fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Wielka demolka oburzonych

W Rzymie demonstranci roztrzaskali o bruk figurę Matki Boskiej zrabowaną z jednego z kościołów
AP
Piotr Kościński
Piotr Kowalczuk
200-tysięczna manifestacja w Rzymie przerodziła się w regularną bitwę anarchistów z policją. 90 osób zostało rannych
Korespondencja z Rzymu i z Waszyngtonu
W stolicy Włoch palono samochody, w tym wiele policyjnych, rozbijano i plądrowano supermarkety, sklepy i butiki. Obiektem ataków stały się banki, policja, ekipy telewizyjne i fotoreporterzy. W płomieniach stanął jeden z budynków i zawalił się w nim dach. Grupa anarchistów włamała się do przykościelnego budynku parafii San Marcellino e Pietro. Zniszczyła krzyż, wywlekła na ulicę i rozbiła gipsową statuę Matki Bożej z Lourdes.  Na ulicach stanęły barykady. Zrywano i palono włoskie flagi zatknięte na budynkach administracji państwowej. Historyczne centrum miasta zostało sparaliżowane. Rannych zostało 135 osób, w tym trzy ciężko. Szkody szacuje się na kilka milionów euro.

Pałki, młotki, butelki

Manifestanci zjechali się z całych Włoch pociągami i 750 autokarami. O tym, że dojdzie do starć, było wiadomo co najmniej od tygodnia. Na stronach internetowych różnych ugrupowań anarchistycznych apelowano, by na manifestację „przywieźć ze sobą wszystko". Antyglobaliści zachęcali nawet na stronie Indymedia do obalenia rządu siłą i proklamowania „tymczasowego rządu ludowego". Jak szacuje policja, na te apele odpowiedziało co najmniej 4 tys. osób. To właśnie oni, ubrani na czarno, zamaskowani, w kaskach motocyklowych, uzbrojeni w pałki, młotki, petardy, koktajle Mołotowa i maski przeciwgazowe, sprowokowali zamieszki, jakich Rzym nie widział od lat 70. Potem dołączyła do nich pewna część „pokojowych" demonstrantów i tłum ogarnął amok zniszczenia. Anarchiści lżyli i atakowali tych „oburzonych", którzy nie chcieli brać udziału w demolce. Władze sugerują, że wielu uzbrojonych anarchistów przyjechało na gościnne występy do Rzymu z zagranicy, choć wśród zaledwie 20 zatrzymanych nie było żadnego obcokrajowca. Wśród setek haseł niesionych przez demonstrantów było wiele po angielsku („Smash capitalism", „Eat the bankers", „Fuck Austerity" – Zniszcz kapitalizm, Zjedz bankierów, Pieprz zaciskanie pasa). Sądząc po niesionych w pochodzie sztandarach i symbolach, w manifestacji udział brali kontestatorzy wszelkiej maści. Były sierpy i młoty, portrety Che Guevary, kolory tęczy pacyfistów, flagi palestyńskie, emblematy kilku  klubów kibiców. Politycy wszystkich partii potępili wandali, usiłując wyciągnąć z dramatycznych wydarzeń korzyści polityczne. Nicchi Vendola, gubernator Apulii i szef partii Lewica, Ekologia, Wolność, w którym wielu widzi przyszłego lewicowego premiera Włoch, sugerował, że zamieszki były dziełem prowokatorów ugrupowań skrajnie prawicowych. Pani senator Barbara Contini z Partii Demokratycznej, podobnie jak wielu jej partyjnych kolegów, powiedziała, że winien jest Berlusconi, bo gdyby złożył rezygnację, do zamieszek by nie doszło. Wszyscy przywódcy opozycji obwiniają policję o to, że nie potrafiła zapobiec wmieszaniu się anarchistów w tłum pokojowych demonstrantów. Padły nawet sugestie, że stały za tym polityczne kalkulacje obozu władzy, który do zamieszek dopuścił celowo, by potem móc obarczyć winą lewicę. Szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso zapowiedział tymczasem wprowadzenie specjalnych sankcji karnych dla nieuczciwych bankierów.  To jeden z postulatów Oburzonych.

Zajęty hotel

Do manifestacji „oburzonych" doszło też w innych miastach Europy. W Madrycie demonstrowały dziesiątki tysięcy ludzi, protestując przeciwko cięciom w wydatkach na opiekę zdrowotną i edukację. Dokładnie pięć miesięcy wcześniej hiszpańscy „oburzeni" rozpoczęli swoje protesty. Tym razem pięć kolumn demonstrantów dotarło do centralnie położonego placu Cibeles, a potem na Puerta del Sol. „Jeśli nie pozwolicie nam marzyć, nie pozwolimy wam spać!", „Nie jesteśmy towarem" – głosiły napisy na transparentach. W całej Hiszpanii zorganizowano 60 podobnych akcji. W stolicy protestujący zajęli hotel Madrid, a w Barcelonie blok, którego budowy zaprzestano. Chcą oddać je ludziom wyrzuconym z  mieszkań za niepłacenie czynszów. W Londynie według organizatorów w proteście wzięły udział 3 tys. osób. Celem było zajęcie londyńskiej giełdy, ale była chroniona przez policję. Tłum rozłożył się więc wokół nieodległej katedry św. Pawła. Doszło do starć z policją. Wieczorem pojawił się założyciel WikiLeaks Julian Assange. Powitany został z wielkim entuzjazmem. – Ten ruch nie ma na celu destrukcji prawa. Chce tworzyć nowe – oznajmił. Dużą skalę miały demonstracje w Niemczech, gdzie wyszło na ulice 40 tys. osób. W  Berlinie policja zapobiegła postawieniu namiotowego miasteczka przed Bundestagiem. Tysiące osób protestowało przeciw Wall Street i chciwości wielkich korporacji w miastach całej Ameryki. Demonstranci przeszli m.in. ulicami Nowego Jorku, Chicago, Los Angeles, Denver, Miami i Waszyngtonu. „Opodatkujcie bogatych!", „99 procent to my!" – wykrzykiwali  „oburzeni". – Musimy doprowadzić do upadku rządu, którego właścicielem są wielkie korporacje. To może być początek rewolucji –powiedział „Rz" 24-letni Rob Todd demonstrujący w Waszyngtonie. W Nowym Jorku i Chicago doszło do starć z policją. W całym kraju do aresztów trafiło kilkuset demonstrantów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA