fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady i rozmowy

Barbara Labuda o zmianach prawa ws. narkotyków

Barbara Labuda
Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Kim są osoby, które trafiły do więzienia za posiadanie małej ilości narkotyków? To zwykli dilerzy zarejestrowani jako ślusarze, mechanicy czy kucharze – mówi Elizie Olczyk była posłanka Barbara Labuda
Jest pani uważana za twórcę przepisów wprowadzających kary za posiadanie nawet małej ilości narkotyków. Jak pani ocenia przyjętą ostatnio przez Sejm zmianę tego prawa?
Barbara Labuda: Zaskoczyło mnie, że niektóre środowiska otrąbiły zwycięstwo. Mnie zmiana wydaje się kosmetyczna. Nadal posiadanie małej ilości narkotyków będzie zakazane, tyle że prokurator może umorzyć postępowanie. Ale na podstawie obecnych przepisów prokurator również miał prawo to zrobić, a sąd odstąpić od ukarania osoby posiadającej niewielką ilość narkotyku na własny użytek. Podkreślam to dlatego, że modnie jest mówić, iż obecna ustawa jest wyjątkowo restrykcyjna. To nieprawda.
Minister sprawiedliwości Krzysztof Kwiatkowski, który przygotował nowe przepisy, twierdzi jednak, że w praktyce to prawo stosowano restrykcyjnie. Pierwsze zatrzymanie z narkotykiem oznaczało wyrok w zawieszeniu, a drugie – karę bezwzględnego więzienia.
 
 
To możliwe. Chcę jednak powiedzieć, że w 2005 roku sprawdziłam, kim są osoby, które trafiły do więzienia za posiadanie małej ilości narkotyków. Zrobiłam to, bo oskarżano mnie, iż łamię kariery młodych utalentowanych ludzi. Okazało się, że ci, którzy trafiali za kratki, to byli zwykli dilerzy zarejestrowani jako ślusarze, mechanicy samochodowi, murarze, kucharze etc. Często rozprowadzali narkotyki wśród swoich klientów. Policja na ogół ma dobrze rozpoznane środowisko handlarzy narkotyków. Naprawdę nie wierzę, że policjanci rutynowo wpadają na prywatne imprezy i zatrzymują ludzi, którzy zapalili pierwszego skręta w życiu.
Skoro zmiana jest kosmetyczna, to może nie ma się czym przejmować?
Może nie ma. Ale trzeba będzie uważnie się przyglądać, jak nowe przepisy sprawdzą się w praktyce. Chcę wierzyć, że zracjonalizują sposób postępowania policji, prokuratorów i sędziów. Ale równie dobrze może to być krok w kierunku wprowadzenia w przyszłości legalizacji miękkich narkotyków. Wiele osób szczerze wierzy, że większe przyzwolenie dla miękkich narkotyków przyczyni się do ograniczenia zjawiska narkomanii. Ja jestem sceptyczna. Uważam, że narkotyki to największe zagrożenie dla młodych ludzi. Powodują rozrastanie się podziemia i prowadzą do zbrodni, bo uzależniony narkoman zrobi wszystko dla dawki, nawet zabije. Dlatego wprowadzenie przepisów, które w pewnym stopniu przyzwalają na posiadanie małej ilości narkotyku na własny użytek, może stać się potężnym bodźcem do dalszego rozwoju produkcji i dystrybucji narkotyków w Polsce.
Nowe przepisy mają ułatwić leczenie osób uzależnionych i walkę ze zjawiskiem narkomanii. Tak twierdzą ich twórcy.
Niezbyt w to wierzę. Byłoby to możliwe, gdyby w Polsce był przymus leczenia, tak jak np. w Szwajcarii. Ale u nas jest to niemożliwe.
W latach 90. w Polsce obowiązywały stosunkowo liberalne przepisy dotyczące narkomanii. Dlaczego działała pani na rzecz ich zaostrzenia?
Gdy byłam ministrem u prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego, zwracało się do mnie wielu rodziców uzależnionych dzieciaków z prośbą o pomoc. Zleciłam wówczas badania na temat narkomanii m.in. na uczelniach. Okazało się, że ok. 15 proc. studentów brało narkotyki systematycznie, a 30 proc. przed egzaminami. Stąd się wziął program "Narkotyki zażywasz – przegrywasz", a potem "szkoły i uczelnie wolne od narkotyków". W te akcje włączało się wiele organizacji społecznych, a jedna z telewizji reklamowała naszą kampanię, bo jej szefowa miała ten problem w rodzinie. Z badań prowadzonych w tamtym czasie wynikało, że 79 proc. Polaków było przeciwnych legalizacji choćby najmniejszych ilości miękkich narkotyków. Nawet wśród podopiecznych ośrodków, w których leczyło się uzależnienia, przekonanie o konieczności zakazania narkotyków było bardzo silnie rozpowszechnione.
Teraz jakoś nie słyszy się o tym problemie. Co się zmieniło?
Część ludzi być może uznała, że nie ma sensu się tym zajmować, bo i tak nic się nie da zrobić. Myślą: trudno, skoro ktoś już jest narkomanem, to niech się zaćpa na śmierć. Gdy ja zaczynałam swoje akcje, również napotykałam na podobne stanowiska. Ale jestem zdania, że narkomania jest jak pożar – każdy ogień kiedyś sam się wypali, a jednak utrzymujemy straż pożarną i wydajemy pieniądze na walkę z żywiołem. Dlaczego? Bo nie chcemy, żeby ogień się rozprzestrzeniał. Z narkomanią jest podobnie.
A może zamiast wydawać pieniądze na programy przeciwdziałania narkomanii, wystarczy kochać dzieci i interesować się ich problemami, żeby uchronić je przed nałogiem?
To jest niestety nieprawda. Nie ma środowisk niedotkniętych narkomanią. Z badań, które zleciłam, wynikało, że w elitarnych szkołach jest ona nawet bardziej rozpowszechniona niż w przeciętnych placówkach. Dlatego, że w pewnym wieku dla dzieci ważniejsza jest opinia rówieśników, a nie rodziców, nawet najbardziej kochających.
Przez ostatnich pięć lat nie było pani w kraju. Jak pani ocenia obecną profilaktykę antynarkotykową?
Odnoszę wrażenie, że w nastawieniu do problemu cofnęliśmy się do początku lat 90. Wygląda na to, że nawet ośrodków leczenia z uzależnienia narkotykowego nie przybyło. Nie wiem, czy politycy mają świadomość skali narkomanii w Polsce. Bardzo często ludziom, którzy są za wolnością jednostki, trudno jest rozstrzygnąć, gdzie ona się kończy. Ja też miałam taki dylemat, bo jestem wielką zwolenniczką wolności jednostki. Uważam jednak, że kończy się ona tam, gdzie krzywdzeni są inni, w szczególności dzieci i młodzież. A w tym przypadku krzywdzenie to przymykanie oczu na zjawisko narkomanii.
Sądzi pani, że prezydent Bronisław Komorowski podpisze tę nowelizację?
Myślę, że w tej sprawie największe znaczenie będzie miał aspekt polityczny. Jeżeli ta ustawa pomoże PO w wygraniu wyborów, to pewnie wejdzie w życie. Odnoszę wrażenie, że ta drobna nowela ma zaspokoić oczekiwanie pewnych grup społecznych w Polsce, które zmierzają do legalizacji niektórych narkotyków, co wcale mi się nie podoba.
Chcę zwrócić uwagę na jedną rzecz – w Polsce od 2008 roku znacznie zmniejszyła się liczba osób palących papierosy. Dlaczego? Bo prowadzimy wielką akcję antynikotynową i zakazaliśmy palenia w miejscach publicznych. Jak widać, zakazy mogą być skuteczne. Cała Unia Europejska zmierza do stworzenia do 2020 roku strefy bez dymu – czyli obszarów, w których w ogóle nie będzie się palić. W tym momencie my z naszymi przepisami traktującymi skręta z przymrużeniem oka idziemy trochę w poprzek tym planom.
Barbara Labuda była posłanką Unii Demokratycznej i ministrem ds. społecznych w kancelarii prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz ambasadorem RP w Luksemburgu
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA