Opinie

Prowincjonalny prowokator

Marin Schulz
AP
Swoją rolę sumienia Europy eurodeputowany Martin Schulz traktuje niesłycha nie poważnie. Ale gdyby nie incydent, w którym włoski premier Silvio Berlusconi nazwał go kapo, mało kto by go kojarzył
Krzykliwy. Agresywny. Zjadliwy. Przewodniczący frakcji socjalistów w parlamencie Europejskim Martin Schulz lubi pouczać. "Milcz i słuchaj" - to jego dewiza. Chętnie wskazuje innym miejsce w szeregu. W obronie europejskich wartości. W imieniu tych wartości zaatakował niedawno polski rząd. -Polska, której przywódcy otwarcie popierają karę śmierci, powinna być izolowana w Unii Europejskiej - zażądał podczas sesji Parlamentu w Strasburgu. Dodał, że polski naród powinien odesłać obecny rząd do domu. Tylko wtedy Europa zazna zasłużonego "błogosławionego" pokoju. Występ ten prócz krytyki przyniósł mu olbrzymi rozgłos. Tak jak w 2003 roku, kiedy atak na ówczesnego premiera Włoch oraz przewodniczącego Rady UE Silvio Berlusconiego pozwolił mu wyróżnić się spośród stada szarych eurokratów. Berlusconi określił go niedwuznacznie "Kapo Schulz". Europosłowie zaś przekonali się, że jest on politykiem tak samo prostym jak jego życiorys.
Martin Schulz urodził się 20 grudnia 1955 roku w miasteczku Hehlrath w Nadrenii-Westfalii tuż przy granicy z Francją. Jego dziadek był górnikiem. Matka, katoliczka oraz jedna z założycielek CDU, wysłała go do Gimnazjum Ducha Świętego w sąsiednim Würselen prowadzonego przez dominikanów. Wyrzucili go jeszcze przed maturą. Jego skłonność do pyskowania powodowała ciągłe konflikty z nauczycielami. - Byłem strasznym rozrabiaką - potwierdza Schulz w rozmowie z"Rz". -Miałem kłopoty z autorytetem. Jego wieloletni przyjaciel oraz doradca, działacz SPD w okręgu Akwizgranu Herbert Hansen również pamięta go jako "osobę czasami zbytnio szczerą". -Jego szczerość powodowała, że wciąż wdawał się w jakieś konflikty. Martin zawsze mówił to, co myśli. Wcześnie zasugerowano mu zmianę szkoły - śmieje się. Z czasów szkolnych, jak twierdzi Schulz, pozostała mu trwała niechęć do Kościoła. Do dziś z niego jednak nie wystąpił, bo z jego podatków kościelnych są finansowane remonty kościołów oraz charytatywna działalność organizacji kościelnych. -Niech pani tego nie pisze, bo ludzie pomyślą, że zgłupiałem -martwi się. Również kariera sportowa mu nie wyszła. Od dziecka marzył o tym, żeby zostać piłkarzem. Od ósmego roku życia grał w piłkę nożną w amatorskim klubie Rhenania Würselen. Później w drugiej lidze. Jego nadzieje zniszczył wypadek podczas meczu mistrzostw młodzieżowych Niemiec. Zerwane ścięgno spowodowało, że dziś piłkę nożną ogląda głównie w telewizji. Jest zagorzałym fanem drużyny FC Köln. Bez szans na karierę sportową oraz matury rozpoczął w końcu dwuletni staż przygotowujący do zawodu bibliotekarza. Dlaczego akurat ten zawód? - Z miłości do książek. Uwielbiam czytać. Spędzam na tym prawie każdą wolną chwilę. Najchętniej biografie lub książki historyczne - twierdzi. - Martin często czyta biografie ludzi, z którymi ma się spotkać zawodowo - opowiada Hansen. - Kiedy ich w końcu poznaje, dziwią się, że on już wszystko o nich wie. To takie urocze. Po zakończeniu stażu pracował dla różnych wydawnictw. W 1982 roku otworzył własną księgarnię w Würselen. Wtedy był już od prawie ośmiu lat członkiem SPD. W 1974 roku, w wieku 19 lat, Schulz wstąpił do młodzieżówki SPD (Jusos) w Würselen, typowym nadreńskim miasteczku liczącym 40 tysięcy mieszkańców. Wszyscy się tam znają. Pa nie domu rano myją chodniki przed domami. - Bardzo wcześnie, ku zdziwieniu mojej matki, poczułem pociąg do socjaldemokracji. Angażowałem się w ruch pokoju. Walczyłem o prawa człowieka. W podobnym kierunku poszło również moje rodzeństwo. Cała piątka zwartym szeregiem wspiera europejską socjaldemokrację -opowiada. Walka o prawa człowieka i światowy pokój długo ograniczała się do okręgu Akwizgranu i okolic, nie wykluczając okazjonalnych wyjazdów do sąsiedniej Kolonii. Wiece, rozdawanie ulotek, spotkania z wyborcami w szkołach podstawowych. Występy w domach starców. Schulz na 20 lat ugrzązł w nadreńskiej prowincji. W 1984 roku wybrano go do rady miasta. W 1987 roku osiągnął swój największy sukces, stając się najmłodszym burmistrzem Nadrenii-Westfalii. Miał wtedy 31 lat. Pozostał nim przez 11 lat, do 1998 roku. Jakie są osiągnięcia burmistrza Schulza? - Pierwsza rzecz, która mi przychodzi do głowy, to basen Aquania - wzdycha Herbert Hansen. - To była bardzo kontrowersyjna inwestycja. Rozrywkowa pływalnia, która niegdyś znajdowała się obok cmentarza, kosztowała zadłużone miasto Würselen kilka milionów euro. Zdaniem opozycji z CDU i FDP - niepotrzebnie. Konsekwencje deficytu budżetowego poniósł jego następca. Już jako burmistrz Schulz nie przebierał w słowach. Chcący zachować anonimowość radny CDU powiedział "Rz", że wrzaski Schulza były "nie do wytrzymania". W dobrej tradycji socjaldemokracji Schulz angażował się również w walkę przeciwko bezrobociu. Założył w regionie kilka agencji pomagających bezrobotnej młodzieży znaleźć zatrudnienie. W 1994 roku trafił w końcu do parlamentu Europejskiego. Przez dziewięć lat siedział tam niezauważony. Punktem zwrotnym w jego karierze była afera z Silvio Berlusconim. Zaatakował go w 2003 roku, wytykając premierowi Włoch kłopoty z włoskimi i hiszpańskimi organami ścigania, co wywołało gwałtowną ripostę. Berlusconi zaoferował Schulzowi rolę kapo w filmie o obozach koncentracyjnych. "Doskonale pan się do niej nadaje" - powiedział. Dał upust frustracji nie podejrzewając, że wywołuje polityczną burzę. Przeprosił wprawdzie za swe słowa, ale do głosu doszedł Stefano Stefani, włoski sekretarz stanu ds. turystyki. Określił niemieckich turystów "supernacjonalistycznymi blondynami", którzy zakłócają spokój włoskich plaż. Jednym z turystów miał być w tym czasie we Włoszech kanclerz Gerhard Schröder. Przyjął przeprosiny Berlusconiego, ale poczuł się głęboko urażony słowami Stefa niego i odwołał swój urlop. W Niemczech zawrzało. "Bild" rozpoczął wielką kampanię w obronie Niemców i niemieckich polityków sponiewieranych przez Włochów. Konflikt Schulz - Berlusconi przybrał postać otwartej konfrontacji między Berlinem i Rzymem. Część konserwatywnych mediów nawoływała do zachowania rozsądku i szukała winy po stronie niemieckiej za podgrzewa nie konfliktu. Media liberalne nie pozostawiły suchej nitki na Berlusconim. Kilka dni przed incydentem w parlamencie Europejskim tygodnik "Der Spiegel" nazwał Berlusconiego na stronie tytułowej ojcem chrzestnym, sugerując jego powiązania z mafią. Sam Schulz nie krył, że właśnie ten artykuł zainspirował go do ataków na premiera Włoch. Argumenty "Spiegla" i Schulza powtórzył nieco później "Die Zeit". Szybko jednak dyskusja przeniosła się na inny teren. Jej bohaterem został Schulz, występując w roli ofiary tych, którzy nie są gotowi okazać chrześcijańskich uczuć i wybaczyć Niemcom ich zbrodni. - Cała sprawa uwidacznia, jak łatwo nas, Niemców, zranić - zauważył w popularnym telewizyjnym talk-show Klaus von Dohnanyi, były burmistrz Hamburga, podkreślając, że 50 lat niemieckiej demokracji i bicia się w piersi za spowodowanie największej tragedii Europy w postaci II wojny światowej nie zmieniło stereotypu "znienawidzonego Niemca". Wypowiedzi włoskich polityków potraktowano w Niemczech jako przejaw dążenia do zburzenia zbudowanego z trudem przez dziesięciolecia obrazu kraju liberalnego, tolerancyjnego, zdeklarowanego zwolennika integracji europejskiej i poprawnego politycznie w każdym calu. Z dnia na dzień Schulz stał się politykiem z pierwszych stron gazet i uczestnikiem sympozjów naukowych. Od tej chwili swą rolę "sumienia Europy" traktuje niesłychanie poważnie. -Sprawuję władzę nad 220 europosłami. Czy pani wie, jaka to jest odpowiedzialność? - pyta. - Mam ogromny wpływ na kierunek polityki unijnej. Korzystam z niego wtedy, kiedy to jest konieczne - twierdzi. Nie wszyscy się z nim zgadzają. -Schulz? Jaki Schulz? Aaach. Kapo Schulz! Tak, tak. Pierwsze słyszę, że to ważny polityk. Wiem tylko, że od czasu do czasu odzywa się jak fagot w orkiestrze. Gdyby nie Berlusconi, to bym nawet nie wiedział, kto to jest -powiedział "Rz" konserwatywny brytyjski europoseł Mike Natrass. -Za każdym razem, kiedy widzę go na ekranach telewizyjnych w parlamencie, zaczynam się śmiać. Podobnego zdania jest polski europoseł Konrad Szymański (PiS). -Histeryczny człowiek, który chce za wszelką cenę odwrócić uwagę od swojej prowincjonalności -ocenia w rozmowie z "Rz". Oprócz kolegów z frakcji socjalistów większość posłów uważa, że przemówienia Schulza są mniej więcej tak samo istotne jak to, że w Chinach przewrócił się worek z ryżem. Schulz temu uparcie zaprzecza. - Teraz jeżdżę z Helsinek do Moskwy. Kiedyś podróżowałem z Akwizgranu do Kolonii. To chyba lekka różnica - chwali się. - Mój wpływ jest o wiele większy niż wpływ tych ciemniaków w Bundestagu. Wśród idoli politycznych wylicza byłego kanclerza Niemiec Gerharda Schrödera oraz byłego kanclerza Willy'ego Brandta. - Schröder jest bardziej przyjacielem niż idolem. Prócz Willy'ego Brandta podziwiam jeszcze Helmuta Schmidta oraz polskiego europosła lewicy Józefa Piniora - przyznaje. -Podziwiam go jako Polaka i jako polityka. Jako działacz "Solidarności" dzielnie walczył o wolność. Przyznaje, że potrafi być zadziorny. -Tracę panowanie, kiedy jestem zmęczony. A jestem często zmęczony - opisuje. - Za to jestem wiernym mężem, ojcem dla mych córek i przyjacielem. Na mnie można liczyć. Także w Polsce. - Schulz ma wielki talent: obraża nie ludzi, krajów, rządów - powiedział "Rz" anonimowy niemiecki europoseł. W sierpniu podczas szczytu UE w Brukseli, podczas którego Polska walczyła o pierwiastek, stwierdził, że argument ofiar wojennych wysunięty przez Jarosława Kaczyńskiego w obronie systemu pierwiastkowego jest "intelektualnym i moralnym dnem". Chcąc upokorzyć Polskę, Schulz nie stronił nawet od pochwał dla kanclerz Niemiec Angeli Merkel. "Mimo że pani Merkel jest z CDU, muszę powiedzieć, że słusznie postawiła Polsce ultimatum" -powiedział niemieckiej gazecie "Die Zeit". Jego uwagi o Polsce nikogo w Niemczech nie dziwią. Zdaniem Axela Schäfera, rzecznika ds. zagranicznych SPD, słów Schulza o"błogosławieństwie", jakim byłoby odwoła nie rządu Kaczyńskiego, nie sposób uznać za ingerencję w kampanię wyborczą w Polsce. Jednak nie tylko polski rząd mu przeszkadza. 11 września tego roku, w rocznicę ataków na World Trade Center w Nowym Jorku, napisał list do burmistrza Brukseli Freddy'ego Thielemansa. List miał zapobiec manifestacji przeciwników islamu w stolicy Belgii. Schulz stwierdził w nim, że inicjatorzy protestu "działają z ciemnych rasistowskich pobudek". Z podobnym zapałem Schulz walczy ze Stanami Zjednoczonymi. Jest zagorzałym przeciwnikiem wojny w Iraku i wojny w Afganistanie. Jako pacyfista uważa, że "przede wszystkim trzeba szukać rozwiązań pokojowych". Wykona nie kary śmierci na Saddamie Husajnie nazwał zbrodnią. O tym, że z wojną ma kłopoty, świadczy również to, iż w 60. rocznicę wyzwolenia obozu w Oświęcimiu zmusił Parlament Europejski do zmiany rezolucji w tej sprawie. W tejże rezolucji posłowie napisali: "Auschwitz był hitlerowskim obozem zbudowanym przez Niemców". Skandal w opinii Schulza oraz przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Pötteringa. Zamiast tego domagali się sformułowania: "hitlerowski nazistowski obóz zagłady". Z powodów gramatycznych brzmi to po niemiecku tak, jakby w Auschwitz mordowano nazistów (Nazi-Vernichtungslager). W ten sposób słowa niemiecki i Niemcy zniknęły z rezolucji. W ubiegły wtorek Schulz gościł w Warszawie i Łodzi na zaproszenie Wojciecha Olejniczaka. Poco przyjechał? Według SLD po to, aby udowodnić, że polityka zagraniczna Kaczyńskich to polityka arogancji. - Premier Kaczyński może się uśmiechać tak szeroko, jak chce, ale to nic nie zmieni - mówił Olejniczak. - Przyjechałem, by pomóc polskiej lewicy wygrać wybory - deklarował Schulz. -Kocham Polskę. Moja żona jest Polką. Ze Szprotawy. Jej rodzina należy do wypędzonych. Wprawdzie w Polsce nie ma już rodziny, ale ja mam tu wielu przyjaciół. Tak samo jak Gerhard Schröder jestem źle oceniany przez polską opinię publiczną. Nikt tak wiele nie zrobił dla Polski jak Gerhard Schröder. To on starał się o podwyższenie unijnych dotacji dla Warszawy, choć rozumiem, że jego stosunek do Rosji może przerażać Polaków. Zdaniem Schulza konstruktywne stosunki z Polską są w przyszłości możliwe, pod warunkiem że "zmieni się polski rząd". "Na lepszy".
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL