fbTrack

Historia

Patriotyzm, kiełbasa i pragmatycy z PZPR

Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński
Wywiad z prof. Jerzym Eislerem, historykiem, rozmawia Piotr Zychowicz
[b]Rz: Jaki był stosunek narodu polskiego do władzy komunistycznej?[/b]
[b]Jerzy Eisler:[/b] Od samego początku występowały cztery zasadnicze postawy. Pierwsza: ludzie, którzy byli „za”. Czyli autentyczni komuniści, radykalni lewicowcy plus oportuniści, którzy z cynicznych powodów wiązali się z nową władzą. Druga: ludzie, którzy nie mieli najmniejszej sympatii do Związku Sowieckiego czy komunizmu, ale uważali, że nauczyciel musi uczyć dzieci, lekarz musi leczyć ludzi, robotnik musi stawiać domy. Sprawy ideologiczne były dla nich drugorzędne. Trzecia postawa: ludzie, którzy byli przeciwni nowej władzy, w przypadkach skrajnych nawet do niej strzelali. Ale także wszelka opozycja: Kościół, PSL, część PPS. [b]A czwarta postawa?[/b]
Tu dotykamy delikatnego problemu. O czwartej grupie bardzo nie lubimy mówić. To ludzie, którzy w ogóle nie mają poglądów. Ogromna część narodu, której jest kompletnie wszystko jedno. Magma. Czy pan na przykład wie, że kilkanaście procent Polaków nie wiedziało, że został wprowadzony stan wojenny? [b]Trudno w to uwierzyć.[/b] Ale tak było. Także dzisiaj mamy przecież takich obywateli w naszym kraju, którzy – jak ja to określam – podnoszą tylko spławik, czyli są permanentnie pijani. To skąd niby oni mogli wiedzieć o jakimś stanie wojennym? Tacy ludzie byli w roku '81, byli w latach 40. i 50., ale – bądźmy szczerzy – są także i dzisiaj. [b]Im dłużej w Polsce trwał komunizm, tym ta „magma” była chyba liczniejsza.[/b] Też mam takie wrażenie. Przede wszystkim do czasu malała liczba zdeklarowanych przeciwników systemu. Bo ile razy można dostać po zębach? Ile razy można pójść do więzienia? Ile razy można stracić pracę? Ludzie dawali sobie spokój. A komunizm z jednej strony obywateli deprawował, z drugiej kusił ich rozmaitymi sprawami. Postaraj się, popracuj, dostaniesz pokój. A już za 15 lat własne mieszkanie, a już za 10 lat samochód. To kusiło, nawet jeżeli tym samochodem był fiat 126p. [b]Łatwiej czekać na malucha niż na III wojnę światową.[/b] Pięknie pan to ujął. Nikt przecież oprócz Leszka Moczulskiego, który napisał to „W rewolucji bez rewolucji”, nie przewidywał, że pewnego dnia komuniści wstaną zza biurek i oddadzą kluczyki od swoich mercedesów. Powiedzą sekretarkom: „Pani Gosiu, od jutra będzie tutaj pan minister z »Solidarności«” i zamkną za sobą drzwi gabinetów. Przy sowieckich rakietach balistycznych, przy Układzie Warszawskim i RWPG wydawało się to całkowicie nierealne. Ludzie zaś chcieli żyć, nie mogli przecież walczyć całe życie, skoro nie było żadnej nadziei na zmianę. Występowały więc mechanizmy przystosowania. [b]Spójrzmy więc na polskie miesiące w PRL: Czerwiec ’56, Marzec ’68, Grudzień ’70, Czerwiec ’76, Sierpień ’80. Czy w kolejnych z nich mniej chodziło o wolność i niepodległość, a bardziej o kiełbasę?[/b] Coś panu opowiem i zobaczymy, czy jest pan na tyle odważny, żeby to wydrukować. Spróbujmy sobie wyobrazić następującą alternatywną historię: Co by było, gdyby była PRL – z kierowniczą rolą PZPR, Układem Warszawskim, Związkiem Sowieckim na czele, cenzurą, policją polityczną itd. – ale polscy robotnicy mieszkaliby w schludnych domkach, przed którymi stałyby volkswageny golfy? Odpowiedź jest bardzo gorzka: prawdopodobnie zbliżalibyśmy się teraz do XV zjazdu Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Zresztą w jakimś stopniu – przy zachowaniu wszelkich proporcji – punktem odniesienia mógłby tutaj być przykład Węgier i sukcesy, jakie święcił tam przez pewien czas „gulaszowy socjalizm”. [wyimek]Poprawa bytu i patriotyzm na pewno się w Sierpniu łączyły, jednak ci, którzy widzą w nim tylko to ostatnie, są w błędzie[/wyimek] [b]A te pięć tysięcy rozczochranych intelektualistów w swetrach dalej siedziałoby po piwnicach i odbijało na powielaczach ulotki.[/b] Obawiam się, że tak. Jak słyszę dziś, że „zniesienie cenzury było potrzebne narodowi polskiemu”, to się uśmiecham. Szczególnie potrzebne było tej połowie, która rocznie nie czyta nawet jednej książki. Wiem, że to, co mówię, może brzmieć brutalnie. Dowodziłoby bowiem, że komuniści mieli swoją rację, utrzymując, że w zrywach polskiego narodu nie chodziło o żadne wzniosłe ideały, ale o tę przysłowiową kiełbasę. Że ludzie strajkowali i wychodzili na ulicę nie dlatego, że chcieli wolności, ale dlatego, że byli niezadowoleni z sytuacji ekonomicznej, że brakowało im dóbr konsumpcyjnych. To wszystko przykre, ale myślę, że powinniśmy wreszcie zacząć szczerą, otwartą rozmowę na ten temat. [b]W PRL w Sierpniu ’80 przebywała grupa komunistów z Francji czy Włoch. Gdy usłyszeli, co się dzieje w Gdańsku, wydawało im się, że to prawdziwa robotnicza rewolucja wymierzona w biurokratów, którzy wypaczyli ideały komunizmu. A na bramie stoczni wiszą polskie flagi, Orzeł Biały i Matka Boska. Byli bardzo rozczarowani: jak można robić rewolucję z Matką Boską?[/b] Oczywiście, wśród strajkujących ścierały się różne prądy i był wśród nich także wątek niepodległościowy. Ktoś, kto chciałby to opisać w pięciu zdaniach, przedstawiłby fałszywy, uproszczony obraz. Kwestia biało-czerwonych flag wywieszanych przez polskich strajkujących jest rzeczywiście bardzo charakterystyczna. We Francji protestującym robotnikom nawet przez myśl by nie przeszło, żeby wywiesić w fabryce trójkolorowy sztandar. Także te dwie motywacje: chęć poprawy warunków bytu i patriotyzm, na pewno się w Sierpniu łączyły. Obawiam się jednak, że osoby, które widzą w nim tylko to ostatnie, są w błędzie. [b]W Czerwcu ’56 było chyba jednak więcej haseł niepodległościowych, antysowieckich niż w Sierpniu ’80?[/b] Oczywiście. W październiku 1956 r. pojawiało się na przykład hasło: „Oddajcie nam Lwów i Wilno”. Swoją drogą, ile pan ma lat? [b]30.[/b] Ja mam 58, ale pod tym względem nie ma między nami żadnej różnicy. I dla pana, i dla mnie Wilno i Lwów to tylko historyczne symbole. Wiemy, że oba te miasta przez wieki należały do Polski, ale ani pan, ani ja nie możemy mieć z nimi osobistych związków. Otóż w 1956 roku w PRL żyło kilkaset tysięcy mieszkańców Wilna i Lwowa! Dla nich utrata tych miast oznaczała to, co dla nas oznaczałaby utrata Poznania i Krakowa. Dla robotników w Sierpniu postulat powrotu Wilna czy Lwowa do macierzy był już jednak całkowitą abstrakcją. Ludzie na początku PRL pamiętali II RP, pamiętali, jak żyje się we własnym, niepodległym państwie. Dorastali w II RP, byli przez nią ukształtowani. Trudno więc się dziwić, że stawiali mocniejsze postulaty. Znali inny świat, mieli z czym PRL porównać.  [b]A czy komuniści też się zmieniali? Na początku PRL gotowi byli bronić władzy bardzo zdecydowanie, w 1989 roku oddali ją bez walki.[/b] Przyczynę tego widzę w zmianie pokoleniowej, jaka dokonała się wśród działaczy PZPR na przełomie lat 60. i 70. Ja nie używam już w stosunku do późniejszych lat określenia „komuniści”. Dla mnie komunistami byli Bolesław Bierut, Władysław Gomułka, Edward Ochab. Gdy ktoś wiązał się z ruchem komunistycznym w przedwojennej Polsce, to musiał się nastawić na to, że prędzej czy później straci pracę. Możliwe, że będzie siedział w więzieniu, że mu się rozpadnie małżeństwo albo będzie musiał wyemigrować. Trzeba więc było bardzo wierzyć w komunistyczne ideały, trzeba było być bardzo zdeterminowanym, by być w KPP. To samo dotyczy jeszcze okresu wojny i okupacji, zwłaszcza osób żydowskiego pochodzenia. Być w Generalnym Gubernatorstwie to dramat. Być w Generalnym Gubernatorstwie Żydem to tragedia, a być w Generalnym Gubernatorstwie Żydem komunistą to już katastrofa. [b]A po 1945 roku?[/b] Wtedy związanie się z partią komunistyczną nie niosło już ze sobą żadnego ryzyka. Wprost przeciwnie, bardzo ułatwiało karierę. Nie wiem więc, w jakim stopniu tacy ludzie jak Wojciech Jaruzelski, Kazimierz Barcikowski, Stanisław Kania, Stanisław Kociołek czy Mieczysław Rakowski byli komunistami. A już zupełnie nie mam pojęcia, czy byli nimi ludzie z mojego pokolenia: Marek Borowski, Włodzimierz Cimoszewicz czy Aleksander Kwaśniewski. [b]Oni nie czytali pism zebranych Lenina. Pewnie poszliby do każdej partii władzy.[/b] Tak, ci ludzie kierowali się przede wszystkim pragmatyzmem. Nikt nigdy nie słyszał, żeby któryś z nich mówił o „czujności rewolucyjnej”, „czystości partyjnych szeregów” i tym podobne. A pokolenie Bieruta czy Gomułki takim językiem właśnie operowało. Gdy się czyta dokumenty z lat 40. czy 50., to pełno jest w nich stwierdzeń typu „Walka klasowa się zaostrza”. Już w latach 60. przestano tak mówić. Co więc mówić o latach 70. czy 80. Dużą rolę zaczął również odgrywać czynnik narodowy. Bez trudu mogę sobie wyobrazić działacza partyjnego, który jako członek PZPR 16 października 1978 roku był szczerze przerażony: „Co to teraz będzie, jak Wojtyłę wybrali papieżem?”. Ale jako Polak ten sam człowiek mógł mieć poczucie dumy: „Faceta od nas, z Galicji, z Wadowic, zrobili papieżem! Fantastycznie!”. Ci ludzie nie byli już przecież internacjonalistami jak ich starsi o dwa pokolenia koledzy z Kominternu. [b]Czyli Bierut w 1989 roku tak łatwo władzy by nie oddał?[/b] Historia ma to do siebie, że dzieje się tylko raz. Nie można cofnąć taśmy i przećwiczyć wariantu, w którym Bierut zmarłby dopiero w 1991 roku. Rzeczywiście, mogę jednak założyć, że nie dałby się tak łatwo jak Jaruzelski. [i]Prof. Jerzy Eisler jest historykiem czasów najnowszych. Szczególnym zainteresowaniem cieszyły się jego publikacje o kryzysach PRL i o Marcu 1968 roku. Obecnie pracuje w Instytucie Pamięci Narodowej.[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL