Świat

Mnisi przeciw generałom

- Nasze powstanie musi się udać - krzyczeli protestujący mnisi. Zwrócili się też do Birmańczyków o poparcie
AP
10 tysięcy bosych buddyjskich mnichów, 20 tysięcy Birmańczyków i 150 zakonnic maszerowało w strugach deszczu ulicami Rangunu. Takiej demonstracji przeciwko reżimowi wojskowych Birma nie widziała od 20 lat
Mieszkańcy stolicy wychodzili na ulice i wręczali mnichom kwiaty. Inni -balsam na ukojenie stóp i butelki z wodą. Chodniki wzdłuż trasy przemarszu zakonników pękały w szwach. Ludzie bili brawo, śpiewali, czasem płakali. - Chodźcie do nas! Maszerujemy dla ludu! - zakrzyknęli mnisi.
Pierwszy raz, odkąd pięć dni wcześniej rozpoczęli codzienne demonstracje przeciwko reżimowi wojskowych, w niedzielę zwrócili się do narodu o poparcie. - Nasze powstanie musi się udać! -krzyczeli. Posłuchało ich około 20 tysięcy ludzi. Wśród nich zakonnice, które pierwszy raz przyłączyły się do manifestacji. Birmańczykom odwagę dała pani Aung San Suu Kyi, najsłynniejsza birmańska opozycjonistka, laureatka Pokojowej Nagrody Nobla, od 12 lat przetrzymywana w areszcie domowym. W sobotę - pierwszy raz od czterech lat -junta wojskowa pozwoliła jej na15 minut wyjść z domu.
62-letnia kobieta to birmański symbol walki z reżimem. Przetrzymywana jest w domu bez telefonu, a ten, kto chce ją odwiedzić, musi starać się o specjalne pozwolenie. Ostatni raz pokazała się publicznie w 2003 roku. Gdy w sobotę, ubrana w pomarańczową bluzkę, pojawiła się w drzwiach swojego domu, wielu spośród dwóch tysięcy mnichów wybuchnęło płaczem. - Nie byliśmy w stanie kontrolować łez -powtarzali. Ona też się rozpłakała. - "Sandu" - powtarzała kilka razy, co znaczy "dobra robota". Wspólnie modlili się przez 15 minut. - Niech żyje Aung San Suu Kyi! Dużo zdrowia i szybkiego odzyskania wolności - zakrzyknął tłum. Pani Aung San Suu Kyi nie mogła jednak podejść do demonstrantów. Między nią a mnichami stali żołnierze z tarczami przygotowani do rozbicia manifestacji. Ale w niedzielę, gdy do mnichów przyłączyły się tysiące ludzi, junta wojskowa nie była już tak łaskawa. Wzdłuż ulicy przy domu noblistki pojawiły się barykady z drutu kolczastego, kilkanaście wozów policyjnych i dziesiątki policjantów z tarczami. Mnisi nie dostali zgody na zobaczenie się z Aung San Suu Kyi. W Birmie żyje około 300 tysięcy buddyjskich mnichów. Zawsze odgrywali istotną rolę w najważniejszych wydarzeniach kraju. Ostatnio siedzieli spokojnie, bo bali się, że każda ich akcja może się odbić na ludności cywilnej. We wtorek postanowili zaprotestować przeciwko rosnącym kosztom utrzymania (tylko w sierpniu ceny gazu wzrosły pięciokrotnie) oraz brutalnym działaniom władz. Niedzielna procesja, podobnie jak poprzednie, wyruszyła spod znaczącego dla Birmańczyków miejsca -pagody Szwedagon, jednego z najświętszych miejsc w całej Azji, do którego codziennie pielgrzymują tysiące buddystów. Na wszelki wypadek setki mieszkańców Rangunu utworzyły żywy łańcuch, by chronić mnichów, którzy szli naprzodzie. -Chcemy pojednania narodowego, dialogu z wojskowymi i wolności dla Aung San Suu Kyi i innych więźniów politycznych - powtarzał przez megafon jeden z mnichów. -Mnisi wykazali odwagę, wielką determinację, dyscyplinę -słychać w Rangunie. -Wszyscy musimy liczyć się teraz z dużymi problemami - przyznał rzecznik Sojuszu Mnichów Birmańskich. Dziś wojskowi zamierzają zastanowić się, co zrobić z mnichami. Spotkają się w Naypyidaw, nowej stolicy Birmy, którą stworzyli karczując kawał dżungli. Ale według analityków są na straconej pozycji. - Jeśli zaatakują świętą i prestiżową instytucję, wywoła to wściekłość międzynarodowej społeczności i podburzy naród, w tym członków junty wojskowej - przewiduje Debbie Stothard z organizacji Altsean Burma w Tajlandii. Robert Taylor, autor książki "The State in Burma": - Trudno przewidzieć, co teraz się stanie. Ale nie widać, by reżim miał upaść. Obecny reżim wojskowy rządzi Birmą od 1988 roku (chociaż armia kontroluje kraj od 1962 roku), kiedy udało mu się dokonać zamachu stanu. Jedną z pierwszych decyzji była zmiana nazwy państwa z Birma na Myanmar i stolicy z Rangun na Yangon. W 1990 roku wojskowi nie uznali wyników wyborów powszechnych, które wygrała (zyskując ponad 80 procent poparcia) opozycja na czele z panią Aung San Suu Kyi. Do więzień trafiło ok. 1500 osób. Wojskowi chwalili się nawet najmłodszym więźniem - trzyletnim chłopcem. Od 1996 roku zniszczyli trzy tysiące wiosek we wschodniej Birmie, zmuszając ludzi do ucieczki i ukrywania się w dżungli. Akcja przesiedlania trwa i do dziś objęła ponad 500 tysięcy Birmańczyków. Z powodu prześladowań i represji w całym kraju miejsce zamieszkania musiały zmienić trzy miliony ludzi. Mieszkańcy zmuszani są do ciężkich robót, a dzieci siłą wcielane do armii (wśród 350 tysięcy żołnierzy 70 tysięcy to dzieci - najwięcej na świecie). Prawie połowa budżetu idzie na armię. Tylko 19 procent na służbę zdrowia. O juncie mówi się, że to państwo w państwie. Ma swoje szkoły, sklepy, szpitale, świątynie. Ostatnio w dżungli stworzyła dla siebie nową stolicę. Na czele junty stoi trzech generałów. Najważniejszy jest 74-letni Than Shwe. Podobno jest przesądny i często korzysta z pomocy astrologów. Bezwzględna dyktatura wojskowych
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL