fbTrack

Historia

Bronisław Wildstein: W stoczni i w areszcie

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Rok 1980 nie zaczynał się w Polsce dobrze. Ani dla kraju, ani dla raczkującej w nim opozycji.
Uniesienia poprzedniego roku, czasu pierwszej pielgrzymki Jan Pawła II, kiedy to przez pierwszy tydzień czerwca nie tylko mogliśmy się policzyć, ale i poczuć wolni; te uniesienia rozwiały się, wydawało się, bez śladu. Pogrążyliśmy się w ponurej rzeczywistości PRL. Zima z 1979 na 1980 była znów ostra i kolejny raz odsłoniła komunistyczną zapaść. Nie funkcjonował transport, nawalała elektryczność, ogrzewanie przysparzało coraz większych problemów. Kolejki po wszystko wydłużały się i stymulowały szczególny rodzaj samoorganizacji, która dzięki systemowi dyżurów pozwalała przetrwać – czasami wielodobowy – czas oczekiwania na niektóre dobra. Funkcjonowała tylko policja polityczna i radosna propaganda sukcesu.
[srodtytul]48 godzin „na dołku”[/srodtytul] Ledwie tolerowana opozycja nękana była coraz bardziej. Rozmaite formy szykan, pobicia, rewizje i aresztowania na 48 godzin – co nie wymagało formalnej zgody prokuratury – nabierały regularności. Studencki Komitet Solidarności w Krakowie, którego byłem jednym z rzeczników, poddany był też tego typu presji. Był wówczas w Krakowie głównym ośrodkiem opozycji. Działał także KPN, z którym współpracowaliśmy zgodnie, pojawiały się inne inicjatywy, ale to SKS był najważniejszy.
Powstał w maju 1977 roku w atmosferze wielotysięcznych manifestacji zorganizowanych w Krakowie po zabójstwie przez SB działacza opozycji, naszego przyjaciela, Stanisława Pyjasa. SKS funkcjonował na zasadzie zainicjowanej przez Komitet Obrony Robotników strategii odbudowy społeczeństwa obywatelskiego przeciw molochowi totalitarnego państwa. Możemy się szczycić, że w realiach PRL pierwsi wypisaliśmy na swoich sztandarach fundamentalną ideę solidarności, która trzy lata później da nazwę najbardziej niezwykłemu w wieku XX ruchowi. W 1977 r. deklarowaliśmy, że chcemy stworzyć prawdziwą, niezależną od władz organizację studencką. Usiłowaliśmy być reprezentantami studentów wobec władz, co szybko okazało się nierealne. Staliśmy się reprezentacją opozycji w środowisku studenckim. Próbowaliśmy tworzyć alternatywny wobec oficjalnego obieg informacji, idei i kultury, a także zalążki samoorganizacji. Sprawy stricte studenckie zeszły na dalszy plan. Wydawaliśmy nielegalne pisma i książki, rozrzucaliśmy ulotki, organizowaliśmy spotkania i akcje informacyjne, przychodziliśmy na oficjalne spotkania i zadawaliśmy niewygodne pytania. Domagaliśmy się elementarnych swobód i protestowaliśmy przeciw jaskrawym niesprawiedliwościom. Istnieliśmy. Presja SB nasilała się. Na przełomie lat 1979 i 1980 tydzień liczył dla mnie z reguły pięć, a czasami i trzy dni. Resztę spędzałem w areszcie. Wyjazdy z Krakowa były przedsięwzięciem trudnym. Trzeba było uciec obstawie i podróżować głównie autostopem albo krótkimi odcinkami kolejowymi. Próba konwencjonalnej podróży kończyła się aresztem. W czasie rocznic, które owocować mogłyby manifestacjami lub w trakcie poważniejszych, organizowanych przez nas przedsięwzięć, lądowaliśmy za kratkami na dłużej. Za bramą aresztu zostawaliśmy zatrzymani znowu i tak można było spędzić „na dołku” sporo czasu. [srodtytul]– Zepchniemy ich do narożnika! (Kuroń)[/srodtytul] Poczucie beznadziejności zmuszało do prób jego przełamania. Jacek Kuroń, który był wówczas raczej niekwestionowanym liderem KOR, wpadł na pomysł wielkiej akcji. Trzeba zaznaczyć, że wprawdzie założycielami KOR byli działacze harcerskiej grupy skupionej wokół Antoniego Macierewicza i Piotra Naimskiego, którzy pod koniec lat 70. dystansowali się od dominującej w KSS KOR grupy Kuronia i Adama Michnika, to podziały te nie były wówczas ani tak mocne, ani tak zdecydowane, jak przedstawia się je dziś. W każdym razie my z Krakowa mieliśmy równie przyjacielskie stosunki z obu grupami i nikt nie był tym zdziwiony. Kuroń projektował stworzenie wielkiego raportu na temat stanu rzeczy w Polsce wraz z postulatami reform, które zaradzić miały fundamentalnym problemom kraju. Przygotowany przy udziale grup ekspertów miał być rodzajem masowo podpisywanej petycji. Projekt był reformistyczny, nie miał, w każdym razie formalnie, naruszać komunistycznego status quo, ale dla każdego, kto żył w tamtym systemie, oczywisty był jego rewolucyjny potencjał. – Zbierzemy 100 tysięcy podpisów i zepchniemy ich do narożnika! – gorączkował się Kuroń. „Ich” oznaczało komunistyczną władzę. Nikomu wówczas nie trzeba było tego tłumaczyć. 100 tysięcy imiennie protestujących wydawało się wówczas liczbą nieprawdopodobną. – Jacek zawsze przesadza – komentował Adam Michnik. – Ale zbierzemy 20 tysięcy i to będzie nasz wielki sukces. A W PRL wszystko toczyło się po staremu. W marcu odbyły się „wybory” jak zwykle jednej listy. Pomimo wzmożonej akcji policyjnej – ostre bicie było na porządku dziennym – sam SKS w Krakowie rozrzucił kilkadziesiąt tysięcy ulotek nawołujących do ich bojkotu. Według oficjalnych danych w „wyborach” udział wzięło 98,9 proc. uprawnionych, wobec ocen opozycji ok. 80 proc., co uznawaliśmy za sukces bojkotu. [srodtytul]Autostopem do Gdańska[/srodtytul] Z początkiem lata coś się zaczęło. Jak zwykle od podwyżek cen żywności. Nierealność cen powodowała, że towary znikały ze sklepów natychmiast. Na czarnym rynku kosztowały i parę razy drożej. Podwyżka działała jednak jak zapłon, zwłaszcza że to na żywność szła większość domowego budżetu. Wybuchł strajk w Świdniku, skąd przeniósł się na Lublin i opanował miasto. Władze gasiły je podwyżkami płac, a zachęceni nimi robotnicy strajkowali gdzie indziej, jeszcze liczniej. Z żoną, która również zaangażowana była w SKS, autostopem dotarliśmy do Warszawy i jak zwykle zatrzymaliśmy się u Jacka Kuronia na pl. Komuny Paryskiej (dziś i wcześniej pl. Wilsona). Zaczynaliśmy czuć, że dzieje się coś ważnego. Kuroń jak zwykle oszałamiał roztaczanymi perspektywami, które, jak się okazało, nie były nawet cieniem tego, co stać się miało za parę tygodni. Na skrzyżowanie Jerozolimskich i Marszałkowskiej trafiliśmy, słysząc, że grupa mężczyzn zatrzymuje tam tramwaje. Prowokacja ziała na kilometry. Ktoś z tłumku domagał się koniaku dla każdego. – Z czego pan żyjesz, panie Kuroń?! – skandował chór esbeków, kiedy Jacek usiłował przemówić. Następnego dnia rano, po wiadomościach na temat strajku miejskiej komunikacji, wraz ze współpracownikiem KOR i działaczem pisma „Robotnik” Jankiem Narożniakiem udaliśmy się na wędrówkę po zajezdniach tramwajowych. Strajki były spontaniczne i słabo zorganizowane. Ludzie bali się obcych i nie chcieli rozmawiać. Tego samego więc dnia z żoną, jak zwykle autostopem, zabraliśmy się do Gdańska, gdzie dotarliśmy na dzień następny. Upalną noc przeżyliśmy z trudem nad Wisłą pod Toruniem, chowając się w jednym śpiworze przed szalejącymi komarami. Przyjaźniliśmy się z działaczami Ruchu Młodej Polski (właściwie cała ówczesna, dość mikra, a solidnie zagrożona, opozycja przyjaźniła się ze sobą), a więc spanie załatwił nam Aleksander Hall, jej lider. Z RMP dzieliły nas poglądy polityczne, a raczej poglądy na to, czy opozycja powinna dokonywać politycznej samoidentyfikacji. Byłem przeciwnikiem, uznając, że zawęża to i utrudnia jej działanie. Użyczyłem jednak mieszkania na zebranie założycielskie RMP w Krakowie, choć w jego trakcie byłem głównym polemistą gości z Gdańska. Opozycja występowała przecież na rzecz tego, abyśmy mieli prawo się różnić. Następnego dnia po naszym przybyciu na Wybrzeże przyjaciele z RMP wprowadzili nas do strajkującej od poprzedniego dnia Stoczni Gdańskiej. Moje wspomnienia będą niekiedy drobiazgowe. Ich szczegółowość dziwić może po upływie 30 lat. Pamięć tych wydarzeń wracała do mnie jednak niezwykle często. To przecież jeden z najważniejszych momentów mojego życia. [srodtytul]Kombinezony i garnitury[/srodtytul] Gorący sierpień. Tłumy robotników w drelichach roboczych siedzą, a nawet leżą na ziemi w słońcu. Upał, napięcie i determinacja. Dziesięć lat wcześniej w tym samym miejscu strajki skończyły się masakrą. Te fakty wracają w rozmowach, a jednak robotnicy przekonani są, że trzeba walczyć. Teren stoczni przekształca się w gigantyczną, robotniczą agorę. Wszyscy dyskutują ze wszystkimi i to o sprawach najważniejszych. Rozmawiają o rzeczach wspólnych. Nie tylko o płacach i sprawach stoczni, choć to tematy częste. Częściej jednak są to debaty o problemach kraju. Obecni doskonale zdają sobie sprawę, jak ich partykularne sprawy współtworzą interes całej narodowej wspólnoty. Dokąd można posunąć się, nie narażając się na atak ZOMO i wojska, dokąd można posunąć się, nie narażając się na interwencję sowiecką? System jest zły, to wiedzą wszyscy. Na razie jednak jesteśmy nań skazani. Na ile więc można rozepchnąć go, zmienić, zreformować? Poczucie niezwykłej, emocjonalnej więzi łączy wszystkich w stoczni, a potem okaże się, że i tych na zewnątrz. Wszyscy są ze wszystkimi na ty. Doskonała samoorganizacja. Mamy poczucie, że znamy się od zawsze, choć tak naprawdę miga mi tylko kilka znajomych wcześniej twarzy. Grupka gości (pamiętam ludzi z RMP, naszą krakowską dwójkę i Zenka Pałkę z wrocławskiej opozycji wraz z jego ówczesną dziewczyną) zostaje zaproszona jako obserwatorzy na negocjacje między strajkującymi a dyrekcją stoczni. Jest to chyba druga tura tych rozmów. Siedzimy w sławnej (później) sali BHP. Gipsowy Lenin gapi się na nas ponuro. Zajmujemy stolik nieco z boku. Pomimo powagi sytuacji chce mi się śmiać. Wszystko wygląda jak zaadaptowany do nowych czasów socrealistyczny film. Przy głównym stole siedzą umorusani robotnicy z komitetu strajkowego w roboczych strojach. Dlaczego tak wyglądają, przecież jest strajk, zastanawiam się. Wyróżnia się Lech Wałęsa w szarej marynarce i podobnych spodniach. Wszyscy w napięciu patrzą na wchodzący zarząd. Dyrektorzy idą gęsiego od najważniejszego, Klemensa Gniecha poczynając. Wszyscy ubrani są w garnitury „rzucone” ostatnio do najbardziej luksusowej, peerelowskiej, posiadającej nawet własne sklepy, firmy odzieżowej Moda Polska. Składają się na nie: dwurzędowa, granatowa marynarka ze srebrnymi guzikami i beżowe, szerokie spodnie. Każdy z nich trzyma w dwóch palcach zapalonego zachodniego papierosa; palce drugiej ręki zatknięte ma w tylną kieszeń spodni. Pochód zamyka osobnik wyróżniający się ciemnymi okularami. To dyrektor personalny. Personalnym w dużych firmach PRL z zasady bywał funkcjonariusz SB. Ten podchodzi do nas i, zsuwając okulary na koniec nosa, przybliża twarz do naszych nieomal na kilka centymetrów. Daje do zrozumienia, że nas zapamiętał. Późniejsze relacje mówić będą o dyrektorze Gniechu jako o postaci raczej sympatycznej. Pewnie tak było. Zmuszony przez partyjnych zwierzchników do pozostania w stoczni, realnie nie tylko nieposiadający żadnych mocy decyzyjnych, ale i niemający nic do roboty, dyrektor odsłonił swoje ludzkie oblicze. Podczas negocjacji, o których mowa, był jeszcze kim innym. Wraz ze swoimi kolegami z zarządu na robotników patrzył z ledwie skrywaną niechęcią, która niekiedy wydawała się odrazą. [srodtytul]– Od dzisiaj to my jesteśmy sąd pracy! (Wałęsa)[/srodtytul] Wydaje mi się, że strajkujący mieli wówczas pięć postulatów. Przywrócenie Anny Walentynowicz i Lecha Wałęsy do pracy; wzniesienie pomnika ofiar Grudnia ’70; podwyżka płac o 2000 złotych; zrównanie zasiłków rodzinnych z rodzinami milicyjnymi i gwarancji bezpieczeństwa dla uczestników strajku. Gniech arogancko oświadczył, że o pierwszych postulatach nie ma co mówić, gdyż zajmują się tym inne instancje i strajkujący nie mają tu nic do powiedzenia. Zaczął rozmawiać o postulacie płacowym, mimochodem zaznaczając, że może gwarantować bezpieczeństwo strajkującym. Przedstawiciele komitetu byli odważni i zdeterminowani, ale pierwszy raz znaleźli się w takiej sytuacji. Nigdy nie prowadzili równoprawnych rozmów z władzami. Wydawali się zmieszani. Ulegając presji, niepewni dali się wciągać w rozmowę na tematy płacowe. I wtedy na scenę wkracza Wałęsa. Zdecydowanym głosem oświadcza, że numeracja postulatów oznacza kolejność ich omawiania. – Albo zaczynamy od pierwszego, albo nie będziemy w ogóle – stwierdza mniej więcej tak. – O czym pan mówi? – odpowiada lekceważącym tonem Gniech. – Sprawę Anny Walentynowicz rozstrzygnął sąd pracy... – Jaki sąd pracy? Od dzisiaj to my jesteśmy sąd pracy! – przerywa mu donośnie Wałęsa. Nie tylko ja miałem wrażenie, że w tej turze był to moment decydujący. Już po pierwszym wystąpieniu Wałęsy przedstawiciele komitetu zaczęli odzyskiwać pewność siebie. Zakłopotana nieco, zagubiona trochę w nowej sytuacji grupa stawała się świadomą swojej siły zbiorowością. – To my jesteśmy teraz sąd pracy! – powtarzają. Natomiast butni, a nawet pyszałkowaci panowie z zarządu zaczynają się płoszyć, wymieniają zaskoczone spojrzenia, plączą się w wypowiedziach. Wahadło przesunęło się w drugą stronę. Przeciąganie liny dalej trwa. Spierano się o to, co może być przedmiotem żądań. – Jeśli będziecie blokować nasze postulaty, to możemy jeszcze długo strajkować! – deklaruje jeden z robotników. – Mówicie, że możecie kontynuować strajk – odparowuje dyrektor – a ja, idąc tu, rozmawiałem z robotnikami. Mieli dość. Dopytywali się: kiedy wreszcie skończycie? W Sali BHP nie było słychać głosów z zewnątrz. Natomiast obrady nagłośnione były przez megafony na teren całej stoczni. Stoczniowcy słuchali ich w napięciu i milczeniu. I po tej wypowiedzi w Salę BHP uderzył ryk. Jakby ktoś dyrygował chórem tysięcy głosów: – Którzy! – To był kolejny przełomowy moment. [srodtytul]Za „obalenie konstytucyjnego porządku PRL”[/srodtytul] Miasto wrzało, zaczynała opanowywać je trudna do opisania gorączka. Na ulicach obcy ludzie zaczynali rozmowy na temat tego, co dzieje się w stoczni. Poparcie dla strajkujących było powszechne. Ale pojawiały się i inne głosy. Spotkałem jednego ze swoich znajomych z krakowskiego Teatru Stu. Deklarował sympatię dla strajkujących, ale nie widział nadziei. – Rozwalą ich! – powtarzał ze szczególną pasją, która przykrywa kompleks winy. Tego samego dnia pojechaliśmy do naszych przyjaciół z KOR, którzy biwakowali w Dębkach: Mirka Chojeckiego i Konrada Bielińskiego. Wróciliśmy do stoczni z nimi i jeszcze paru osobami, z których pamiętam działacza wrocławskiego SKS Mariusza Wilka. Zostaliśmy aresztowani w mieście, gdzie próbowaliśmy coś załatwić. Rozdzielono nas. Mnie zamknięto w izolatce w Gdańsku. Wrzask klawiszy, kiedy odmówiłem opróżnienia bardachy (przenośnego kibla), który jednak nie przerodził się w rękoczyny, upewnił mnie, że zmuszeni są traktować nas lepiej. W nocy skutego wsadzono mnie do fiata i w eskorcie trzech funkcjonariuszy – nie licząc kierowcy – którzy ostentacyjnie poprawiali broń, wywieziono z aresztu. Czekałem, że skierujemy się na południe, w stronę Krakowa, gdy jednak bocznymi drogami ruszyliśmy na zachód i wjechaliśmy do lasu, poczułem się trochę nieswojo. Podróż skończyła się jednak w areszcie w Sieradzu. Potem był transport przez Radomsk, gdzie dokuto mnie do grupki młodzieńców chodzących ze scyzorykami po prośbie. Zakładając, że w praworządnym państwie nawet przestępcy mają prawo do adwokata, wziąłem na siebie pierwszą fazę prawnej pomocy. Gdy pod Krakowem zrozumieli, dlaczego zeznania nie powinny sobie przeczyć, zyskałem ich głęboki podziw i przypomniałem sobie miniaturkę Mrożka. Kolejne 48 godzin siedziałem w Krakowie bez wypuszczania i dopiero potem dowieziono mnie do domu – co nie zdarzało się normalnie – obiecując mi rozmaite nieprzyjemne rzeczy (przede wszystkim więzienie), jeśli usiłował będę go opuścić. W domu czekała już na mnie żona, która zaczęła porozumiewać się ze znajomymi motocyklistami, planując ucieczkę przez na trwałe zainstalowaną pod domem eskortę, ale i ona została aresztowana, a mnie zabrano z domu i ofiarowano (na razie trzymiesięczną) sankcję, czyli prokuratorską decyzję na osadzenie mnie w więzieniu do procesu za dwa przestępstwa: „rozpowszechnianie fałszywych informacji mogących wyrządzić poważną szkodę interesom PRL” (drobiazg: chyba do trzech lat) i „przynależność do organizacji, której celem jest obalenie konstytucyjnego porządku PRL” (sprawa poważniejsza: do kary śmierci włącznie). [srodtytul]– Wszystko się zmieni, a ja wyjdę![/srodtytul] Z takimi samymi zarzutami, w tym samym więzieniu na Montelupich siedzieli moi przyjaciele z SKS Andrzej Mietkowski i Wojciech Sikora. Izolowani byliśmy tak bardzo, że w naszych celach nie było nawet radiowego głośnika, „kukuruźnika”. Na spacery wychodziłem pojedynczo, zupełnie niespotykany luksus, za to w towarzystwie dwóch strażników. Gdy jeden z nich zapodział się na moment, drugi dopadł mnie z pytaniem: – Panie, co się dzieje? – Wszystko było w tym niezwykłe, włącznie ze zwracaniem się do więźnia per pan. Nie mając zielonego pojęcia, co się dzieje, z pełną odpowiedzialnością powiedzieć mogłem: – Wszystko się zmieni, a ja wyjdę. Był to 31 sierpnia. Byłem oczywiście przeświadczony, że w więzieniu spędzę co najmniej gwarantowane mi już trzy miesiące, a najprawdopodobniej kilka lat. Nie była to perspektywa miła, ale wpisana od początku w nasze działanie. Ze świadomością tego wysłałem już do żony list z wykazem książek. Istniała nadzieja, że część z nich przepuszczą. List dostaliśmy jakieś dwa tygodnie później. Następnego dnia, ku mojemu osłupieniu, wypuszczono mnie z więzienia. Maszerując korytarzami, z odległości, zobaczyłem klawisza, swojego rozmówcę z poprzedniego dnia. Patrzył na mnie w niemym podziwie. Wiedzieliśmy, że to darowany czas. Nie sposób było przewidzieć, czym te nieprawdopodobne wydarzenia mogą się zakończyć. Ci, którzy opowiadają dziś, że byli w stanie prognozować, co się stanie, rzutują w przeszłość późniejsze oceny. Mieliśmy jednak poczucie niezwykłej szansy, która się przed nami otwierała; z godziny na godzinę tworzyliśmy i podążaliśmy za galopującą historią. I to nie tylko my, młodzi. [srodtytul]– Trzeba wykorzystać ten czas![/srodtytul] W pierwszych dniach września na śniadanie do swojego niezwykłego (zwłaszcza z perspektywy naszych ówczesnych standardów) mieszkania, właściwie domu, na starym mieście przy Plantach, zaprosił mnie dyrektor i twórca wydawnictwa Znak, członek redakcji „Tygodnika Powszechnego”, historyk sztuki Jacek Woźniakowski. Jego córka Róża działała w SKS. – Trzeba wykorzystać ten czas – oświadczył Woźniakowski. – Podważyć ich bastiony: milicję i cenzurę – mówił to intelektualista 60-letni, a więc dla mnie wiekowy, doświadczony wojną i stalinizmem. To było krzepiące. W świecie niemożności otworzyła się szczelina, którą należało wypełnić metodą faktów dokonanych. Podstawową sprawą było budowanie instytucji niezależnych. Właściwie dla prawie wszystkich wolne związki zawodowe nie były nigdy tylko związkami. Dla robotników były one nimi również, czasami przede wszystkim, ale nigdy wyłącznie. Były zasadniczą wyrwą w totalitarnym systemie. Wiedzieliśmy, że trzeba budować je natychmiast, póki jeszcze można. Zasypaliśmy Kraków ulotkami, informując o możliwości tworzenia komitetów założycielskich i akcentując potrzebę niezależnych związków. Podaliśmy nasze adresy dla potrzeb konsultacji. Zainteresowanie przekroczyło nasze najśmielsze oczekiwania. Od wczesnego rana do późnej nocy kłębiące się tłumy wypytywały nas o wszystko, a więc także o pracownicze uprawnienia, które jak prawie wszystko w PRL funkcjonowały wyłącznie na papierze. W ciągu paru nocy wkułem na pamięć kodeks pracy, który zupełnie nie interesował mnie wcześniej. Jednak działaniom na rzecz tworzenia związków należało nadać bardziej instytucjonalny kształt. Jeden z twórców SKS, mocno osadzony w środowiskach katolickich, Bogusław Sonik zwrócił się do prezesa krakowskiego Klubu Inteligencji Katolickiej Andrzeja Potockiego, który jednak z „ekstremistami” nie chciał mieć nic wspólnego. Kiedy okazało się, że grupa młodych, zbuntowanych członków Pax chce podjąć tego typu współpracę, zmienił zdanie i zaproponował nam swój lokal. Po kilku dniach podziękował nam, gdyż uznał, że działania te prowadzić mogą jego bliżsi współpracownicy, ale czas konsultacji się już kończył. Zresztą konsultacje były nimi wyłącznie z nazwy. Agitowaliśmy naszych rozmówców, zachęcaliśmy do działania i usiłowalismy wyłowić spośród nich potencjalnych liderów, aby nawiązać z nimi kontakty. Czasami jeździliśmy do zakładów pracy, aby na miejscu tłumaczyć zarówno technologię związkowej demokracji, jak i jej sens. [srodtytul]Ekstremista zawadza[/srodtytul] W fabryce, w hali, gdzie zebrało się kilkaset zainteresowanych osób, na dużej tablicy wpisywani byli kandydaci do założycielskiego komitetu. Jeden kazał się wykreślić. – Co to za demokracja?! – oburzył się inny. – To nas tylu go chce, a on jeden ma decydować?! – logika była bezwzględna i przekonała obecnych. Moja wypowiedź spowodowała, że wykreślono go znowu, ale nie wiem, czy trafiła do ogółu. Pierwsze spotkanie najbardziej zaangażowanych w mieszkaniu prywatnym zorganizowała nieżyjąca już Ania Szwed. Przyszło z dziesięć osób. W następnym uczestniczyło kilkanaście, ale kolejne zorganizowane zostało już w jakimś przedsiębiorstwie na Bronowicach i wszyscy mieli ściągnąć maksimum zainteresowanych, aby powołać wreszcie międzyzakładowy komitet założycielski. Był chyba 12 września. Pojawiło się kilkaset osób. Był również tokarz z Nowej Huty Stanisław Zawada. Żyliśmy w cieniu Nowej Huty. Liczyliśmy na nią. Nowa Huta stać się miała naszą stocznią. Pracowało tam przecież kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Od lat szukaliśmy tam kontaktów, ale SB interweniowała błyskawicznie, gdy tylko uznała kogoś za podejrzanego, a zwolnienie z pracy nie było największą szykaną. Zawada dobrze wyglądał, jego lakoniczne wypowiedzi budziły zaufanie. I co zdecydowanie najważniejsze, wszyscy zebrani tęsknili za oparciem, jakie dawał potężny zakład. I tak Zawada został pierwszym liderem krakowskich niezależnych, samorządnych. W moim wypadku bezpośrednia działalność w związkach była utrudniona, gdyż od wielu lat pracować mogłem wyłącznie dorywczo. Przy powstającym NSZZ pełniłem funkcję eksperta, a konflikt z pierwszym przewodniczącym, którego sekretarz KC PZPR Kazimierz Barcikowski przekonał, aby nie zadawał się z ekstremistami, doprowadził do usunięcia mojej osoby. Barcikowski przekonał Zawadę chyba i do innych rzeczy. Pod koniec roku przewodniczący musiał zrezygnować ze stanowiska za zbyt bliskie związki z władzą. Potem poparł stan wojenny. [srodtytul]Poczucie wspólnoty gęste jak dym papierosów[/srodtytul] Zaangażowałem się w tworzenie NZS, choć ograniczał mnie fakt, że z końcem poprzedniego semestru skończyłem swoje długotrwałe studia. We wrześniu 1976 roku zostałem zwolniony dyscyplinarnie bez podania przyczyn z piątego, ostatniego roku polonistyki. List protestacyjny, który zorganizował Staszek Pyjas, podpisał nieomal cały rok, co zaskoczyło wszystkich włącznie z nim, ze mną i podpisującymi, zwłaszcza zaś władze uniwersyteckie. Wówczas był to akt rewolucyjny. Przestraszony uniwersytet błyskawicznie – identycznie jak przy zwolnieniu, czyli z naruszeniem wszelkich procedur – przyjął mnie znowu. Szybko jednak zawiesił i wisiałem tak do 1979 roku jako jedyny student V roku, gdyż studia skurczyły się do lat czterech. Spowodowało to, że byłem jedynym rzecznikiem SKS od jego powstania aż do jego końca. W 1980 roku uznaliśmy, że wreszcie trzeba powołać autentyczną organizację studencką i rozwiązać SKS, który wykonał już swoją misję. Ponieważ studia ukończyłem, a dbaliśmy bardzo, aby nie reprodukować SZSP-owskiego (potem ZSP-owskiego) syndromu działaczy „seniorów”, znowu zredukowany zostałem do roli eksperta. W pierwszym okresie do ukonstytuowania się władz, roboty miałem huk, ale potem należało się wycofać. Okres ten obfitował zresztą w dość niezwykłe wydarzenia. W październiku do Krakowa na zaproszenie SZSP przyjechał najsłynniejszy teatr awangardowy, lewacki Living Theatre. Przedarłem się do miejsca pobytu animatorów zespołu – Judith Maliny i Juliana Becka – do Żaczka. Zaprosiłem ich do naszego biura i wyraziłem zdziwienie, że zadają się z reżimowymi organizacjami, podczas gdy kraj znajduje się w sytuacji rewolucyjnej. Innymi słowy: wystąpić powinni dla nas. Atmosfera w biurze na Gołębiej, gdzie nieustannie przewalały się tłumy spierające się ze sobą gwałtownie, ale bez agresji, a poczucie wspólnoty było równie gęste jak dym papierosów, zrobiła na nich wrażenie. Tłumacząc się, dlaczego nie mogą odwołać zapowiedzianego spektaklu i zapraszając nas, zaproponowali dodatkowo zrobienie wspólnego happeningu. Problemem była konieczność znalezienia miejsca na dzień następny. Zaproponowałem Collegium Broscianum przy ulicy Grodzkiej. Zgodę zdobyłem, wymuszając na władzach uniwersyteckich deklarację, że „nie sprzeciwiają się”. Happening był przeżyciem. Nie tylko dla nas. Niedawno ktoś pokazał mi publikowane impresje Becka i Maliny, którzy zachwycali się rewolucyjną atmosferą ówczesnego Krakowa. Faktu, że była to rewolucja wymierzona w komunistyczne porządki, nie dostrzegli. Prawie każdy, kto pamięta tamte miesiące, musi przyznać, że był to czas niezwykły: gwałtowne odrodzenie, wręcz eksplozja wspólnoty w najbardziej niesprzyjającym momencie. Po pół wieku upodlenia, wbrew wszystkiemu w, wydawało się, głębokiej beznadziei, wybuchło powszechne, narodowe, bezkrwawe powstanie, które przyniosło nam wolność i pozwoliło odzyskać godność. Oczywiście, wolność ograniczoną, wyrywaną każdego dnia, ale, być może, tym mocniej odczuwaną. Zbiorowość i składające się na nią osoby potrafiły odsłonić najlepsze cechy, o które często trudno byłoby je wcześniej podejrzewać. Czuliśmy, wiedzieliśmy wtedy doskonale, że jesteśmy czymś więcej niż sumą jednostek. Uczestnictwo w sprawach wspólnych buduje pełny wymiar człowieczeństwa. I nie odbywa się kosztem utraty indywidualnej tożsamości. Oczywiście, nie sposób żyć długo w zbiorowym uniesieniu. Ofiarowuje ono jednak niezbędną perspektywę widzenia rzeczy i buduje fundament wspólnoty. To dzięki niemu Polacy przetrwali stan wojenny i, miejmy nadzieję, wygrzebią się z mizerii III RP. [i]Bronisław Wildstein[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL