Kraj

Julia Pitera zarzuca szantaż premierowi

Fotorzepa, Jak Jakub Ostałowski
Gdy byłam warszawską radną zadzwonił do mnie Jarosław Kaczyński z prośbą o poparcie absolutorium dla ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego - twierdzi posłanka PO Julia Pitera. W zamian wycofana miała być apelacja w sprawie wygranego przez Piterę procesu dotyczącego jej mieszkania.
- Zarzucam szantaż Jarosławowi Kaczyńskiemu - podkreśliła posłanka.Jak mówiła Pitera, tzw. układ warszawski "w zemście za to, co z nimi zrobiła", stworzył tzw. aferę mieszkaniową, dotyczącą jej mieszkania.
- Wiedząc o tym, że nie mam możliwości bronienia się w normalnym trybie, oddałam sprawę do wyjaśnienia przed sądem cywilnym. Sprawę tę wygrałam w pierwszej instancji. Już kiedy Lech Kaczyński był prezydentem stolicy została złożona apelacja do sądu przez miasto stołeczne Warszawa z jego upoważnienia - relacjonowała. - W kwietniu miała się zebrać Rada Miasta Stołecznego Warszawy, żeby głosować absolutorium dla Lecha Kaczyńskiego. Ja dostałam telefon od bardzo ważnej persony z PiS-u, że jeżeli poprę absolutorium dla Lecha Kaczyńskiego w Warszawie wówczas zostanie wycofana apelacja w mojej sprawie z sądu - oświadczyła.
Dopytywana, kto jest tą bardzo ważną osobą z PiS-u, Pitera odpowiedziała, że to premier. "Tak. Jarosław Kaczyński osobiście do mnie zadzwonił, żeby powiedzieć, że jeżeli poprę absolutorium dla Lecha Kaczyńskiego - ponieważ to był jedyny głos - który brakował" wówczas zostanie wycofana apelacja - podkreśliła Pitera. - Ja byłam wstrząśnięta - dodała. Według Pitery, był to kwiecień 2004 lub 2005 r. "Musiałabym sprawdzić" - zaznaczyła. - Czyli premier panią zaszantażował? - dopytywał dziennikarz. "Jeszcze nie był premierem. Był szefem partii. Ja wówczas zostałam wstrząśnięta, naprawdę wstrząśnięta, nie byłam w stanie mówić. Poszłam (...) na posiedzenie Rady Miasta Stołecznego Warszawy i okazało się, że wszyscy radni o tym doskonale wiedzą, że został kupiony głos radnej Pitery. Ja wówczas zagłosowałam wyraźnie przeciw, aczkolwiek miałam zamiar się wstrzymać, żeby się od tego odciąć" - podkreśliła posłanka. Pytana, czy jest gotowa na proces w trybie wyborczym, odparła, że tak. Na pytanie, jakie ma dowody odpowiedziała: "Dwoje świadków, ponieważ nie byłam sama". - Chciałem przekonać Piterę, by nie szła w kierunku koalicji PO z lewicą - powiedział Jarosław Kaczyński. - Nic więcej tam nie było - dodał. Premier twierdzi, że wtedy chodziło o to, by Pitera nie poparła powstającej właśnie koalicji PO - lewica. - Tej koalicji, która dziś rządzi w Warszawie i której rządy są jedną gigantyczną kompromitacją i to nie chodzi tylko o korki - powiedział. - Chodzi też o to - mówił premier - co się wyprawia w stołecznym ratuszu. - Ilu dyrektorów bez kwalifikacji jako p.o. jest w tej chwili na różnych stanowiskach, co się wyprawia w koalicji - nie takiej samej, ale zbliżonej, czyli z PSL w samorządzie wojewódzkim, gdzie na 450 stanowisk kierowniczych podległych marszałkowi jest 1 bezpartyjny - mówił premier. - Tak to wygląda w wykonaniu tych, którzy w tej chwili mają podobno wspólnie rządzić Polską - dodał. - Swoją starą koleżankę, kiedyś nie ukrywam lubianą, chciałem przekonać, żeby w tym kierunku nie szła. Ona przyjęła to chłodno i taki był przebieg tej rozmowy. Nic więcej tam nie było - podkreślił Kaczyński. Premier mówił, że zna Piterę od wielu lat, jeszcze z czasów młodości. Według niego, ludzie, którzy "znają się od młodości, mają prawo ze sobą rozmawiać w takich sprawach", tym bardziej, że Pitera była wówczas osobą spoza partii politycznej. - Mogła wejść w ten układ, w który weszła - z fatalnymi skutkami - mogła nie wejść. No, niestety weszła, tyle mogę powiedzieć. Ona się powinna tego wstydzić, ja nie mam żadnych powodów do wstydu - powiedział Kaczyński.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL