Styl życia

Zasuwam szybciej od światła

Edyta Jungowska: Krytyka mnie mobilizuje, ale dobre słowo działa jak balsam
ONS, Piotr Podlewski Piotr Podlewski
Nie czuję się aktorką komediową. Dobrze odnajduję się w sytuacjach komediowych, ale nie mam w sobie duszy showmana i komika. Oczywiście im jestem starsza, tym lepiej czuję się w komedii
Kiedy po raz pierwszy wykrzyknęła pani: ja wam pokażę?
Edyta Jungowska: Ojciec wielokrotnie opowiada mi taką historię. W dzieciństwie nie chciałam czegoś zrobić i w geście protestu położyłam się na podłodze, zaczęłam walić rękami i nogami i głośno krzyczeć. Wtedy pierwszy raz dostałam lanie. I oburzona wykrzyczałam coś w rodzaju: ja wam jeszcze pokażę. Lanie było raczej symboliczne, ale mimo to dobrze je pamiętam. Przyjmuje pani argumenty autorytetów czy raczej lubi pani z nimi dyskutować?
Do ludzi, których uważam za autorytety, mam ogromny szacunek. Do dziś np. utrzymuję kontakty z Haliną i Janem Machulskimi, którzy stworzyli przy Teatrze Ochoty ognisko teatralne i w ten sposób zarazili miłością do teatru nie tylko mnie, ale też wiele pokoleń aktorów. A może po prostu utwierdzali panią, kilkuletnią wówczas Edytkę, w przekonaniu, jaka jest wspaniała? Wprost przeciwnie. Kiedy przyszłam do ogniska, w którymś momencie byłam przekonana, że wszystko potrafię. I wtedy dostałam zimny prysznic. Okazało się, że muszę się wiele nauczyć, popracować nad głosem, nad rozumieniem wypowiadanych słów. Zaczęła się ciężka praca, która dała jakieś efekty. Krytyka mnie mobilizuje, ale dobre słowo działa jak balsam. Kiedyś po szkole teatralnej, poszukując pracy, spotkałam się z Adamem Hanuszkiewiczem. Zaprezentowałam mu monolog i usłyszałam: "Wygląda pani na zdolną osobę". Zrozumiałam wtedy, jak niewiele potrzeba, by człowiek uwierzył w siebie. I jeśli komplement wypowiada artysta otwarty na młodych, który ma świetne wyczucie i nie boi się ryzyka, każdy zrobiłby wszystko, by udowodnić, że ma rację. Po szkole teatralnej trafiła pani do Teatru Kwadrat. Czyżby uważała się pani za aktorkę komediową? Odpowiedź jest prozaiczna: tylko tam dostałam pracę. Kończyłam szkołę w czasie przemian ustrojowych. Trudno nam było zdobyć angaż. Przyjęłam to, co mi zaproponowano. Okazało się jednak, że to pomyłka. Nie czuję się aktorką komediową. Dobrze się odnajduję w sytuacjach komediowych, ale nie mam w sobie duszy showmana i komika. Oczywiście im jestem starsza, tym lepiej czuję się w komedii. Pomaga w tym doświadczenie, pewien dystansu. W młodości długo szukałam swego charakteru pisma, próbowałam więc wielu rzeczy. Reżyserzy przy wyborze aktora często myślą schematami. Pani lubi je łamać? Mam nadzieję, że doczekamy czasów, kiedy będzie się pisało dla konkretnych aktorów. Tak jak to było ostatnio z filmem dla pani Danuty Szaflarskiej. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że wkrótce wezmę udział w jednym z przedsięwzięć wymyślonych specjalnie dla mnie. Ale o szczegółach za wcześnie jeszcze mówić, żeby nie zapeszyć. Pamiętam, że kiedy po roli Konstancji w "Amadeuszu" otrzymałam świetne recenzje, Maciej Wojtyszko powiedział: "Mam dla ciebie piękną rolę". I zanim zagrałam Elizę w "Pigmalionie", minęły dwa lata. Ale tak naprawdę w świadomości publiczności zaistniałam dopiero jako siostra Bożenka w "Na dobre i na złe". Bo ten serial ogląda kilka milionów widzów. A co się stało z siostrą Bożenką, której ostatnio w serialu jakby mniej? Wiem, że moja bohaterka trochę przycichła. I nie ukrywam, że bardzo by mi zależało, by wróciła do swego pierwotnego charakteru. Ale to zadanie dla scenarzystów. Jest pani aktorką poszukującą, próbującą się sprawdzić w różnych ambitnych dziedzinach. Jest więc teatr, własny recital, a z drugiej strony reklama odświeżacza powietrza. Jak to pogodzić? Bardzo łatwo. Reklama to miły bonus naszego zawodu. Tworzą ją często wybitni artyści. Ten akurat powstał zmyślą o mnie. Rzecz zrealizował reżyser z Francji - ciekawa scenografia, dobre światło, świetny operator. Ekipa, która przygotowuje ambitne, artystyczne, niekomercyjne projekty, a utrzymuje się z reklam. Nie ma co ukrywać, że wysiłek uczestnictwa w przedsięwzięciu, jakim jest reklama, jest nieporównywalny z planem zdjęciowym, serialem czy próbami w teatrze. Przez kilka lat konsekwentnie pracowałam na swój wizerunek. Za mniejsze, czasami za większe pieniądze. Czasem za żadne. Recital "Gotujący się pies" był moją produkcją. Teatr Studio dał mi tylko scenę. To był spektakl, do którego czasem dokładałam, by móc wynająć dobrego akustyka i zapłacić mu za sprzęt. Recital, który teraz przynosi mi satysfakcję, na początku szokował. Mówiono, że śpiewam znane piosenki, nieustannie łamiąc konwencje. Czasem wręcz twierdzono, że szkoda utworów na takie śpiewanie. Wszystko zmieniła nagroda od Ewy Demarczyk? W Ewie Demarczyk cudowne było to, że zobaczyła we mnie żywą osobę, która myśli i czuje. Zrozumiała, że piosenkę "Nie opuszczaj mnie" zaśpiewałam po coś, że ta opowieść tkwiła we mnie. Że poruszył mnie los zranionej dziewczyny, która przenosi się w świat marzeń, chcąc choćby na chwilę uciec mrocznej rzeczywistości. To była opowieść o osobie, która nie tylko śpiewa swoje historie, ale też ucieka piosenkami od własnych problemów. Za co najbardziej lubi pani siebie, a co panią w sobie samej najbardziej denerwuje? Cieszę się, że nauczyłam się wreszcie mówić stanowcze NIE! Z drugiej strony robię wszystko, by móc to jakoś przekonująco uargumentować. Nie mogę przecież położyć się na podłodze i jak w dzieciństwie walić rękami i drzeć się wniebogłosy. Łatwo się pani pracowało z Olgą Lipińską, która ponoć jest reżyserem nieznoszącym sprzeciwów? Mam szczęście do pracy z wielkimi osobowościami. Praca, choć dawała ciekawy rezultat, nie zawsze układała się łatwo. Podobno w czasie nagrywania spektaklu "Amadeusz" tak pani sprowokowała Zbigniewa Zamachowskiego, że panią kopnął. To była najlepsza rzecz, jaką w danym momencie mógł zrobić. Zagrał instynktownie. Kopnął mnie, jak to mówimy w aktorskim żargonie, "z telefonem" - wyglądało groźnie, ale nie bolało. Konstancja i Amadeusz byli nieobliczalną parą, ten kopniak był jak najbardziej w ich stylu. Po nagraniu nikt nikogo nie przepraszał ani się nie tłumaczył. Nie spodziewałam się kopniaka, tak samo jak pan Zapasiewicz grający Saleriego nie spodziewał się, że podczas nagrania klepnę go po pupie. Mnie się to wydało całkowicie naturalne, wynikało z tekstu. Odniosłam wrażenie, że poczuł się trochę dotknięty. Łatwo się z panią pracuje? Bardzo łatwo. Najlepiej dogaduję się z reżyserami, którzy wiedzą, czego chcą, i nie pozwalają sobie wchodzić na głowę. Polska Bridget Jones w serialu "Ja wam pokażę" to bardzo ciekawe wyzwanie. Ale brać rolę po kimś... ...to trochę jakby pójść do secondhandu? Być może. Ale z kupionych tam ubiorów udaje się często skomponować bardzo oryginalną kreację. Choć czasem podejmuję w życiu nierozsądne decyzje, to ta z pewnością taka nie jest. Nie można było nie przyjąć tej roli. Wiem, że wielu Polkom bardzo się podoba Bridget Jones, bo odnajdują w niej siebie, i ja tu nie jestem wyjątkiem. Sporą popularność przyniosły pani przygotowywane w Radiu Zet z Rafałem Bryndalem "Rozmowy rolowane". Dziś niektórzy politycy bardzo ułatwiają wam pracę, bo mówią takie bzdury, że nie trzeba ich wypowiedzi montować. Zawsze trzeba montować, bo inaczej mogliby nas oskarżyć o plagiat. Ale rzeczywiście ułatwiają nam zadanie. Lubi pani planować życie czy raczej żyć chwilą? Czasami wydaje mi się, że dryfuję. I nie jest to dla mnie sytuacja komfortowa. Chciałabym móc planować trochę bardziej długofalowo. Na szczęście co jakiś czas zrywa się potężny wiatr i wtedy zasuwam szybciej od światła. Często zapędzam się przez to w sytuacje ekstremalne. Ale nawet gdy się wydaje, że jestem pod ścianą, jakimś instynktownym ruchem robię zwrot i płynę dalej, wykrzykując jakieś niecenzuralne słowa, które w wolnym tłumaczeniu znaczą: jeszcze wam pokażę!
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL