Między piłką a tajską kuchnią

– Dopięłaś już rozkład jazdy? – pyta co chwilę jakaś dobra dusza o plan zajęć mojej trzyipółletniej córki, która zaczęła chodzić do przedszkola. W przedszkolu jest joga i muzyka. I początki nauki czytania: przeszkolone ekspresowo przedszkolaki już po pierwszym dniu umiały w szatni znaleźć przegródkę z literką, od której zaczyna się ich imię. Są też nauki ścisłe, bo – jak wyjaśniła na zebraniu pani dyrektor – od tego zależy przyszłość Ameryki.
Oto pierwszy naukowy eksperyment. Moja córka przyniosła do domu puszkę wypełnioną ziemią i nasionami trawy. Na wierzchu wymalowała farbami koślawy nos i lekko zezujące oczy. Mamy podlewać i pilnie obserwować. Jeśli wszystko pójdzie po myśli pani przedszkolanki, wkrótce powinien pojawić się Hairy Harry – włochaty Harry, któremu ze środka puszki wyrosną zielone włosy. Czy jednak trzy godziny – tyle trwa poranna sesja w naszym przedszkolu – takiej naukowej stymulacji naszym trzylatkom wystarczy? Wielu rodziców uważa, że najwyraźniej nie. „Masz już program Y na ten semestr? Na co ją zapisałaś?”. Milczę zakłopotana, bo na razie na nic. Y, czyli „łaj” – to potoczny skrót organizacji Young Women’s Christian Association. Mimo chrześcijańskiego przymiotnika w nazwie nie jest to organizacja religijna. Zajmuje się szeroko pojętą edukacją i emancypacją kobiet („empowering women” to ich motto).starym, lekko nadszarpniętym zębem czasu, ale zawsze czysty...
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL