fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Tenis

Odfrunął Andrzej

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Andrzej Roman - 1927 – 2011 wybitny dziennikarz, znawca Warszawy, autor wielu książek
Rozmowa z nim była lepszym lekarstwem na stres niż wizyta u psychoterapeuty. Nigdy nie widziałem Andrzeja zdenerwowanego, zawsze miał klasę, styl i zupełnie niepasujący do pośpiesznej codzienności wdzięk. Nieżyczliwi twierdzili, że stoi za nim głównie kawiarnia, ale to nieprawda. Kawiarnia stała też, ale nie tylko.
Poważne teksty o Andrzeju Romanie napiszą zapewne ci, z którymi się przyjaźnił – jego kuzyn profesor Zbigniew Brzeziński, któryś z wielkich aktorów, bohaterów książki „Komedianci" (bestseller stanu wojennego), czy Jerzy Iwaszkiewicz, bo on też pamięta Warszawę Hłaski i Tyrmanda. My, dużo młodsi, możemy wspominać już trochę innego Andrzeja, za którym szła sława zrodzona w Kameralnej czasów Bieruta i Gomułki.
Pierwszy raz zobaczyłem Go na kortach Legii, gdzie grywał i oczywiście przychodził na mecze reprezentacji Polski. Ale bliżej poznaliśmy się w Paryżu podczas tenisowego turnieju Roland Garros, na który jeździł od zawsze. On był tam u siebie, po bulwarze Saint Germain szedł jak po Krakowskim Przedmieściu, my byliśmy wciąż trochę spięci i spoceni po siermiężnym socjalizmie. Kiedy w drugim tygodniu turnieju poławiacze ostryg serwowali je za darmo, patrzyliśmy na niego, a on gasił papierosa i szedł do stołówki na frytki z kotletem i deser, bo ostryg nie znosił.
Młodszych przekonywał, że w Warszawie na mecz Polonii  idzie się jak do kościoła
W jego pokoju – tym, który się w sobotę spalił – na honorowym miejscu stały tenisówki Pete'a Samprasa, które dostał w prezencie. Pokazywał je wszystkim jak skarb. Trochę się dziwiliśmy, bo to był taki staroświecki dowód miłości, ale przestałem się dziwić, gdy kiedyś w niedzielę zapytał, czy idę na mecz Polonii, która grała wtedy w III lidze. I ja, prowincjusz, powiedziałem lekceważąco: – Andrzeju, przecież oni grają beznadziejnie! A on całkiem poważnie: – W Warszawie na Polonię idzie się jak do kościoła. I poszliśmy, i chodzę do dziś.
Andrzej miał jeszcze jedną ujmującą cechę – nie zazdrościł, rzadko mówił źle o ludziach. Gdy komuś z nas udało się coś dobrego napisać, dzwonił i chwalił. Przyjemność była podwójna, bo Andrzej to był także głos. Fantastyczny, nie do pomylenia z żadnym innym. Do dziś mam w uszach, jak z mikrofonem w dłoni opowiada kibicom na kortach Legii przed meczem Polska – Włochy o sławnych gościach. W drugiej ręce trzymał papierosa, jest nawet takie zdjęcie.
Swoją książkę o najbarwniejszych postaciach stolicy „Czterdziestu Wspaniałych" Andrzej zaczął tak: „Rozdziały mają tu ludzie, którzy odfrunęli. Skąd to niefrasobliwe słowo? Bardziej mi pasuje niż inne, większość z nich była ptakami w burzliwym pejzażu naszego miasta. Bez nich Warszawa byłaby o wiele smutniejsza".
On też był takim ptakiem i odfrunął.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA