fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Rozmowy z Małyszem

Adam Małysz, jakiego będziemy oglądali coraz częściej
Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
To będzie ostatnia taka sobota w Zakopanem. Warto tam być i wszystko zapamiętać
– To nie ja wybierałem skoki, tylko skoki wybrały mnie. Wujek był trenerem, ojciec kierowcą w klubie. Można powiedzieć, że byłem skazany na skoki. I nie było mi z tym źle – mówi dzisiaj o początkach swojej kariery.
Dojrzewał do poważnych rozmów z każdym rokiem. Na początku uciekał od dziennikarzy,  nie mógł zrozumieć, czego chcą. Ogromna popularność, która spadła na niego nagle, była zbyt dużym wyzwaniem.
– Kiedy wybuchło coś, co dopiero później nazwano małyszomanią, byłem w USA – mówił wtedy „Rz" socjolog prof. Ireneusz Krzemiński. – O tym, że mamy tak wybitnego skoczka, dowiedziałem się od moich przyjaciół z Polonii amerykańskiej. Mówili o nim z entuzjazmem, spontanicznie cieszyli się z jego sukcesów. Szybko zrozumiałem, że ten chłopak i jego skoki są szczególnym darem dla Polaków.

Symbol wspólnoty

Ale już w roku 2002, gdy zdecydował się na rozmowę z „Rz",   był medialnym profesjonalistą.   – Mam godzinę, jestem do dyspozycji. O 10 zaczynam trening.
Mówił ciekawie, już wtedy miał osobiste przemyślenia dotyczące polityki i tego, co się w Polsce dzieje, choć zastrzegał, iż  nie myśli o karierze polityka, mimo że otrzymuje takie propozycje.
– On zawsze podkreślał swoją skromność, swoją zwyczajność. I chyba to zaważyło, że stał się takim symbolem wspólnoty. Powtarzał, że sława mu przeszkadza, ale to ona dodawała mu sił. Kochały go dzieci, ich mamy i babcie, Drobny, niewysoki, szary, zwykły człowiek. Taki z ulicy, który osiągnął tak wiele przez swój talent, umiejętności i na tle polskiej rzeczywistości, polskiego narzekania i polskiej niewiary stał się symbolem człowieka sukcesu – tak mówił o Małyszu prof. Krzemiński.

Oswojona sława

Małysz z każdym rokiem nie tylko lepiej skakał, również lepiej mówił. Kiedy  zdobył dwa złote medale mistrzostw świata w Predazzo (2003), na ostatniej konferencji w Cavalese błysnął góralskim dowcipem. Podczas igrzysk w Vancouver (2010)  opowiadał  po niemiecku nie tylko o swoich wspaniałych srebrnych skokach.
Kiedy kończył się kolejny sezon i pytano go, gdzie zabierze rodzinę na urlop, odpowiadał:          – Przecież ja całe życie podróżuję. Z zawodów na zawody, jak nie samochodem, to przesiadam się z samolotu w samolot, by zdążyć z jednej  skoczni na drugą. Chyba nic w tym dziwnego, że zamiast podróżować, wolę posiedzieć w domu.
A tak mówił o sławie, od której kiedyś uciekał: – Nauczyłem się z nią żyć, w jakimś sensie ją oswoiłem. Widać wiek robi swoje i chyba ta cała małyszomania trochę ucichła. Teraz już tak tego nie odczuwam, choć wciąż się dziwię, co ja takiego mam w sobie, że mnie poznają. Ja, gdy widzę kogoś znanego z telewizji, to się zastanawiam, czy to na pewno on. A ci, którzy na mój widok od razu krzyczą: „Małysz!", nie mają żadnych wątpliwości.
O upadkach na skoczni i  ryzyku poza nią: – Najgorszy upadek miałem przed laty na Wielkiej Krokwi, gdzie za bardzo wyleciałem w powietrze, a po lądowaniu wykręciłem nogę, bo szpic narty wbił mi się w śnieg. Koziołkowałem na sam dół. Było nawet trochę śmiesznie, bo szedł z naprzeciwka Marek Siderek (szef wyszkolenia PZN) z kolegą, patrzy na skocznię i mówi: – Chłopcy jeszcze nie skaczą, bo chorągiewka jest wbita na buli. A to była moja narta. Miałem wtedy dużo szczęścia, tylko skręciłem nogę. Potem nie dbaliśmy z trenerem, aby popracować nad tą skręconą nogą, i od tego czasu właśnie lewa narta czasem mi opada – mówił „Rz".

Krew szybciej krąży

Później miał jeszcze bardzo niebezpieczny upadek w USA na olimpijskiej skoczni w Salt Lake City i w tym roku w Zakopanem w ostatnim, trzecim, konkursie, który wygrał Kamil Stoch. Małysz przewrócił się już po wylądowaniu, ale na szczęście nic poważnego się nie stało, choć przez kilka dni był wyłączony z treningów.
On sam twierdzi, że jak na tyle lat skakania, to wypadki właściwie go omijały. – Nigdy się nie połamałem i choć kilka razy boleśnie upadłem, to jednak wychodziłem z opresji cało. Większość skoczków chyba ma gorsze wspomnienia.
Nie skoczy na linie czy ze spadochronem. – Wolę nie kusić losu, ale jakbym miał coś pod nogami, to mogę spróbować. Teraz trzy razy pomyślę, zanim coś zrobię. Prawdą jest, że młodość nie zna strachu i ma w sobie więcej szaleństwa. Z wiekiem pojawia się rozwaga – tłumaczył, co czuje przed skokiem na górze. – Ale to nie oznacza, że ryzyko mnie nie pociąga. To nie jest tak, że jak mam trochę wolnego czasu, to siedzę tylko w ogródku i sadzę bratki. Jak Zbyszek Cieślar, kolega z Wisły, zabrał mnie do swojej rajdówki i przejechaliśmy kilka odcinków specjalnych, poczułem, że krew szybciej krąży mi w żyłach.
W sobotę na jego benefis przyjedzie do Zakopanego kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Konkurs na celność lądowania z udziałem najlepszych skoczków świata (Thomas Morgenstern, Gregor Schlierenzauer, Simon Ammann) i występy gwiazd polskiej estrady, które będą żegnać Małysza, obejrzy pod Wielką Krokwią 21 tysięcy.
Bilety sprzedano na pniu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA