Służby mundurowe

Kontrowersyjna nominacja w dowództwie armii

Szef sekretariatu Szczygły odpowiada za dowodzenie na misjach, choć nie ma w tym doświadczenia
Mianowanie płk. Piotra Błazeusza na stanowisko szefa Centrum Dowodzenia w Dowództwie Operacyjnym to była jedna z ostatnich decyzji poprzedniego ministra obrony.
– To świetny oficer. Nie miałem żadnych wątpliwości, mianując go na to stanowisko. Tacy ludzie to przyszłość polskiej armii, a nie tacy jak byli generałowie, którzy zostają później wiceministrami w MON – mówi Aleksander Szczygło, teraz poseł PiS. Problem w tym, że płk Błazeusz nigdy nie dowodził żadną strukturą wojskową. Mimo to w swoim oficjalnym życiorysie pisze, że ma: „bogate doświadczenie zawodowe zdobyte w służbie liniowej”.
Jak mówią wojskowi i pracownicy MON, to doskonały analityk, organizator, który większość służby wojskowej spędził w sekretariatach resortu obrony, ale z dowodzeniem nie miał nigdy do czynienia. Po studiach w amerykańskiej Akademii Sił Powietrznych w Colorado Springs do swojego sekretariatu ściągnął go Romuald Szeremietiew, wiceminister obrony w rządzie Jerzego Buzka. Płk Błazeusz pracował też z wiceministrem z SLD Januszem Zemke. Przez pewien czas był zastępcą attaché wojskowego w Waszyngtonie. Po powrocie został szefem sekretariatu ministra Aleksandra Szczygły. I nieoczekiwanie od listopada tego roku kieruje Centrum Dowodzenia, gdzie zajmuje się m.in. wydawaniem poleceń dowódcom polskich kontyngentów wojskowych, m.in. w Iraku i Afganistanie. Do niego też trafiają meldunki z kontyngentów. – Minowanie płk. Błazeusza na to stanowisko to bardzo nieodpowiedzialne posunięcie byłego ministra. Powinien je zająć oficer, który ma duże doświadczenie dowódcze, najlepiej zdobyte na misjach wojskowych – mówi jeden z doświadczonych generałów. Z kolei mjr Dariusz Kasperczyk, rzecznik prasowy Dowództwa Operacyjnego, tłumaczy, że płk. Błazeusz, będąc szefem sekretariatu ministra obrony, zdobył wystarczające doświadczenie, by kierować taką instytucją. – Zabezpieczał prace ministra, a przez to całego resortu. Ktoś, kto potrafi to robić, musi być dobrym organizatorem i na pewno poradzi sobie na stanowisku szefa Centrum Dowodzenia – tłumaczy mjr Kasperczyk. W połowie lat 90. kilkudziesięciu polskich oficerów skończyło studia w Stanach Zjednoczonych, wśród nich płk. Błazeusz. Armia nie bardzo wiedziała, jak ich wykorzystać. Wielu odeszło wówczas z wojska. Ci, którzy zostali, trafili do sekretariatów resortu obrony i Sztabu Generalnego. Dlatego, choć często prezentowali umiejętności niespotykane w polskiej armii, nie nabyli doświadczeń dowódczych.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL