fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Analizy

Tusk zmienia wizerunek: trochę Witos, trochę Giuliani

Donald Tusk jest teraz polskim szeryfem numer jeden. Pokazał to np. podczas walki z dopalaczami
Fotorzepa, Rafał Guz Rafał Guz
Premier i lider PO przybiera nowe wizerunkowe szaty
– Donald Tusk jest znakomitym kreatorem własnej rangi i pozycji – uważa politolog Wawrzyniec Konarski. – Jest równie skuteczny, co cyniczny.
Przywództwo należy ciągle potwierdzać. Ta mądra skądinąd myśl jest – jak wszystko na to wskazuje – inspiracją ostatnich poczynań lidera Platformy. Co ciekawe, te nowe poczynania rozpoczęły się w momencie, gdy Tusk ogłosił, że za cztery lata nie będzie się już ubiegał o szefowanie PO. Kim więc zamierza być? Troskliwym dziadkiem czy ponownie wydawcą urokliwych albumów o Gdańsku?
Według informacji dochodzących z otoczenia Tuska jego celem jest funkcja szefa międzynarodowej instytucji, najlepiej takiej, która jest związana ze strukturami UE. O tym zamiarach mówiono w partii już wtedy, gdy nieoczekiwanie zrezygnował z walki o prezydenturę. Skąd jednak teraz te nowe jesienne szaty premiera? Co właściwie zdarzyło się w ostatnich tygodniach? Oprócz, jak co roku o tej porze, prac nad budżetem państwa?
Kilka spraw. Rozkręca się kampania samorządowa, trwa domykanie list i personalne przymiarki do stanowisk w sejmikach. Uzgadniano skład zarządu PO. Z partii postanowił odejść Janusz Palikot, który chce stworzyć własne ugrupowanie. Grzegorz Schetyna zaczął urzędować w roli marszałka Sejmu i pierwszego wiceprzewodniczącego PO, tracąc fotel sekretarza generalnego. Od kilkunastu tygodni prezydentem Polski jest Bronisław Komorowki, którego Tusk namaścił na to stanowisko. W tle rozgrywają się kolejne odsłony próby wyjaśniania przez ludzi PiS tragedii smoleńskiej. A w otoczeniu premiera pojawiły się obawy o spadek notowań, na razie nie tyle Platformy, ile rządu, a przede wszystkim jego szefa. Natomiast za rok wybory parlamentarne, których wynik ma mu dać ponowne premierostwo. Polityczne „tu i teraz“ jest więc bardzo bogate. Wymagające zdecydowanych działań, choćby były to tylko działania piarowskie.
Tusk, co trzeba mu przyznać, nawet z odległych zdarzeń potrafi wyciągać naukę. Jednym z tych najważniejszych – jak opowiadają jego starzy kompani – było zdarzenie z początku lat 90. Tusk, wówczas zapowiadający się świetnie młody lider liberałów, doprowadził w Sejmie I kadencji do niemal podwojenia posłów swojego klubu. Pozyskał nie tylko „piwoszy“ Janusza Rewińskiego, ale i pięciu prominentnych posłów Porozumienia Centrum Jarosława Kaczyńskiego. Z Andrzejem Urbańskim i Józefem Orłem. Nowy, ponad 50-osobowy klub miał wybrać swojego szefa. Zdawało się, że w sposób oczywisty zostanie nim dotychczasowy przewodniczący, który doprowadzi do jego „rozmnożenia“.
Ale nic z tego. Na nowego szefa został wybrany Jan Pamuła. Postać dzisiaj i wtedy niespecjalnie znana w świecie politycznym (teraz jest szefem lotniska w podkrakowskich Balicach). Tusk nie docenił przeciwników z wewnętrznej opozycji. Z jej przywódcą, również dziś zapomnianym, Lechem Mażewskim. Orędownikiem znacznie bardziej konserwatywnego stanowiska w sprawach światopoglądowych, np. aborcji. Tusk niespodziewanie przegrał. Wtedy jego polityczny przyjaciel Jan Krzysztof Bielecki przypomniał mu: – Przywództwo należy potwierdzać.
I od tego czasu Tusk kosi wewnątrzpartyjnych rywali, nawet jeśli ich niespecjalnie ceni. Od Macieja Płażyńskiego po Jana Rokitę. Teraz ma problem ze Schetyną. Ale to jest zawodnik innej kategorii, a przede wszystkim o większej sile przetrwania.
W minionym tygodniu premier był w centrum uwagi. I to dosłownie. Zaświadczają o tym scenki z sejmowych korytarzy. Sposób przemieszczania się Tuska przypomina przeprowadzkę królowej pszczelego roju. Wielki krąg dziennikarzy, kamery, mikrofony. Potem wianuszek ochroniarzy, a w środku on, kokieteryjnie komentujący: – Mam wielką satysfakcję, że budzę jeszcze państwa zainteresowanie. I z równą kokieterią dodający: – Myślę, że szybko państwo się mną znudzą.
Rzeczywiście, w piątek, trzeciego dnia po przeprowadzce premiera do Sejmu, rój był trochę mniejszy. Ale tylko trochę. Właśnie zakończony pierwszy tydzień pomieszkiwania premiera w Sejmie został obśmiany przez komentatorów i polityków opozycji. „Żałosne“ – to najczęstsza recenzja. Przesyłane do Sejmu projekty można policzyć na palcach jednej reki. Nie ma na razie wśród nich najważniejszych, pakietu zdrowotnego minister Ewy Kopacz, i ważnych ustaw okołobudżetowych ministra Jacka Rostowskiego. Nie przeszkadza to pani minister mówić z trybuny sejmowej o dopalaczach, a panu ministrowi o pingwinach i Odyseuszu. A wszystko to dzieje się pod bacznym okiem premiera.
Ale w tej „żałosności“ tkwi skuteczna politycznie metoda na dobrego gospodarza, niczym Wincenty Witos (przedwojenny premier). Tak uważają specjaliści od wizerunku i konsultanci polityczni – Wawrzyniec Konarski i Eryk Mistewicz. Tusk przeprowadził się do Sejmu, by niczym dobry gospodarz pilnować całego tego towarzystwa. Sejmowym nadzorcą ma być, jak sam deklaruje, do końca roku. Co prawda Sejm ma swojego marszałka, Senat zresztą też. Ale Schetyna jest tylko numerem dwa w PO. A, mówiąc nieco ironicznie, na ciężkie czasy potrzeba zawodnika najcięższej wagi. I taki wojak jak Tusk zapewne podoba się swoim wyborcom. I to właśnie on jest polskim Rudolphem Giulianim (burmistrz Nowego Jorku, który zasłynął ostrą walką z przestępczością). „Tu i teraz“. Walczy z dopalaczami, będąc „niczym brzytwa“ „na granicy prawa“. Jest polskim szeryfem numer jeden. A pierwsza osoba w państwie, czyli prezydent? Przekaz płynący z ostatniej aktywności Tuska brzmi – oczywiście pośrednio, bo premier jest mistrzem mrugania do opinii publicznej – no cóż, niespecjalnie daje sobie radę.
Tusk, jak przewidywał to w wywiadzie dla „Rz“ Paweł Piskorski, żadnych kolejnych triumwiratów po prostu nie chce.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA