fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

PO Donalda Tuska prywatyzuje Polskę

Krzysztof Świątek
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Za rządów PO nasz kraj zamieniono w spółkę akcyjną, której najlepsze walory wyprzedaje się za wszelką cenę, byle zasilić na krótki czas budżet państwa – ostrzega publicysta
Masowa prywatyzacja – już przeprowadzona i planowana przez rząd PO – wpycha Polskę do grupy krajów neokolonialnych. Polacy mają pracować na usługach zagranicznego kapitału i za chwilę nie będą gospodarzami w swoim własnym państwie.

Neokolonializm

„Pakiet klimatyczny jest korzystny dla zachodu Europy, który kombinuje, by eksploatować kraje Europy Środkowej. To mają być neokolonie. Temu służy likwidacja polskich banków, ciężkiego przemysłu i handlu. To są ostatnie lata polskiego handlu. Tylko w tym roku Carrefour i Biedronka zamierzają otworzyć paręset nowych placówek” – przestrzegał niedawno na łamach „Tygodnika Solidarność” (nr 12 z 18 marca) prof. Witold Kieżun. Przez dziesięć lat prowadził on jeden z największych programów ONZ modernizacji krajów Afryki Środkowej i widział, jak dokonuje się rekolonizacji tamtych państw. „Kapitał międzynarodowy oświadczył mieszkańcom Afryki: macie niepodległość, swoje państwa, natomiast my wykupimy wasze przedsiębiorstwa, głównie zajmujące się eksploatacją złóż minerałów, ale także uprawą kawy, herbaty czy egzotycznych owoców. Wy będziecie prowadzić małe i średnie firmy, pracować na roli i oczywiście kupować nasze towary, bo sami, niewiele produkując, zostaniecie zmuszeni do importu”.
Jeśli w miejsce słowa „Afryka” wpiszemy słowa „Europa Środkowo-Wschodnia”, to otrzymujemy opis procesów gospodarczych, które przeprowadzono także w Polsce pod dyktando Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Banku Światowego i Leszka Balcerowicza.

Bez polskiej własności

Oczywiście zamiast przedsiębiorstw zajmujących się uprawą kawy czy herbaty przejmowano polskie banki, firmy telekomunikacyjne, cementownie, cukrownie, zakłady przemysłu bawełnianego. Często za śmieszne pieniądze, jak w przypadku świetnej wytwórni papieru w Kwidzyniu. Siemens wykupił ZWUT (Zakłady Wytwórcze Urządzeń Telefonicznych), które dysponowały u progu transformacji monopolem na telefony w Związku Radzieckim. A co się stało z majątkiem NFI? W efekcie praktycznie nie ma już dziś polskiej własności w wielu sektorach gospodarki. Kiedy w trakcie kryzysu ekonomicznego w tarapaty popadły brytyjskie banki, angielski premier mógł postawić im warunek: dostaniecie wsparcie z państwowej kasy, ale w zamian macie przyznawać preferencyjne kredyty dla wskazanych przez rząd branż. Którym bankom w Polsce mógłby takie dictum wyłożyć nasz premier? Sprywatyzowane firmy w wielu przypadkach wcale nie są awangardą modernizacji, a raczej wylęgarnią patologii
Paradoks wielu dokonywanych w naszym kraju operacji własnościowych polega na tym, że nie mamy nawet do czynienia z prywatyzacją, tylko zamianą polskiej własności na własność innych państw. Tak stało się z Telekomunikacją Polską przejętą przez France Telecom czy zakładami energetycznymi, których nabywcą staje się Vatenfall – koncern należący do Królestwa Szwecji.

Z pytaniami do Deutsche Post

Rząd Donalda Tuska twórczo wpisał się w scenariusz realizowany od ponad 20 lat. Zamierza sprzedawać akcje firm, które w ogóle nie potrzebują prywatyzacji, bo są w świetnej kondycji, jak BGŻ, PZU, PKO BP, Jastrzębska Spółka Węglowa czy PGE. Jak widać, chodzi znowu o kluczowe dla gospodarki banki, spółki energetyczne i największą firmę ubezpieczeniową. W Warszawie w myśl tej samej ideologii postępuje prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz, która już zapowiedziała sprzedaż spółki ciepłowniczej SPEC. W radzie miasta bezwzględną większością dysponuje PO, więc nikt już jej nie zablokuje. Bez cienia przesady można stwierdzić, że za rządu Platformy Polska została zamieniona w Polskę SA – spółkę akcyjną, której najlepsze walory wyprzedaje się za wszelką cenę, byle zasilić na krótki czas budżet państwa lub – jak w przypadku zadłużonej Warszawy – kasę miasta.
Nie chodzi zresztą tylko o prywatyzację. Plany komercjalizacji szpitali, Poczty Polskiej,
a za chwilę pewnie kolei oznaczają de facto likwidowanie państwa, dramatyczne ograniczanie jego kompetencji. Za moment rząd ogłosi, że nie ponosi odpowiedzialności za stan lecznictwa, bo funkcjonują spółki prawa handlowego, i że nie interesuje go odcięcie od usług pocztowych mniejszych miejscowości, bo są prywatni operatorzy i należy się zwrócić z pytaniami do Deutsche Post. Minister infrastruktury zaś obwieści, że odkąd akcje PKP nabyły koleje brytyjskie, francuskie i niemieckie, skończyły się problemy resortu. Już dziś się okazuje, że rozwiązywanie problemów naszego rynku pracy leży w gestii zagranicznych gabinetów. Groteską są podziękowania Donalda Tuska dla szefa brytyjskiego rządu za umożliwienie pracy na Wyspach wielu Polakom. Panie premierze, przecież pan zapowiadał, że polscy emigranci zarobkowi za rządów PO będą wracać do kraju. Nie chcą żyć na „zielonej wyspie”? W takim razie już może pan wysyłać telegram z podziękowaniami dla kanclerz Merkel za otwarcie 1 maja rynku pracy w Niemczech. Znowu wyjedzie kilkaset tysięcy Polaków, w tym specjaliści i wykwalifikowani robotnicy. Ucieszymy się spadkiem stopy bezrobocia. Tylko wpływów ze składek ubezpieczeniowych będzie jeszcze mniej.

Etat – dobro luksusowe

Trafnie na łamach „Rzeczpospolitej” Piotr Gursztyn opisał proces deprecjonowania w Polsce przez 20 lat państwa i jego instytucji jako synonimu zaściankowości i nieudolności, krótko mówiąc – skansenu poprzedniego systemu („Ukryte totemy licerałów”, 12 kwietnia 2011 r.). Zamiast to państwo modernizować, wyśmiewano jego nieefektywność. Nadal w „Gazecie Wyborczej” publikowane są teksty podkopujące pozycję Poczty Polskiej. Autorzy tych artykułów jako przeciwwagę pokazują świetnie prosperujących prywatnych operatorów. Nie wspominają tylko, że Poczta Polska sporo traci finansowo na tym, że ma obowiązek świadczyć tzw. powszechne usługi pocztowe, czyli np. docierać z przesyłkami do odległych miejscowości. Prywatni operatorzy koncentrują się na wielkich miastach, gdzie mogą liczyć na duże zyski z usług kurierskich i obsługi dużych podmiotów.
Sprywatyzowane firmy w wielu przypadkach wcale nie są awangardą modernizacji, a raczej wylęgarnią patologii. Przedsiębiorcy na wolnym rynku, pozbawieni jakiejkolwiek kontroli państwa, bezwzględnie wykorzystują swoją pozycję. Widać to jak w soczewce w sektorze firm ochroniarskich, w którym zatrudnionych jest ćwierć miliona osób. Zdecydowana większość z nich pracuje na umowę-zlecenie. Etat w Polsce stał się w ogóle dobrem luksusowym. A system podatkowy, na co zwraca uwagę prof. Ryszard Bugaj, wcale nie jest progresywny (czyli skonstruowany wedle zasady, że więcej zarabiający płacą wyższe podatki), bo choćby sowicie wynagradzane gwiazdy show-biznesu mogą korzystać z preferencyjnej 19-proc. stawki dla samozatrudnionych. Prawie 400 tys. przedsiębiorców płaci ekskluzywny podatek 19-proc. Gdyby byli opodatkowani wedle skali 32-proc., to przy ich średnich rocznych dochodach wynoszących 180 tys. zł do budżetu trafiłoby ok. 11 mld zł.

Wypaczony obraz związków

Podkopywanie pozycji państwa doprowadziło nas dziś do fatalnej alternatywy w przypadku OFE. Do wyboru mamy albo prywatne fundusze, które pożerają gigantyczne prowizje i nie zawsze celnie inwestują, albo niedofinansowany ZUS, który nie budzi zaufania Polaków i nie potrafi oszacować wysokości przyszłych emerytur. Leszek Balcerowicz w debacie o OFE nie jest rzecznikiem liberalizmu. Jest rzecznikiem neoliberalizmu, zresztą od lat konsekwentnym. Warto zapytać profesora Balcerowicza – a co się stanie, gdy jeden z prywatnych funduszy emerytalnych, który zgromadzi potężne oszczędności Polaków, nagle zbankrutuje? Na czyją pomoc będą mogli liczyć? Jak zapewnione jest bezpieczeństwo przyszłych emerytur, także ZUS-owskich? Także wybiórczy atak prywatnych stacji na rząd, jak stało się w przypadku Polsatu, wynikał wyłącznie z naruszenia ich interesów jako właścicieli funduszy emerytalnych.
Piotr Gursztyn ma rację, dostrzegając antyzwiązkowe kampanie w neoliberalnych mediach: „Związkom stawiano absurdalny zarzut mieszania się w politykę. Zarzut obrażający inteligencję – bo w którym demokratycznym kraju związki zawodowe nie szukają sojuszników wśród partii politycznych?”. W UE związki są uznawanym partnerem dialogu społecznego. Bo np., jak pokazują badania, pracownicy zatrudnieni na etacie i doceniani finansowo utożsamiają się ze swoją firmą i są bardziej wydajni. Na tym partnerstwie korzystają i pracodawcy, i pracownicy. W Polsce związki nadal przedstawia się jako hamulcowego rozwoju gospodarczego, a dialog w komisji trójstronnej pozostaje fikcją. Tylko jak dzieje się źle – gdy trzeba przypomnieć rządowi o fatalnej kondycji służby zdrowia, wołać o rosnących kosztach utrzymania, upomnieć się o podniesienie płacy minimalnej – wtedy związki walczą za innych.
Autor jest zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Solidarność”
 
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA