Publicystyka

Jarosław Kaczyński na Jasnej Górze - Piotr Zaremba

Piotr Zaremba
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Być może niedługo Jarosław Kaczyński będzie przewodził jedynej istotnej partii, która czuje się w świecie chrześcijańskiej tradycji jak u siebie w domu – uważa publicysta „Rzeczpospolitej"
Czy Jasna Góra zaangażowała się w kampanię prezesa PiS? – pyta "Gazeta Wyborcza" rzecznika prasowego klasztoru Paulinów, ale i czytelników. Chodzi o wizytę Jarosława Kaczyńskiego w Częstochowie. Polityk ten przedstawił tam swoją diagnozę: "Pewna niewielka, ale wpływowa grupa przeprowadza najpotężniejszy w ciągu tych 22 lat atak na fundamentalne wartości".
Pytanie "Wyborczej" jest retoryczne, ona już wydała wyrok. Kaczyński przestrzega przed zagrożeniem wartości, liberalne media przestrzegają przed Kaczyńskim, a w tle pojawia się debata na temat "wykorzystywania kościołów do kampanii wyborczej". TVN-owski program "Czarno na białym" podpatrzył kilku posłów PiS wygłaszających prelekcje we wrocławskich świątyniach lub w pomieszczeniach przy świątyniach. Postawiono im – choćby jednemu z bardziej umiarkowanych w ideowych kwestiach parlamentarzystów Kazimierzowi Ujazdowskiemu – ciężki zarzut: instrumentalnego traktowania religii.

Polityk na ambonie

Jak wynikało z pokazanych widzom materiałów, wystąpienia nie miały natury politycznych wieców. No, ale jest kilka tygodni do wyborów, trudno nie dostrzec związku między tymi spotkaniami z ludźmi, a tym, że kandydują. Trudno, choćby mówili ogólnie o polityce czy państwie, a nie zachęcali do głosowania na siebie. No dobrze, tylko komu to szkodzi i dlaczego? Zacznijmy od tego, że ewentualna ingerencja administracyjna w tego typu sytuacje jawi mi się jako absurdalna, i to właśnie w imię wolności. To prawda, ksiądz jest dla wiernych kimś szczególnym i może swoją władzę duchowego przewodnika wykorzystywać dla preferowania jednych, a deprecjonowania innych partii. Ale jest to władza oparta na dobrowolnej umowie między stronami. W tym sensie nie ma tu analogii do  – przykładowo – nauczycieli czy szefów w rozmaitych instytucjach, którzy mogą narzucać swoje poglądy uczniom albo podwładnym, korzystając ze swojej formalnej przewagi. W dzisiejszych czasach duchowny takiej przewagi po prostu nie ma. Każdy ma prawo wybierać sobie autorytet, także w sprawach politycznych – dla jednych może to być trener sportowy, dla innych ulubiony celebryta, dla jeszcze innych ksiądz. Który z kolei powinien mieć prawo (z punktu widzenia norm świeckich) głosić w kościele swoje poglądy. Albo – to wersja łagodniejsza – użyczać kościelnych pomieszczeń postaciom, z którymi sympatyzuje.

W czyim imieniu?

Pojawia się inny problem: czy taki duchowny jest w porządku wobec swoich wiernych? Albo wobec swoich władz kościelnych. To jednak problem między nimi. Media mają prawo ten problem stawiać, podawać fakty i nawet bić na alarm. Jednak jeśli ich własny związek z Kościołem i religią jest problematyczny, takie bicie na alarm wygląda dziwacznie. Powiedzmy sobie szczerze, robi wrażenie donosu kierowanego na jednych kapłanów do innych kapłanów. Czy na jednych wiernych do innych wiernych. A skoro tak, to warto się przyznać, że nie w imię własnych związków z tą instytucją, ale w imię modelowania jej z zewnątrz, chce się, aby wygrała w niej (lub nie przegrała do końca) opcja, która nam bardziej odpowiada. Można naturalnie postawić jeszcze inne pytanie: czy Kościołowi taka obecność polityków prawicy się opłaca. Jeszcze kilka lat temu powiedziałbym: raczej nie. Rozumiałem zawsze przestrogi duchownych przed ugrupowaniami uderzającymi w kościelne nauczanie – to dotyczy przede wszystkim lewicy z jej licznymi postulatami obyczajowymi, które są z punktu katolicyzmu po prostu grzeszne. Ale po co duchownym wyrokowanie, kto ma rację w świeckich, politycznych sporach, przykładowo między PiS i PO? Nawet jeśli odległość prawicowego PiS od ołtarza jest odrobinę mniejsza niż centrowej PO, nie warto stawiać rozlicznych świeckich w sytuacji konfliktu sumienia – tak bym niedawno twierdził. Dziś, choć nadal mam wątpliwości wobec aliansu polityki z religią, przywiązanie do rygorystycznego rozdziału tych sfer jest we mnie mniejsze. Nie z powodu zmiany poglądów, ale z powodu zmiany realiów. Cytowana przez "Wyborczą" w drwiącym tonie wizja zagrożenia fundamentalnych wartości, jaką przedstawił Jarosław Kaczyński, jest przecież słuszna. A co więcej, jedynie on spośród partyjnych liderów o tym mówi. Nawet politycy skądinąd autentycznie konserwatywnej PJN nabrali w tej sprawie wody w usta.

Kto wojuje Nergalem?

Co nie znaczy, że jest prawdziwa wizja kolejnego "wykorzystywania" – tematyki Nergala czy szerzej poczucia zagrożenia katolików – do celów wyborczych. Kilku autorów z Jackiem Żakowskim na czele postawiło taką tezę, żądając, aby w zamian debatować o podatkach czy unijnych funduszach. Ale przecież ta kampania toczy się głównie wokół podatków czy funduszy, a jeśli przesłanie partii (także PiS) jest w tej sprawie nie całkiem klarowne, to nie dlatego, że przysłonił je Nergal jako gwiazda TVP. To nie politycy prawicy ani prawicowi publicyści zaprosili satanistę (lub człowieka udającego satanistę, na jedno wychodzi) do publicznej telewizji. Nie oni podarli wcześniej Biblię ani nie oni epatują publiczność okładkami mającymi zdołować katolicką społeczność. Ta zmasowana akcja wykracza skądinąd poza kontekst sporów partyjnych, aczkolwiek kampania jest dla niej jedną z pożywek. Środowiska konserwatywne w praktyce wyłącznie reagują, i zresztą nieprzesadnie gwałtownie. A jednak ta reakcja ma znaczenie. W moim przekonaniu to dziś jeden z najpoważniejszych sporów mogących zdecydować o przyszłości naszego życia społecznego. Pytanie, czy prawo chroniące chrześcijańskie świętości przed zniewagą jest żywe czy martwe, to pytanie do polityków. Pytanie, czy uznamy nie ateizm czy agnostycyzm, ale czystą fascynację złem za równoprawną wartość obecną w publicznych mediach, jak chcą tego redaktorzy "Wyborczej", też powinno być skierowane do nich. We wszystkich tych sprawach najpotężniejsza i rządząca partia, czyli PO, nabrała wody w usta. Pomijając protesty posła Jarosława Gowina, jedynym głosem, jaki zabrzmiał, był głos Sławomira Nowaka deklarującego "ziomalstwo" wobec człowieka znajdującego przyjemność w drażnieniu chrześcijańskich wrażliwości. Nowak to do niedawna bliski współpracownik premiera Tuska, a dziś prezydencki minister. W tym sensie można mówić o stanowisku czołówki obozu rządzącego. Bo brak stanowiska także bywa stanowiskiem. A Nowak to osoba, którą można zdyscyplinować w pięć minut. Jeśli się chce.

To wybór Tuska

Nie twierdzę, że Tusk przyjął w tej sprawie pogląd "Wyborczej". Na ile znam jego system wartości, uważa promowanie takich zjawisk jak Nergal za "obciach", pomijając już to, że tworzenie takiej atmosfery właśnie teraz to prezent dla jego rywala Janusza Palikota. Ale doszedł najwyraźniej do wniosku, że nawet symboliczna reakcja skazuje go na konflikt z wpływowymi środowiskami, także i z ważnymi dla niego grupami wyborców. Katolicka opinia jawi mu się jako słaba, niezorganizowana, a w dodatku i tak bardziej "pisowska" niż "platformerska". To samo uważa zapewne prezydent. Naturalnie ten proces zaczął się już wcześniej – by przypomnieć wypowiedzi czołowych polityków PO kwestionujących prawo biskupów do wypowiadania się w sprawie in vitro czy sugestię prac nad legalizacją związków partnerskich po wyborach. Ale pasywność wobec obrażania katolickiej wrażliwości jest najbardziej wymowna, w świecie, gdzie coraz więcej kwestii wyłącza się spod debaty w imię "nieurażania" właśnie. W świecie, w którym jedną ręką pisze się ustawy zakazujące "mowy nienawiści", drugą ręką głaszcze Nergali. W tym sensie nie ma już dziś racji Tomasz Terlikowski, choć miałby ją może kilka lat temu – to, co oglądamy, nie jest starciem dwóch kościołów: Tuska i Kaczyńskiego. Lider PO będzie naturalnie ciągle grał z biskupami w poszczególnych sprawach, ale stawia już na całkiem nowy typ dyskursu – wierni ze swoją zbiorową wrażliwością przestają być punktem odniesienia. Kaczyńskiemu można zarzucić taktyczne błędy w relacjach z Kościołem i religią. Ale może niedługo to on będzie przewodził jedynej istotnej partii (pomijając PSL, nieobecny w dużych miastach i też zresztą w ostatnich sporach pasywny), która czuje się w świecie chrześcijańskiej tradycji jak u siebie w domu.

Kawałek Kościoła  dla każdego

To naturalnie niejedyna istotna ideowa rozbieżność między dwiema głównymi partiami. W grę wchodzi również coraz wyraźniejsze rozjeżdżanie się różnych wizji patriotyzmu. I aczkolwiek w tej kwestii Platforma nie została jeszcze całkiem skolonizowana przez wrażliwość á la "Wyborcza", "Polityka" czy "Newsweek", to jest bliżej niż dalej takiego finału. I znów – z polskiej tradycji wynika żywe zainteresowanie Kościoła tą kwestią. Ten rząd ogranicza lekcje historii w liceach, a na łamach "Wyborczej" pada objaśnienie – młodzież pod wpływem "polityki historycznej" staje się bardziej prawicowa. Nie twierdzę, że toporny nieraz język polityków prawicy, nie mówiąc o ich medialnym zapleczu, jest zawsze najlepszą odpowiedzią na te zjawiska. Nie krytykuję też tych hierarchów lub kapłanów, którzy wybierają dalszą ostrożność czy nawet flirt z platformerskimi władzami. To nadal nie są władze państwa zapaterystowskiego. Ten flirt czyni zresztą niepokoje związane z pojawieniem się posła PiS w salce katechetycznej niepokojami trochę na wyrost. Tak naprawdę w wielobarwnych polskich realiach statystyczny wierny prawie zawsze znajdzie sobie kawałek Kościoła bliższy swojej wrażliwości, zwłaszcza w większych ośrodkach miejskich. Ale możliwe, że już niedługo Prawo i Sprawiedliwość stanie się po prostu partią polskich katolików. Może nie tego katolika, którego "Wyborcza" anonsuje jako wielbiciela Nergala, ale tych, którzy traktują wiarę i chrześcijańską tradycję serio – tak. Takie sytuacje znane są z różnych krajów, zwłaszcza takich, w których katolicka społeczność była stroną ostrego ideowego sporu: z innymi wyznaniami, z samym państwem lub z tendencjami antyklerykalnymi. Taki obrót sprawy ma liczne wady: może wręcz przyspieszyć wypchnięcie poza obręb katolickiej solidarności niektórych grup, które są jej wierne, ale nie lubią wiecznego rewolucjonisty Kaczyńskiego czy odrzucają poglądy PiS na inne sfery rzeczywistości. Tylko jaka jest rada? Powiedziałbym, że wybór Tuska i innych liderów PO ma tu większe, wręcz decydujące znaczenie. Na dokładkę struktura społeczeństwa obywatelskiego jest w Polsce wątła, a tradycje aktywności obywatelskiej Kościoła utrwalone – co najmniej od czasów "Solidarności", a tak naprawdę w następstwie kilkuset lat naszej historii. Nie dziwmy się więc ludziom, którzy na miejsce spotkań i dyskusji o sprawach ideowych wybierają swoje parafie. To będą czasem również spotkania z politykami. Nawet jeśli to kontrowersyjne, chyba nie da się tego uniknąć. Czym bardziej katolicy będą w Polsce "nie u siebie", tym takich sytuacji będzie więcej.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL