Komentarze

Kościół w szponach polityki

Choć swoje polityczne upodobania deklarują tylko nieliczni ludzie Kościoła, to właśnie oni są widoczni. Z jednej strony mamy Radio Maryja wspierające PiS, z drugiej strony bp. Tadeusza Pieronka stwierdzającego, że władza Kaczyńskich “zagraża podstawom demokracji” – pisze publicysta “Rzeczpospolitej”
Biskupi popierają PiS, bo niby kogo mieliby popierać – zapewniał przed kilkoma tygodniami Przemysław Gosiewski, a o. Stanisław Kuczek podczas mszy świętej transmitowanej przez Radio Maryja deklarował, że będzie głosować właśnie na tę partię.
Właściwie nikogo to nie zdziwiło, bo związki PiS z Kościołem już dawno zostały wytropione przez media. Ciekawe jednak, że druga strona politycznego sporu nie mniej chętnie podpiera się autorytetem Kościoła. Politycy SLD apelowali do PiS, by ten wsłuchał się w słowa krytykującego ich biskupa Tadeusza Pieronka, a PO z krytyki relacji łączących partię rządzącą z imperium ojca Tadeusza Rydzyka uczynili wręcz jednym z punktów przewodnich swojej kampanii wyborczej. Poseł Antoni Mężydło, tłumacząc, dlaczego przeszedł z PiS do Platformy, mówił, iż uczynił to m.in. dlatego, że chciał być wierny... Kościołowi. Jeśli dołączyć do tego odwołujący się do retoryki Radia Maryja język niektórych przemówień Jarosława Kaczyńskiego – to można by odnieść wrażenie, że w kampanii wyborczej religia i Kościół są niezwykle mocno obecne. Tyle że naprawdę wcale tak nie jest. I to zarówno od strony Kościoła (hierarchii), jak i polityków.
Zaczynając od Kościoła hierarchicznego – trudno nie dostrzec, że akurat w trakcie toczącej się kampanii wyborczej biskupi i zdecydowana większość księży nabrali wody w usta. Jedyne, co można od nich usłyszeć, to wezwanie do wzięcia udziału w wyborach. „Bierność, izolowanie się, ucieczka w prywatność sprzeciwiają się godności osoby ludzkiej, która z natury jest istotą społeczną i powinna być podmiotem, zasadą i celem wszystkich przedsięwzięć społecznych, także politycznych. Te naturalne zobowiązania ciążące na każdym człowieku są jeszcze wzmocnione przez wymogi wiary chrześcijańskiej. Człowiek wierzący tym bardziej powinien być aktywnym społecznie i brać udział w wyborach” – napisali biskupi w specjalnym słowie, które będzie odczytywane w świątyniach tydzień przed wyborami. Na bardziej konkretne wezwania decydują się tylko nieliczni. A i oni zazwyczaj ograniczają się do ogólnych pouczeń moralnych, które odnieść do siebie mogą wszyscy uczestnicy gry politycznej. – Jako biskup, ktoś będący wśród ludzi, mogę powiedzieć jedno: ludzie niepokoją się stylem walki przedwyborczej, krytycznie oceniają nadużycia werbalne i ataki na poszczególne ugrupowania polityczne. Wydaje mi się, że może to grozić zobojętnieniem, zwłaszcza wśród młodego pokolenia. Młodzi nie znają jeszcze w pełni mechanizmów demokratycznego państwa i widząc tak ostrą walkę, mogą się odsunąć od odpowiedzialności za ojczyznę – podkreślał w wywiadzie dla KAI abp Tadeusz Gocłowski. Na bardziej otwarte deklarowanie preferencji wyborczych decydują się tylko nieliczni. Ale to oni nadają ton debacie toczącej się obecnie w mediach. Z jednej strony mamy więc Radio Maryja, które wbrew wcześniejszym zapowiedziom – przynajmniej od czasu do czasu – wspiera PiS (a dokładniej, by oddać sprawiedliwość, niektórych działaczy tej partii). Z drugiej strony są wytrwali krytycy IV RP w piuskach i sutannach.I to właśnie wypowiedzi obu stron tego konfliktu: ostre, niesprawiedliwe i niebędące w stanie oddać choć minimalnej sprawiedliwości drugiej stronie, tworzą obraz silnego zaangażowania politycznego Kościoła.Najlepszym przykładem takiego zaangażowania (by nie ograniczać się wyłącznie do sprawy Radia Maryja, o której pisano już wielokrotnie) są publiczne i jak najbardziej polityczne wypowiedzi biskupa Tadeusza Pieronka. Wystarczy wspomnieć wywiad tego hierarchy dla „Dziennika”, w którym zdecydowanie zaatakował PiS, określając jego rządy jako „nieetyczne”, „zagrażające podstawom demokracji”, „przypominające praktyki z poprzedniej epoki” itd. Nie ulega wątpliwości, że w ten sposób bp Pieronek przekroczył granice jasno wyznaczone przez Konferencję Episkopatu w cytowanym już słowie na wybory. „Duszpasterze (...) zobowiązani są uczynić wszystko, co możliwe, by unikać czynienia sobie wrogów z powodu zajmowanego stanowiska politycznego, co mogłoby spowodować zmniejszenie zaufania i oddalanie się od nich wiernych powierzonych ich duszpasterskiej misji” – napisali w tym dokumencie biskupi. Zmniejszenie zaufania czy oddalanie się od wiernych nie jest jednak jedynym niebezpieczeństwem stwarzanym przez nieostrożne wypowiedzi hierarchów. O wiele istotniejsze wydaje się to, że polityczne wypowiedzi są natychmiast podchwytywane przez polityków partii, z którymi czasem biskupi nie chcieliby mieć wiele wspólnego.Tak stało się właśnie z wywiadem z biskupem Pieronkiem, którego słowa stały się politycznym argumentem dla SLD. – Biskup Pieronek powiedział prawdę. Wielu hierarchów Kościoła milczy. To pierwszy, który się odważył powiedzieć prawdę, odsłonić i nazwać to, co złe w IV RP. PiS zamiast się oburzać, powinno po prostu ze spuszczoną głową posłuchać słów biskupa. Moim zdaniem biskup Pieronek zrobił dobry uczynek dla Polski i Polaków – twierdzi sekretarz generalny SLD Grzegorz Napieralski.Podobnie rozgrywany politycznie jest czysto kościelny spór o Radio Maryja. Z jednej strony PiS i sam premier często deklarują się jako jego obrońcy, chcąc uzyskać głosy marginalizowanych i wyśmiewanych (czego ostatnim przykładem może być akcja „zabierz babci dowód”) słuchaczy toruńskiej rozgłośni; z drugiej PO buduje część swojego przekazu na odrzuceniu „katolicyzmu toruńskiego” czy podkreślaniu wierności kard. Stanisławowi Dziwiszowi w jego walce z „polityzacją katolickich mediów”. Wykorzystywanie tak przez rząd, jak i opozycję sporów wewnątrzkościelnych w bieżącej polityce przeszkadza Kościołowi w rozwiązywaniu problemów związanych choćby z Radiem Maryja. Z konfliktu dotyczącego granic zaangażowania duchownych w politykę przekształca się on bowiem w spór o to, czy katolicy są za, czy przeciw IV RP. W ten sposób dzieli się katolików na „łagiewnickich” i „toruńskich” – budując mury tam, gdzie ich w istocie nie ma. Takie upartyjnienie debat wewnątrzkościelnych utrudnia również wprowadzenie do debaty publicznej rzeczywistych interesów Kościoła katolickiego. Jeśli bowiem problem obecności Kościoła w sferze publicznej sprowadzić do oceny Radia Maryja (pozytywnej u PiS, negatywnej w PO) – to w zasadzie nieistotne stają się kwestie statusu embrionów ludzkich, sprzeciwu wobec pornografii czy polityki prorodzinnej – których nie należy sprowadzać wyłącznie do zapomóg. Skrajne upartyjnienie debaty publicznej i uprzedmiotowienie Kościoła prowadzi do tego, że stawianie tych problemów traktowane jest nie tyle jako wyraz wierności nauczaniu Kościoła, ile jako gra polityczna toczona za lub przeciw III/IV RP. Zjawiska, o których mowa, dotyczą jednak głównie sfery medialnej. Zdecydowana większość biskupów i duchownych nie próbuje nawet w nie wchodzić. Arcybiskupi Kazimierz Nycz, Stanisław Gądecki czy nawet niestroniący w przeszłości od polityczno-społecznego zaangażowania Tadeusz Gocłowski coraz częściej pokazują, że społeczne zaangażowanie Kościoła może dokonywać się poza sferą partyjno-polityczną. Ich ostrożność w ocenach i politycznym zaangażowaniu, choć może być dla wielu zaskoczeniem, jest chyba jedyną drogą do zachowania autorytetu Kościoła.Ten inny (można powiedzieć lustigerowski – od kard. Jeana-Marie Lustigera, nieżyjącego już arcybiskupa Paryża) model zaangażowania społecznego Kościoła, by pozostał skuteczny, musi być jednak uzupełniony o jeszcze jeden element: silną formację świeckich. Bo jeśli kiedyś rzeczywiście będzie można mówić o nowym zaangażowaniu katolików w życie społeczne, to zostanie ono dokonane nie przez publiczne wypowiedzi posługujących się Kościołem polityków, ale poprzez oddolne zaangażowanie nie na rzecz partii, ale konkretnych spraw.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL