fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Nowi kadrowi Platformy

Donald Tusk wykazuje zadziwiającą ustępliwość wobec wizji formułowanych na łamach „Gazety Wyborczej”. I jest za to nagradzany – pisze publicystka „Rzeczpospolitej”
To nie jest rząd marzeń – przyznał Donald Tusk, przedstawiając skład swojego gabinetu. Wypada przyznać premierowi rację: faktycznie, zdaje się, że nawet na miarę jego marzeń nie jest. Stało się tak, bo Tusk, budując gabinet, musiał się zdobyć nie tylko na poważne programowe ustępstwa wobec PSL, ale także na ustępstwa personalne i ideologiczne wobec nieoficjalnego koalicjanta tego rządu. Ów trzeci koalicjant to establishment III RP, którego szyld od lat najczęściej kojarzy się z szarymi literami winiety „Gazety Wyborczej”. Opisywany po wielekroć salon ze wszystkimi swoimi „autorytetami” i „priorytetami” rozpoczyna właśnie rządy.
Po ostatnich dwóch latach, gdy działania PO w opozycji były ze wszystkich sił wspierane przez establishment III RP, właściwie nie powinno to dziwić. Wprawdzie wcześniej Donald Tusk był postrzegany jako „zdrajca”, który miał czelność sprzeciwić się Bronisławowi Geremkowi i opuścić Unię Wolności, a później był mocno krytykowany za „radykalizm” i przeciwstawiany – jako negatywny bohater – rozważnym politykom demokratów.pl, to jednak słabość środowisk dawnej Unii Wolności i SLD spowodowała, że salon, chcąc nie chcąc, postawił na Tuska. Teraz jednak za swe zaangażowanie żąda zapłaty. Dlatego zaskoczyły mnie słowa lidera PO, gdy mówił, że na miejsce ministra sprawiedliwości chce „lepszego Ziobry”. Oznaczałoby to kontynuację sposobu myślenia polegającego na zaostrzaniu prawa, ale także gruntownej przebudowie systemu sprawiedliwości, w którym status quo i interesy korporacji prawniczych byłyby ograniczane. To dokładnie odwrotne do tego, czego oczekiwali antypisowscy eksperci prawniczy spod znaku profesora Andrzeja Zolla. Dlatego „Gazeta Wyborcza” przez kilka dni podsuwała do składu rządu profesora Zbigniewa Hołdę, a tygodnik „Newsweek” – profesora Zbigniewa Ćwiąkalskiego. Tusk dostawał wyraźny sygnał – nie ma mowy „o lepszym Ziobrze”. Prof. Ćwiąkalski, bliski sposobowi myślenia prof. Andrzeja Zolla, autentycznie i emocjonalnie negatywnie nastawiony do Ziobry (wsławił się między innymi opartą nie na dokumentach, ale na pomówieniu dziką lustracją prof. Mąciora, współpracownika ministra Ziobry), może to gwarantować. Jego nominacja pokazuje jedno – resort sprawiedliwości PO oddała swemu nieformalnemu koalicjantowi. Oczekiwań wobec PO „Gazeta Wyborcza” zresztą nie kryje. Tuż po wyborach to publicysta tego dziennika Piotr Pacewicz ogłosił przecież triumfalnie: „To my wygraliśmy wybory”. Ten niezwykle miękki opór wobec salonu PO pokazała też przy okazji afery ze zmianą lokalizacji stadionu w Warszawie i wygaszania mandatu posła PiS Jana Ołdakowskiego. Prezydent Warszawy, popierana przez najważniejszych polityków PO, przez kilka dni próbowała nas przekonać, że stadion na praskich błoniach jest niepotrzebny, trzeba zbudować go na obrzeżach, a przeznaczone na jego budowę tereny podzielić na działki budowlane i sprzedać. Argumenty były kuriozalne, więc w kuluarach zaczęto szeptać, że kryją się w tym interesy grupy ITI, właściciela TVN i warszawskiego stadionu Legii, która niekoniecznie musi być zainteresowana budową potężnego stadionu w centrum stolicy. Ponieważ przychylność mediów wobec PO jest niezmierzona, prezydent Warszawy mogła liczyć na to, że uda się uniemożliwić budowę stadionu w centrum. Ale się przeliczyła. Odwrót zarządziła „Gazeta Wyborcza” wielkim tytułem na stronach dodatku stołecznego: „Kompromitacja”. Zaraz potem przyszły minister sportu Mirosław Drzewiecki ogłosił, że PO z pomysłu zmiany lokalizacji stadionu się wycofuje. Gdy „Wyborcza” napisała, by nie wygaszać mandatu poselskiego Ołdakowskiego, i poparło to kilku innych liberalnych dziennikarzy, Platforma szybko i z tego pomysłu zrezygnowała. Ta miękkość i łagodna ustępliwość wobec „Gazety Wyborczej” jest tak widoczna, że aż zabawna. Zastanawiam się nawet, czy gdyby Ewa Milewicz napisała któregoś dnia, że Stanisław brzmi lepiej niż Donald, to lider PO nie rozważałby zmiany imienia? Redaktor Milewicz tego oczywiście nie napisze, zatem nie będziemy mogli tego zobaczyć, ale warto śledzić oczekiwania formułowane wobec gabinetu Tuska na łamach „Wyborczej” oraz ich późniejszą realizację. I patrzeć, gdzie jest granica, przy której Tusk wobec tych oczekiwań zacznie być twardy. Być może będą nią sprawy światopoglądowe, takie jak legalizacja związków homoseksualnych czy powołanie pełnomocnika rządu do spraw równego statusu kobiet i mężczyzn. „GW”, zdając sobie pewnie sprawę, że w tym momencie trudno jej będzie wymóc realizację akurat tych postulatów, na razie jedynie sygnalizuje problem. Ciekawe jednak, co się stanie, gdy zacznie wywierać rzeczywistą presję? Radio Tok FM, w którym udziały ma Agora, konsekwentnie dopomina się o zorganizowanie spotkania premiera ze środowiskami homoseksualnymi. Tusk dotąd spotkania unika. Czekam więc na stanowisko „Wyborczej” w tej sprawie. Czy szef rządu powinien się spotkać i wysłuchać opinii o problemach mniejszości seksualnych? Moim zdaniem tak. Bo jeśli trudno wyobrazić mi sobie spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z przedstawicielami tych środowisk, to już kreującego się na otwartość á la Tony Blair lidera PO znacznie łatwiej. Faktycznie jednak to „Wyborcza” może zdecydować, czy Tusk się z nimi spotka, czy też ich zlekceważy. Owa ustępliwość Tuska wobec wizji formułowanych na łamach „Gazety Wyborczej” jest nagradzana. W dzień ogłoszenia składu rządu portal „Gazety” przedstawił 18 nazwisk opatrzonych wielkim czerwonym tytułem „Ekipa”. Redaktorom z Czerskiej marzy się najwyraźniej przejście świata telewizyjnego serialu z wyidealizowanym premierem Turskim do gmachów rządowych. Przyznam, że to rozczulające. Innym faktycznym koalicjantem tego rządu wydaje się być LiD. Lewica konsekwentnie popiera wszystkie pomysły PO dotyczące kształtu Prezydium Sejmu i podziału komisji sejmowych. Wczoraj mogliśmy zobaczyć, jak samotne PiS sprzeciwiało się ograniczaniu roli opozycji w Komisji do spraw Służb Specjalnych. PiS domagało się dla siebie dwóch członków w tej komisji, trzech dla PO i po jednym dla PSL i LiD. Lewica jednak jednoznacznie opowiedziała się za tym, by PiS mimo 166 posłów miało tylko jednego przedstawiciela w komisji. Tyle samo co LiD, która ma trzy razy mniej posłów w Sejmie. Politycy PiS drwią więc, że LiD jest „przystawką pozarządową” i „opozycją wobec opozycji”, ale faktycznie trudno znaleźć istotny przykład na to, że LiD nie należy do budowanego właśnie układu rządzącego. Zapewne wkrótce – na poziomie wiceministrów i szefów agend rządowych lub władz wojewódzkich – zobaczymy, jaka będzie cena za to poparcie. Gabinet Tuska rozpoczyna pracę w niezwykle sprzyjających okolicznościach. Ma większe, niż liczy oficjalna koalicja, poparcie w Sejmie, przychylność elit III RP i... przytępioną wnikliwość mediów. Julia Pitera z PO była ostatnio gościem programu Moniki Olejnik w Radiu Zet. Obie panie dość dobrze się rozumiały, dopóki rozmowa nie zeszła na sprawę przygotowań do Euro 2012. Julia Pitera stwierdziła, że od roku odpowiedzialność za przygotowania do Euro 2012 ponosi PiS. Olejnik lekko zaprotestowała, ale pani Pitera zapytała: – No, kiedy było rozstrzygnięcie? – Przepraszam bardzo, w wakacje w zeszłym roku – poprawiła się dziennikarka. – Słusznie – pochwaliła pani poseł. A prawda jest inna: rozstrzygnięcie, gdzie zostanie zorganizowane Euro 2012, zapadło w kwietniu tego roku. Jeśli przy polityku PO przytomność umysłu traci nawet tak profesjonalna dziennikarka jak Monika Olejnik, to czyż można się dziwić, że nad wyraz często zdarza się to przeważającej grupie innych przedstawicieli świata mediów, którzy mogą się pochwalić znacznie mniejszą dbałością o niezależność? Wielu z nich już dawno postanowiło odrzucić rolę analityków i przestawić sposób uprawiania zawodu na jednoznaczne zaangażowanie po stronie Tuska. „To wy jesteście moją gwarancją bezpieczeństwa” – rzuca im, nie bez racji, na korytarzu sejmowym lider PO. To wszystko mogłoby oznaczać, że z poparciem PSL, LiD, salonu i POsłusznych dziennikarzy Donald Tusk, zręcznie manewrując między tymi partiami i grupami interesów, może robić, czego dusza zapragnie. Jednak nie liczyłabym, że będzie to długo trwało. Pierwsi z tej koalicji wyjdą pewnie właśnie dziennikarze. Nie wszyscy, nie mam złudzeń, ale na tyle znacząca ich część, by zacząć patrzeć na ręce także tej ekipie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA