fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Nie mam władzy nad widzami

Tomasz Kammel: Sytuacji takich jak Larry King z Robertem Mitchumem, który przez siedem minut odpowiadał tylko "Yes" albo "No" na szczęście nie miałem
Fotorzepa, Dor Dorota Kaszuba
Kiedy robi się badania widowni, każdy mówi, że najbardziej interesują go filmy dokumentalne i przyrodnicze. Ale kiedy pokazywany jest "Rambo" -wszyscy go oglądają - mówi Tomasz Kammel
Rz: Czy próbuje pan obecnie szansy w niemieckiej telewizji?
Tomasz Kammel: Są szanse, którym nie można pozwolić przejść obok. Moim największym zawodowym marzeniem jest praca w telewizji amerykańskiej, ale faktycznie w Niemczech szukają nowych twarzy. Szkoda, że Nowy Jork nie jest w Europie.
Do niedawna prowadził pan "Sekrety rodzinne". Proszę powiedzieć o swoich korzeniach.
Moja rodzina ze strony ojca wywodzi się z Łodzi, w okresie miedzywojennym miasta czterech kultur. Żydzi, Rosjanie, Polacy i Niemcy żyli razem i znakomicie to funkcjonowało. Tam mieszkał mój niemiecki dziadek, babcia zaś urodziła się na Dolnym Śląsku. Poznali się w amerykańskiej strefie okupacyjnej pod koniec II wojny światowej. Mój ojciec urodził się w Szwabii, w Biberach. Ale że część rodziny mojej babci była polska - podjęli decyzję, że bezpieczniej będzie wrócić na ziemie, które wówczas nazywano już odzyskanymi. To wtedy jeden z urzędników uznał nazwisko Kammel za zbyt skomplikowane i zdecydował, że będziemy się pisać przez jedno "m". Teraz znowu mam w dowodzie wersję oryginalną. Kilka lat wcześniej mój ojciec na własną rękę przeprowadził wakacyjne śledztwo genealogiczne. Pojechał do Francji, gdzie zbierał dokumenty zawierające francuski ślad rodziny Kammelów. Jeździł od miasta do miasta, uzupełniając drzewo genealogiczne, odkrywając historie niezwykle czasami, niestety, tragiczne i mroczne.
Pojawił się pan w "Klanie" i "Na dobre i złe", a teraz można pana oglądać w "Facetach do wzięcia". Czy to jest próba poszerzenia grona odbiorców?
Inicjatywa wyszła od producentów serialu, a że lubię nieszablonowe projekty poza głównym nurtem moich obowiązków, zgodziłem się chętnie. Poza tym zamiast uskarżać się na media, czasami lepiej się pośmiać.
Można się śmiać z własnej telewizji i z własnej roli w telewizji?
Potraktowałem rzecz bardziej ogólnie.
A jakie są reakcje na Woronicza? Czasami można komuś podpaść...
Dostałem mnóstwo esemesów z gratulacjami. Intencja była oczywista i dobrze odczytana. Gratulowano mi, że odnalazłem się jako aktor.
A miał pan wcześniej ambicje, żeby nim zostać?
Nie. Od początku chciałem być prezenterem i dziennikarzem telewizyjnym. Propozycja aktorska stała się wyzwaniem. Kiedy dowiedziałem się, że mam wystąpić z Cezarym Pazurą i Pawłem Wilczakiem - nie mogłem sobie odmówić. W obydwu panach znalazłem partnerów. Czarek Pazura jest w stanie po mistrzowsku zagrać wszystko, nawet krzesło. Ponieważ mój Krzysio miał być typem dość żałosnym, a jednocześnie zabawnym - wspólnie naradzaliśmy się, co zrobić, żeby widz zamiast patrzeć na niego z zażenowaniem, trzymał się za brzuch ze śmiechu.
W jednym z odcinków przychodzi do studia na wywiad z panem Cezary Pazura. Obok siedzi bułgarska zapaśniczka. Rozmowa się nie klei. Zdarzają się panu takie sytuacje?
Pamiętam wywiad z pewną dziennikarką. Wróciła z Bliskiego Wschodu, napisała reportaż o skutkach trzęsienia ziemi. Nie była przygotowana na taką tragedię. Nie mogła się odnaleźć również w telewizyjnym studiu. To nie był łatwy wywiad, w fazie początkowej przypominał terapię odstresowującą. Jednak sytuacji takich jak Larry King z Robertem Mitchumem, który przez siedem minut odpowiadał tylko "Yes" albo "No" - na szczęście nie miałem.
Rozmawia pan z gwiazdami show biznesu, dziennikarzami i zwykłymi ludźmi -jacy rozmówcy są najlepsi?
Branża nie gra roli. Najważniejsza jest komunikatywność. Kiedy przypinamy mikrofony i ustawiamy kadry, światła, rodzi się okazja na zwyczajną rozmowę przed wywiadem. Wykorzystuję to, bo wtedy pojawia się nić porozumienia. Zdarza się, że żartujemy z operatorami kamer czy resztą ekipy, wciągając w to rozmówcę - już wiadomo, że się dogadamy.
Każda pana telewizyjna improwizacja jest przygotowana?
To jest próba zwyczajnego poznania się. Nie musimy rozmawiać o sprawach, które wiążą się z wywiadem. Chodzi o to, by rozmówca miał okazję mnie poznać i swobodniej wejść w swoją telewizyjną rolę.
Czuje pan jeszcze tremę?
Zawsze powtarzam za Gustawem Holoubkiem: że pierwszy dzień, kiedy przestanę czuć tremę, będzie moim ostatnim dniem w zawodzie. Trema jest potrzebna, motywuje i daje szansę, żeby się mocniej skoncentrować, pracować jeszcze lepiej. To nasz wielki sprzymierzeniec. Ludzie często nie zdają sobie sprawy, że dzięki tremie lepiej słyszymy, widzimy i reagujemy na wszystkie bodźce.
Co zrobić, żeby nie była destrukcyjna?
Nie można zapominać, do czego służą płuca. Niektórzy moi goście są tak spięci, że radzę im kilka razy spokojnie głęboko odetchnąć. Wtedy trema zazwyczaj przechodzi, jest lepiej.
Czy stara się pan poznać różne wschodnie techniki, które pomagają zapanować nad organizmem, np. jogę?
Z jogą trafił pan idealnie, choć przez lata miałem wobec niej wątpliwości, bo kojarzyła mi się głównie z nawiedzonym sposobem bycia. Teraz dość często podróżuję do Azji. Jednym z powodów jest nauka szybkiej regeneracji. Zacząłem ćwiczyć jogę z bardzo praktycznych powodów. Stwierdziłem, że nie wychodząc z kwadratu o powierzchni półtora na półtora metra można ćwicząc zmęczyć się mocniej niż na siłowni. Warto spróbować, zaczynając np. od autoobserwacji. Jeśli usiądziemy sobie wygodnie, prosto ze ściągniętymi łopatkami i będziemy przez 60 sekund regularnie i powoli oddychać nosem, najlepiej przymykając oczy - poczujemy się odprężeni, zrelaksowani. To najprostszy, najłatwiej dający się przeprowadzić jogowy eksperyment dla początkujących.
Czy zdarza się panu w studiu przed programem wykonać takie ćwiczenie?
Kiedy zostaje mi kilka sekund do wejścia na scenę w opolskim amfiteatrze w czasie festiwalu dzieją się dwie rzeczy. Po pierwsze zawsze sobie spokojnie oddycham, po drugie kierownik produkcji klepie mnie w ramię i mówi: "Tomek, dobrze będzie. Nie takie imprezy się kładło!". Każda branża ma swoje zaklęcia. To zawsze działa.
Nie czuje pan, że na naszych oczach telewizja psuje się?
A skąd! Media się zmieniają, dostosowując do potrzeby czasów. Wyobrażam sobie, że za kilka lat nowe technologie pozwolą na to, żeby w sposób tak prosty, jak teraz obsługuje się pilota, każdy mógł układać sobie własną ramówkę telewizyjną. Programów, w tym tematycznych, dostosowanych do naszych zainteresowań, będzie tyle, że będziemy wybierać tylko to, co najlepsze.
Gustaw Holoubek, na którego się pan powoływał, powiedział kiedyś, że decydenci w telewizji uważają, iż widz jest głupszy niż w rzeczywistości i dlatego zaniżają poziom programów, psują jego gust. Krzysztof Zanussi przypomina, że kiedyś telewizja pokazywała filmy Bergmana w porze największej oglądalności, a teraz czas dla niego jest po północy.
Albo w kanałach tematycznych. Naprawdę nie widzę problemu. Moje ulubione "Szepty i krzyki" znalazłem w wideotece. Już dawno stoją na mojej półce. Kiedyś widz mógł szukać ich tylko w telewizji. Proszę mi wierzyć, że kiedy robi się badania widowni, każdy mówi, że najbardziej interesują go filmy dokumentalne i przyrodnicze. Ale kiedy pokazywany jest "Rambo" - wszyscy go oglądają.
Czy przyciągając przed telewizory miliony widzów, nie ma pan ochoty, by zaproponować poza rozrywką, ambitną książkę i film?
Świata nie zbawię i nie mam władzy nad widzami. To widz ma władzę nade mną i on podejmuje ostateczną decyzję, co ogląda i czyta. Ale oczywiście zdarza mi się często zapowiadać wartościowe programy emitowane późniejszą porą.
A co pan oglądał w telewizji, kiedy był pan dzieckiem?
Pierwsze słowo, które wypowiedziałem, to "auto". Konsekwencje były takie, że gdy pokazywano filmy "Mistrz kierownicy ucieka", "Znikający punkt" albo "Konwój" - zamieniałem się wglonojada przyssanego do kineskopu. Byłem też wielkim fanem "Sondy". Dawała mi pretekst do rozmów z rodzicami na temat tego, co czeka świat.
A co pan czytał ostatnio?
"Wyspę" Eustachego Rylskiego. Bardzo lubię tego pisarza. Ale czytam różne książki. Staram się dobrze przygotowywać do moich podróży, dlatego szukam w księgarniach wiarygodnych przewodników. Uczę też studentów teorii mediów w jednej z wyższych uczelni, dlatego muszę być na bieżąco z fachowymi pozycjami w tej dziedzinie.
Bardzo bym chciał, żeby od czasu do czasu w telewizyjnym okienku polecił pan Rylskiego albo innego wartościowego pisarza, bo myślę, że wielu telewidzów o nim, niestety, nie miało się okazji dowiedzieć.
Jeśli tylko będzie możliwość...
To teraz mogę zapytać, jak znosi pan plotkarską prasę?
Uparcie twierdzę, że osoby publiczne w Polsce, w porównaniu z choćby Wielką Brytanią, są traktowane łaskawie, wręcz ulgowo. A jeśli ktoś ma złą prasę - to zazwyczaj na własne życzenie. Kontakty z prasą kolorową są częścią mojego zawodowego życia. I jeśli nawet któraś z publikacji mnie zaboli, zawsze sobie o tym przypominam.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA