Warszawa

Zabytkowy ślimak na Karowej zmienia się w miejsce kultu tragicznie zmarłego rajdowca

Miłośnicy rajdów obwieszają filary na Powiślu zdjęciami kierowcy Janusza Kuliga i zapalają znicze
Drogowcy uprzątają pamiątki po zmarłym kierowcy, ale po jakimś czasie pojawiają się nowe. Akcja może przybrać na sile we Wszystkich Świętych.– To delikatna sprawa – przyznaje Andrzej Marecki z Zarządu Dróg Miejskich. – Należy zachować szacunek dla zmarłego, ale te zdjęcia i znicze wprowadzają w błąd. Odnosi się wrażenie, że to na Karowej doszło do tego tragicznego wypadku.
Janusz Kulig to trzykrotny mistrz Polski w rajdach samochodowych. Zginął 13 lutego 2004 roku w wypadku na przejeździe kolejowym w Rzezawie koło Bochni spowodowanym błędem dróżniczki. Dlaczego znicze pojawiają się na wiadukcie na Karowej? – To miejsce ma dla rajdowców znaczenie symboliczne – odpowiada Jan Makarewicz z Automobilklubu Polski. – Karowa to mekka fanów sportów motorowych. Tutaj odbywa się prestiżowy Rajd Barbórka, czyli ostatni wyścig sezonu i turniej asów z całej Polski – wyjaśnia. Jednocześnie podkreśla, że Automobilklub Polski nie ma nic wspólnego z ustawianiem zniczy w tym miejscu. Według ustaleń „Rz“ to prywatna inicjatywa kierowców z grupy Subaru, wśród których pojawił się nawet pomysł wmurowania na Karowej pamiątkowej tablicy poświęconej Kuligowi. Ratusz jest niechętny, bo kierowca zginął w zupełnie innym miejscu.
Drogowcy obawiają się też, że oklejanie wiaduktu zdjęciami może zachęcić plakaciarzy i grafficiarzy. Tymczasem stuletni drogowy wiadukt został w ciągu ostatniego roku odrestaurowany kosztem 7 mln zł. Czy miejskie służby mają wytyczne, co robić z płonącymi przy jezdniach zniczami? – Nie ma takich oficjalnych regulacji – mówi rzeczniczka Zarządu Oczyszczania Miasta Iwona Fryczyńska. – Z reguły czekamy, aż znicze się wypalą, i wtedy je uprzątamy. Czasami zabiera je rodzina albo znajomi. Według policjantów na zjawisko płonących przy ulicach zniczy można patrzeć z dwóch stron. – Taki obrazek może odwrócić uwagę kierowcy i spowodować zagrożenie – mówi podinspektor Wojciech Pasieczny ze stołecznej drogówki. – Może go też skłonić do zdjęcia nogi z gazu, działając jak czarny punkt. Krzyży i zniczy jest jednak przy polskich drogach już tak dużo, że kierowcy zdążyli się już uodpornić – zauważa.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL