Praca w samorządzie

Z gminy do parlamentu

Partie obsadziły listy samorządowcami. Będzie wiele lokalnych wyborów uzupełniających?
Sabina Zawis, wójt Radwanic (Dolnośląskie), twierdzi, że tylko „rekomenduje" PSL, startując z listy tej partii, i zapewnia, że w razie wygranej zrzeknie się mandatu poselskiego.
Zakładając, że jej postawa jest wyjątkowa, po wyborach może nastąpić potężna wymiana na samorządowych stanowiskach. Największa na Mazowszu. Tu do Sejmu kandyduje aż 131 samorządowców (na 899 startujących). W Wielkopolsce o mandat walczy 96 (na 498 kandydatów), a na Śląsku – 92 (na 727 kandydatów).
Okręgi wyborcze, w których do parlamentu wybiera się najwięcej radnych w stosunku do kandydatów, to: Opole z 42 samorządowcami (20,39 proc.), Warszawa I – 41 (15,7 proc.), Kielce – 44 (15 proc.). – Rozpoznawalni samorządowcy to sposób na uzyskanie lepszego wyniku wyborczego i syndrom krótkiej ławki we wszystkich partiach – zauważa dr Wojciech Jabłoński, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego. To dlatego wójta Wilkowa (Lubelskie) Grzegorza Tresińskiego kusiły i PO, i PiS, i SLD. Zdecydował się na start z list lewicy. – Zaproponowała mi najwyższe miejsce – tłumaczy Teresiński. PO na swych listach ma w sumie 276 samorządowców, SLD – 212, PiS – aż 310, a PSL – 268. Wójtów, burmistrzów i prezydentów miast najwięcej pozyskało PSL – 53. Pod szyldem Platformy startuje 21, a z PiS – czterech. Zdaniem Jabłońskiego przypadek ludowców to przykład „lewarowania" wyniku wyborczego z wykorzystaniem samorządowców. 310 samorządowców startuje z list PiS. Mniej z PSL – 268, PO – 276 i SLD – 212 – Wyszło im z badań, że w 75 proc. powtórzą sukces z wyborów w 2010 roku, jeśli postarają się o głosy na prowincji. Wójtowie i burmistrzowie to najprostsza droga – wskazuje. Zwraca uwagę, że równie ważną kwestią są ambicje samorządowców: – Apetyt rośnie w miarę jedzenia, a samorządowe zaszczyty to trampolina do polityki krajowej. Gdy kandydaci z samorządów zdobędą mandaty, ich miejsca w radach i sejmikach zajmą ci, którzy w wyborach samorządowych uzyskali drugi wynik. Ale tylko ci wybierani w gminach powyżej 20 tys. mieszkańców. Gdy do parlamentu dostanie się samorządowiec z jednej z 2149 mniejszych gmin, trzeba będzie zarządzić tam wybory uzupełniające. 131 kandydatów z samorządów stara się o mandat na Mazowszu Jak tłumaczy „Rz" Beata Tokaj, dyrektor zespołu prawnego i organizacji wyborów Krajowego Biura Wyborczego, to dlatego, że w mniejszych gminach głosuje się na kandydatów, a nie na listy. Bez wyjątku trzeba będzie przeprowadzić powtórne wybory, gdy mandat zdobędzie którykolwiek z wójtów, burmistrzów i prezydentów miast. A tych partie wystawiły aż 97. W Małopolsce – 13, na Podkarpaciu – 11, na Opolszczyźnie oraz Warmii i Mazurach – 8. Ile kosztowałby podatnika ten wyborczy sukces samorządowców? – Wybory uzupełniające to koszt od 10 do 20 tys. zł od kandydata, w zależności od wielkości okręgu – informuje Tokaj. Gdyby trzeba było zorganizować wybory w miejscowościach wszystkich kandydujących wójtów i burmistrzów, koszty sięgną milionów złotych. Po wyborach w 2007 r. tylko dwóch samorządowców zrzekło się poselskich mandatów.  Andrzej Łoś z PO pozostał w fotelu marszałka Dolnego Śląska, a Adam Struzik z PSL wolał dalej pełnić funkcję marszałka na Mazowszu. Wojciech Jabłoński nie sądzi jednak, by wyborcy czuli się oszukani przez samorządowców, którzy rok temu zapewniali, że ich małe ojczyzny są najważniejsze, a teraz wolą Sejm. Wskazuje, że z mieszaniem lokalnej i krajowej polityki mieli już do czynienia ubiegłej jesieni. Tyle że był to zabieg odwrotny – największe partie zrzuciły na samorządowe listy poselski desant, a do walki o prezydenckie i burmistrzowskie fotele wystartowało 55 parlamentarzystów. Masz pytanie, wyślij e-mail do autora j.kalucki@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL