fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Nowe regulacje mogą uniemożliwić udzielane kredytów

Maciej Stańczuk
Fotorzepa
Rozwiązania płynnościowe zawarte w nowych regulacjach bankowych (Bazylea III) mogą być niebezpieczne dla polskiej gospodarki – pisze prezes Polskiego Banku Przedsiębiorczości
Dyskusja o wpływie pakietu nowych regulacji bankowych, powszechnie znanych jako Bazylea III, rozgrzewa nie tylko zarządy wielu instytucji finansowych w Europie i USA, ale również polityków gospodarczych tych krajów.
Mimo że temat ten jest co najmniej w równym stopniu istotny dla naszego systemu finansowego, dyskusja o kształcie nowych regulacji bankowych nie znalazła dotychczas (poza jej technicznymi aspektami, na które wskazywali liczni analitycy) właściwego dla jej rangi odzwierciedlenia w oficjalnych stanowiskach rodzimych decydentów, regulatorów, jak również samych banków. Regulatorzy wychodzą najprawdopodobniej z założenia, że Polska, nie będąc członkiem G20, ma niewielki wpływ na ostateczny kształt nowych regulacji. A zarządy naszych banków, kontrolowanych w 70 proc. przez kapitał zagraniczny, skupiają się tylko na bieżącym zarządzaniu operacyjnym, pozostawiając kwestie regulacyjne swoim właścicielom. Warto jednak zadać pytanie, czy rzeczywiście jesteśmy na tyle bezpieczni, że bez większych problemów przełkniemy nowy kształt regulacji systemu finansowego, praktycznie nie uczestnicząc w jego formowaniu.
Poniekąd jest to prawda. Część nowej umowy bazylejskiej (Bazylea III) dotycząca zwiększonych wymogów kapitałowych dla banków nie wywołuje w Polsce większych kontrowersji. Nowe regulacje przewidują m.in. drastyczne zwiększenie do 2019 r. kapitałów bankowych pierwszej kategorii (tzw. tier 1) z 4 proc. do 7 proc. aktywów obciążonych ryzykiem, a łącznych funduszy własnych z 8 proc. do 13 proc. (wliczając w to wszystkie wbudowane w system bufory bezpieczeństwa). Konieczne dokapitalizowanie banków będzie poważnym wyzwaniem dla wielu instytucji świata zachodniego. Według szacunków Societe Generale z początku tego roku przyjęcie pakietu regulacyjnego w formie postulowanej obecnie przez Komitet Bazylejski ograniczy możliwy do osiągnięcia zwrot na kapitale banków komercyjnych do poziomu maksymalnie 13 proc., i to przy założeniu braku szoków zewnętrznych mających wpływ na pogorszenie się jakości portfela aktywów. Po doświadczeniach obecnego roku, kiedy jakość portfela banków niewątpliwie się pogorszy, możliwość osiągnięcia zwrotu nawet na tym relatywnie niskim poziomie wydaje się zupełnie niemożliwa. Jak zatem przekonać inwestorów do zaangażowania miliardów nowych środków potrzebnych do rekapitalizacji banków zgodnie z Bazyleą III przy tak niewielkim potencjalnym zwrocie z inwestycji? Wydaje się to zadaniem skrajnie trudnym, dlatego też przewiduję wielki opór banków świata zachodniego, które przy nowych ramach regulacyjnych w części kapitałów własnych stanęłyby przed alternatywą: albo dokapitalizowanie (przez kogo?), albo drastyczne ograniczenie aktywów obciążonych ryzykiem ze wszystkimi negatywnymi tego skutkami dla sfery realnej gospodarki. Z naszej polskiej perspektywy nie musimy się tą częścią debaty regulacyjnej tak bardzo emocjonować, gdyż nasz rodzimy system jest dobrze skapitalizowany, niewielka potrzeba dokapitalizowania istniałaby tylko w sytuacji konieczności utworzenia przewidzianych w Bazylei III buforów na ryzyko systemowe. Możemy zatem zakładać, że aktywny lobbing z naszej strony nie jest potrzebny, gdyż inne, bardziej wpływowe od nas kraje skutecznie go przeprowadzają. Inaczej natomiast sytuacja przedstawia się w dużo bardziej istotnej części nowej umowy kapitałowej, która reguluje płynność banków. Bazylea III przewiduje w tym zakresie dwa współczynniki: LCR, czyli płynność krótkoterminową, oraz NSFR, czyli płynność długoterminową powyżej roku. LCR (liquidity coverage ratio) ma wymusić na bankach utrzymywanie wystarczającej wielkości bardzo płynnych aktywów, aby wytrzymać 30-dniowy kryzys uniemożliwiający pozyskanie pieniądza lub nawet powodujący odpływ depozytów. Głównym czynnikiem determinującym poziom tego wskaźnika jest pozycja odpływu depozytów określająca ryzyko ich wycofania w razie kryzysu. Depozyty detaliczne są absolutnie preferowane w stosunku do korporacyjnych czy pochodzących od samorządów. Proponowane nowe regulacje bazylejskie zupełnie nie uwzględniają własnych szacunków banków co do stabilności bazy depozytowej pozyskiwanej od klientów korporacyjnych czy samorządów, co tak dobrze sprawdza się w obowiązujących regulacjach płynnościowych polskiej KNF (banki same deklarują poziom stabilnych depozytów, a jeśli ten poziom jest przez nie niedotrzy- mywany, są za to ostro karane). Polskie rozwiązania regulujące płynność są dla mnie optymalne, gdyż umożliwiają wypełnianie klasycznej funkcji banku komercyjnego polegającej na transformacji zapadalności terminów aktywów i pasywów bankowych (czyli zamianie krótkich depozytów na dłuższe kredyty). Na tym polegała klasyczna bankowość w ciągu ostatnich kilkuset lat. Co LCR oznacza dla refinansowania bankowego? Według zapisów Bazylei III linie od instytucji finansowych nie będą uznawane za stabilne źródło depozytów (100 proc. odpływ), a niezabezpieczone depozyty od korporacji/samorządów będą miały 75-proc. wagę odpływu, niezależnie od szacunków ich stabilności dokonanych przez sam bank. Zatem preferowane będzie tylko refinansowanie depozytami od klientów indywidualnych (waga odpływu 5 proc. w przypadku stabilnych i 10 proc. w przypadku niestabilnych). Penalizacja depozytów korporacyjnych, jednostek samorządu terytorialnego i instytucji finansowych przez Bazyleę III spowoduje, że banki refinansujące swoje aktywa na podstawie depozytów niedetalicznych, tudzież pozyskujące płynność od swoich właścicieli (przypadek większości polskich banków kontrolowanych przez podmioty zagraniczne) muszą utrzymywać gigantyczną nadpłynność (czterokrotnie przewyższającą ich minimalne potrzeby płynnościowe), co w szczególny sposób odbije się na ich rentowności, gdyż drogie depozyty nie będą mogły być zainwestowane w nową akcję kredytową, tylko w rzekomo bardziej bezpieczne papiery rządowe (czy wobec katastrofy greckiej regulatorzy zmienią zdanie?!). Należy przy tym zaznaczyć, że do kalkulacji wskaźnika LCR możemy brać pozycje zapadające w ciągu 30 dni, a w przypadku dłuższych zapadalności (do roku) bank musi wykazać, że klient nie będzie zrywał depozytu – jeśli zatem regulator i ewentualni kontrolerzy KNF będą konserwatywnie podchodzić do tematu, to może się okazać, że nie tylko krótkoterminowe refinansowanie odpływa w 75 proc., ale i wszystkie dużo kosztowniejsze długoterminowe depozyty również. Prawdziwym, systemowym problemem dla naszych banków może się jednak okazać wskaźnik NSFR (net stable funding ratio). Określa on, na jaką część aktywów długoterminowych bank musi posiadać długoterminowe finansowanie. Z katalogu różnych pozycji do finansowania długoterminowego możemy zaliczyć fundusze własne z wagą 100 proc. (z uwzględnieniem wszystkich dodatkowych ograniczeń, które wprowadza Bazylea III) oraz refinansowanie dłuższe niż rok. Tymczasem jeśli chodzi o depozyty o zapadalności dłuższej niż rok, nasz system finansowy drastycznie różni się od innych krajów UE. Zaledwie 4 proc. wszystkich depozytów detalicznych i korporacyjnych zapada w terminie dłuższym niż rok! Przeciętna dla UE to 24 proc., a w Niemczech ponad 30 proc. Dlatego też nowe regulacje płynnościowe mogą uniemożliwić udzielanie kredytów dłuższych niż roczne. Niestety nie udało się w Polsce wykreować w ostatnich 20 latach długoterminowych instrumentów oszczędzania. Rynek listów zastawnych praktycznie nie istnieje, a instytucje z urzędu powołane do inwestowania w długoterminowe instrumenty dłużne są sukcesywnie rozmontowywane (OFE). Już prawie dekadę temu zarzucono system kas budowlano-mieszkaniowych, które w tak doskonały sposób wykreowały długoterminową skłonność do oszczędzania w takich krajach jak Niemcy czy Austria, ale również w Czechach. Wprowadzenie wskaźnika płynności długoterminowej NSFR w formule definiowanej przez Komitet Bazylejski jest dla polskiego systemu bankowego, ale przede wszystkim realnej gospodarki, skrajnie niebezpieczne, gdyż drastycznie ograniczyłoby kreacje długoterminowego kredytu. Mamy dobrze funkcjonujące własne regulacje płynnościowe, które świetnie się jak dotąd sprawdzają, które należy aktywnie na arenie międzynarodowej promować! Do większej aktywności w tym zakresie zachęcają nas zresztą inni regulatorzy europejscy, tacy jak brytyjska FSA (w czasie niedawnego seminarium nt. nowych regulacji zorganizowanego przez kompetentnego w tym zakresie ambasadora W. Brytanii w Polsce) czy niemiecki Bafin. Jeszcze nic nie jest przegrane, ale nie należy zwlekać z silnym akcentowaniem polskiego punktu widzenia na kwestie regulacyjne. W tej debacie nasz głos powinien być słyszalny, gdyż mamy silne argumenty i sprawdzone w boju rozwiązania.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA