Publicystyka

Zdzisław Krasnodębski o polskiej polityce zagranicznej

Zdzisław Krasnodębski
Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Wiemy już, jak podejmuje się decyzje w Europie. Najpierw przywódcy Niemiec i Francji uzgadniają stanowisko. Inne kraje początkowo protestują, ale potem ulegają – pisze filozof społeczny
W trudnych sytuacjach ujawniają się realne relacje. Kto ma rzeczywiście coś do powiedzenia, a kto musi się potulnie podporządkować, kto jest przywódcą, a kto tylko nosi za nim teczkę. W obecnym kryzysie jaśniej widać prawdziwą architekturę Unii Europejskiej.
Kiedyś reklamowano Unię jako związek równorzędnych państw, w którym głos mniejszych liczy się tyle, co głos dużych. Państwa małe miały być nawet nadreprezentowane, bo przypadało im proporcjonalnie więcej głosów w Parlamencie Europejskim, na co często skarżyły się głęboko pokrzywdzone tym faktem Niemcy. Nikt już nie pamięta o tamtych skargach. Jeszcze parę lat temu teza o hegemonii Niemiec w Europie uchodziła za bajdurzenie. Dzisiaj trudno ją negować, bo fakty są zbyt oczywiste.

Sekretarz wielkich państw

Wiemy już, jak podejmuje się decyzje w Europie. Najpierw przywódcy Niemiec i Francji uzgadniają swoje stanowisko i podejmują strategiczne decyzje, przy czym Francja jest w tym tandemie partnerem coraz wątlejszym. Inne kraje początkowo protestują, potem powoli ulegają, przestraszone kijem kryzysu i zachęcane marchewką pomocy finansowej.
Inni już prawie się nie liczą. Włochy i Hiszpania ciągle mają razem większą gospodarkę niż Niemcy, mimo to politycznie nie mogą się z nimi mierzyć. Włochy były jednak w stanie skłonić Europejski Bank Centralny do kupowania włoskich obligacji bez upokarzających procedur, jakie musieli przejść Grecy. Komisja stała się w dużej mierze aparatem wykonawczym niemiecko- -francuskiego dyrektoriatu, który podejmuje strategiczne decyzje. Nie przypadkiem komunikatowi o "rządzie gospodarczym" towarzyszyła zapowiedź, że jego obrady miałby koordynować Herman Van Rompuy, którego największą, nieocenioną zaletą jest to, że nie ma własnego zdania oraz ambicji politycznych, jakie od czasu do czasu wykazują José Manuel Barroso czy  Jean-Claude Juncker. Jak pisała "Frankfurter Allgemeine Zeitung", Rompuy się po prostu sprawdził: "Rompuy działał tak powściągliwie, jak sobie życzą Merkel i Sarkozy. Nie wysuwał własnych roszczeń do władzy i szybko dostosował się do swego stereotypu "sekretarza" wielkich europaństw". A teraz zastąpi Barroso i Junckera jako pośrednik między Berlinem i Paryżem ("FAZ", 18.08.2011). Tak oto w rzeczywistości wygląda funkcja "prezydenta Europy", o której tyle rozprawiano w czasie negocjacji traktatu lizbońskiego, o "ministrze spraw zagranicznych" czy "wysokim komisarzu" nie wspominając. Dzisiaj słynne pytanie Kissingera, do kogo zadzwonić, by zapytać o stanowisko Europy, znajduje klarowną odpowiedź – należy zadzwonić do kanclerza Niemiec, w drugiej kolejności do prezydenta Francji.

Krytyka Kohla

Europa jest już Europą nie tyle wielu prędkości, ile wielu kręgów władzy. W centrum Francja i Niemcy, potem dobrze sobie radzące kraje strefy euro, dalej peryferyjne państwa eurolandu: Grecja, Irlandia, Portugalia, Hiszpania, jeszcze dalej kraje "nowej" pokomunistycznej Europy. Jest więc jasne, kto rządzi w Europie; gdyby jeszcze było wiadomo, co robić! Trudno sobie wyobrazić, by ów fantasmagoryczny przyszły rząd gospodarczy, np. z udziałem Greków. Włochów, Irlandczyków i Hiszpanów e tutti quanti, mógł ingerować w gospodarkę Niemiec czy Francji. Podatek od transakcji bankowych, który nie obowiązywałby w całej Europie, łącznie z Wielką Brytanią, jest mało sensowny. Ale jak skłonić Brytyjczyków do jego przyjęcia, skoro nie są w eurolandzie? W Niemczech lawinowo narasta krytyka kanclerz Merkel. Helmut Kohl twierdzi, że polityka niemiecka przestała być obliczalna (zarazem coraz częściej słychać głosy, że Europa jest za mała dla Niemiec i że są one jednym ze "wschodzących mocarstw", powinny więc orientować się na nowe "centra władzy", takie jak Chiny i Rosja) i brakuje jej kompasu. Ale z tej krytyki nie wynika jasno, jaki kierunek miałby ów kompas wskazywać. W gruncie rzeczy chodzi bowiem o fundamentalną sprzeczność celów projektu "Europa". Z jednej strony mówi się o złamaniu zasad z Maastricht, odpowiedzialności każdego kraju za swoje długi – co musiałoby znaczyć wykluczenie tych, którzy tych zasad nie przestrzegają, krytykuje się "unię transferową" i podważanie kompetencji Bundestagu w sprawach budżetowych, z drugiej zaś – o "realnym rządzie gospodarczym", dalszej integracji politycznej, co jeszcze bardziej uczyniłoby z parlamentów narodowych instytucje pozorne. Unia przedstawiana jest jako jedyna obrona suwerenności państw przed rynkami finansowymi, a zarazem obrona ta miałaby polegać na zniesieniu ich suwerenności w Unii. Trudno się oprzeć wrażeniu, że kraje największe chciałyby zachować własną suwerenność, zmuszając do rezygnacji z niej wszystkie inne państwa.

Unikając kłótni

Co w tej sprawie w tych przełomowych czasach mają do powiedzenia polski rząd, polska prezydencja? Kogo to w ogóle obchodzi? Nie ma czasu i cierpliwości na zachowywanie pozorów. Ani polski premier, ani minister finansów mimo ogromnego sukcesu Euro Plus nie zostali zaproszeni do kolejnej sesji zdjęciowej, choć Donald Tusk ma wszelkie kwalifikacje, by zastąpić kiedyś Rompuya czy zbyt samodzielnego Barroso jako kolejny sekretarz. Rządzący Polską specjaliści od postpolityki i "ciepłej wody w kranie" dostosowali się do roli, jaką wyznacza się krajom "nowej Europy". Jak niedawno radził "The Economist", krytykując politykę premiera Węgier Viktora Orbana: "Biedne kraje potrzebujące inwestycji i względów swoich bogatszych partnerów powinny wygładzić swój wizerunek i unikać kłótni". Niestety, nie tylko Viktor Orban, ale także Micheil Saakaszwili, Vaclav Klaus oraz Lech i Jarosław Kaczyńscy nie chcieli tego zrozumieć ("The Economist" 13 – 19.08. 2011). W przeciwieństwie do rodzimych wyznawców doktryny "brzydkiej panny", gotowej na każde skinienie, "The Economist" przyznaje jednak, że twarda postawa może być skuteczna: "kłótnie mogą przynieść ustępstwa, a nie izolację". Stwierdza też, że "ugodowe zachowanie, takie jak obecnej polskiej dyplomacji pod kierunkiem ugładzonego premiera (polished prime minister) Donalda Tuska, może przynieść skromne nagrody, ale krnąbrność pociągnęła za sobą tylko niewielkie widoczne kary". Na czym polega ostatnia awantura, którą wywołuje Orban? Otóż chce on pociągnąć do odpowiedzialności tych, którzy zadłużali Węgry – Petera Medgyessya, Ferenca Gyurcsanya i Gordona Bajnaia. Sprawa wydawałoby się całkiem wewnętrzna, ale "Zachód" ma słabość do tego typu polityków. Dużo łatwiej dogaduje się ze skorumpowanymi pokomunistycznymi "socjaldemokratami" niż z "nacjonalistami". Jedną z "awantur" Lecha i Jarosława Kaczyńskich była próba realnej lustracji, którą Niemcy przeprowadziły przecież tak sumienie i skrupulatnie w swych landach poenerdowskich. No cóż, panny nadobne i zamożne obowiązują inne reguły. Nie tylko Churchill nie kłopotał się ani w Jałcie, ani w Teheranie o swój wizerunek w Polsce, ale także David Cameron nie wydaje się troszczyć o to, co ostatnio piszą i mówią o Wielkiej Brytanii media zagraniczne.

Dyplomacja w budowie

Polska prezydencja zapewne bardzo by się podobała, gdyby ktoś ją jeszcze zauważał. Niestety, teraz wszyscy mają ważniejsze sprawy na głowie – nie tylko kryzys zadłużeniowy, lecz także rewolucję libijską. Tak się też składa, że najważniejszy spektakl września, planowany dla oczarowania polskiej publiczności – konferencja państw należących do Partnerstwa Wschodniego – psuje nieco ujawniona przez zbyt dociekliwego dziennikarza sprawa wydania białoruskiego opozycjonisty w ręce reżimu Aleksandra Łukaszenki. Historia Ahmeda Zakajewa może nasuwać podejrzenie, że haniebna sprawa Alesia Bialackiego nie jest tylko przypadkowym urzędniczym potknięciem. Prokuratura, podobnie jak ABW szturmująca mieszkanie "anty-Komora" czy policja dzielnie walcząca ze "Staruchem", usiłują odgadnąć, czego od niej oczekują władze – czasami przesadzając z gorliwością, tak jak ci, którzy nieco przesadzili w nieprzygotowaniu wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Rząd znalazł jednak receptę na skuteczną politykę zagraniczną. Trzeba tylko odczekać, co zadecyduje nasz zachodni sąsiad, a potem ogłosić, że takie właśnie było stanowisko polskiego rządu, i konsekwentnie mówić o sukcesie. Jak nie wprowadzą obligacji europejskich, to będzie nasz sukces, jak wprowadzą – również. Polska nie zaangażowała się w militarną akcję w Libii, co nie przeszkadza polskiemu ministrowi obwieszczać zwycięstwa. Jeśli zaś Kaddafi się utrzyma, będzie można ogłosić, że polskie powściągliwe stanowisko okazało się słuszne, itd. Także polska polityka zagraniczna jest więc w wiecznej, twórczej budowie. Skuteczność tych poczynań jest możliwa dzięki zgodnej współpracy zaprzyjaźnionych mediów i wyciszeniu odgłosów z "realu". Ale nawet ci, którzy znają tylko "pidgin English", mogą zacząć podejrzewać, że "polished prime minister" to nie to samo co "Polish prime minister". Autor jest profesorem Uniwersytetu  w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem "Rzeczpospolitej"
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL