Świat

Reżim idzie na wojnę z mnichami

Na ulice Rangunu przeciwko demonstrantom władze wysłały zmasowane oddziały sił bezpieczeństwa. Przez megafony podawano ostrzeżenia, że armia jest gotowa sięgnąć po "radykalne środki"
Reuters
Wojsko zaatakowało klasztory - jedyne miejsca, nad którymi wojskowa dyktatura nigdy nie przejęła kontroli
Wczoraj o świcie do największych buddyjskich klasztorów wkroczyła armia. Mnichów ładowano na ciężarówki i wywożono w nieznane. -Staranowali bramę samochodem. Użyli gazu łzawiącego i pałek, a do tych, którzy stawiali opór, strzelali - opowiadał jeden z mnichów, wskazując na zakrwawioną podłogę w klasztorze Ngwe Kyar Yan w największym mieście Birmy Rangunie. Niektóre świątynie wojsko otoczyło szczelnym pierścieniem, aby mnisi nie mogli się z nich wydostać.
- Klasztory to jedyne instytucje, nad którymi reżimowi nigdy się nie udało przejąć kontroli. Cieszący się wielkim autorytetem społeczeństwa mnisi są uznawani za główne zagrożenie dla rządów generałów. Dlatego postanowiono w nich uderzyć -mówi "Rz" Jeffrey Kingston z Temple University w Tokio. Armia próbowała też uniemożliwić jakiekolwiek działania birmańskiej opozycji; stojąca na jej czele Aung San Suu Kyi od lat przebywa w areszcie domowym. Wczoraj dodatkowo wzmocniono posterunki wokół jej domu. Aresztowany został też jej rzecznik Myint Thein.Mimo to na ulicach miast Birmy znowu pojawiły się tłumy przeciwników wojskowego reżimu. Tysiące demonstrantów kontynuowało protest, nie zważając na podawane przez megafony ostrzeżenia, że armia jest gotowa sięgnąć po "radykalne środki". Wojsko użyło gazów łzawiących i pałek. W dzielnicy Tamew, we wschodniej części Rangunu, padły strzały. Początkowo niektórzy świadkowie twierdzili, że żołnierze strzelali na postrach. Na ulicach pozostało jednak kilka ciał. Birmańskie MSZ poinformowało japońską ambasadę w Rangunie, że jeden z zabitych to obywatel Japonii. Pracownicy miejscowego szpitala potwierdzili, że mężczyzna miał na ciele rany postrzałowe.Zdaniem miejscowych mediów zagraniczni dziennikarze wyolbrzymiają skalę demonstracji i świadomie podsycają konflikt. -Mamy do czynienia z działaniem sabotażystów, którzy zazdroszczą nam rozwoju i pokoju - napisała gazeta "New Light of Myanmar". Masowe demonstracje wybuchły 19 września, kiedy władze ogłosiły drastyczną podwyżkę ceny paliw. Protesty, na czele których stanęli buddyjscy mnisi, szybko przerodziły się w sprzeciw wobec junty, która od 40 lat rządzi Birmą. "Dajcie nam wolność! "krzyczeli wczoraj demonstranci w stronę żołnierzy.Rada Bezpieczeństwa ONZ wezwała birmańskie władze do podjęcia natychmiastowej współpracy ze specjalnym oenzetowskim wysłannikiem. Parlament Europejski zaapelował do Rosji i Chin, aby przestały blokować rezolucję potępiającą wojskowy reżim. Oba kraje są jednak zdania, że Birma nie zagraża stabilności międzynarodowej i nie należy ingerować w jej wewnętrzne sprawy. Chiny bardzo powściągliwie zareagowały na wydarzenia w Birmie. -To jeden z najważniejszych partnerów handlowych bogatej w surowce naturalne Birmy i nie chcą psuć sobie z nią stosunków -mówi D.S. Rajan, dyrektor ośrodka studiów chińskich w Indiach. Zdaniem ekspertów wspólnota międzynarodowa praktycznie nie ma jak wywrzeć presji na reżim.- Jedyny sposób, aby uwolnić Birmę od reżimu i uniknąć masakry, to dogadanie się z generałami. Oni widzą, że inne reżimy upadają i się boją. Ale władzy nie oddadzą, jeśli nie dostaną gwarancji bezpieczeństwa i środków na dostatnie życie gdzieś zagranicą -mówi "Rz" Jeffrey Kingston.USA wprowadziły w czwartek sankcje przeciwko 14 członkom birmańskiej junty. Chodzi o zakaz transakcji finansowych i zamrożenie ich aktywów w USA.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL