie kadru i kamerze, Sheri – aktorom. Ale generalnie wszystko robimy razem. Nie myślą państwo o samodzielnych filmach? S. S. B.: Na razie nie. Mamy podobny gust i poczucie humoru, podobają się nam te same książki. Idealnie się dogadujemy. Oboje urodzeni w 1964 r. w Nowym Jorku. Razem studiowali reżyserię i zaczęli kręcić filmy dokumentalne, etiudy, a wreszcie obrazy fabularne. Pulcini zajmuje się także montażem, Berman – produkcją i aktorami. Wspólnie piszą scenariusze. Ich film "American Splendor", zrealizowany na podstawie komiksów Joyce Brabner i Harveya Pekara, stał się sensacją festiwalu canneńskiego w 2003 r. Zdobył tam nagrodę FIPRESCI, a rok później został nominowany do Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany. Obecnie przygotowują film "Royal We" o rosyjskim emigrancie podającym się w Ameryce lat 30. za kuzyna zamordowanego cara i komedię "Family Planning". Od 1994 r. Pulcini i Berman są małżeństwem, wychowują adoptowanego syna.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA