fbTrack

Ekonomia

Rząd jak cześnik

Rzeczpospolita, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Podatki nie służą do socjalistycznego rozdawnictwa w myśl hasła: jest kasa, jest impreza
Czy pamiętają państwo nazwy najważniejszych urzędów królewskich w średniowieczu? Cześnik, podczaszy, stolnik, podstoli. Nie wszyscy wiedzą, czym pierwotnie ci najważniejsi w państwie ludzie się zajmowali.
Cześnik i jego pomagier, podczaszy, zajmowali się nalewaniem królowi wina i podawaniem mu kielicha. Stolnik i podstoli ustalali menu na uczty i kierowali ruchem talerzy na stołach. Tacy właśnie ludzie dzierżyli w początkach państwowości polskiej najważniejsze urzędy w państwie, mieli największą po królu władzę. Pewnego razu zamyślony głęboko nad powyższym faktem historycznym próbowałem wyobrazić sobie codzienne życie króla i jego dworzan. Niezłe balangi musiały być. Całe królewskie dynastie musiały nieźle dawać w palnik. A jak się człowiek chce dobrze zabawić, to – jak wie każdy menel – kasę trzeba skądś wziąć. A jak trzeba, to i w mordę dać można w tym zbożnym celu.
Wyobrażam sobie, że taki cześnik ze stolnikiem musieli się nieźle nakombinować, żeby zorganizować wystarczającą ilość jedzenia i wina dla swojego pana. No i czasem komuś w mordę dać. I w ten sposób wymyślono podatki. Ktoś powie – przecież zbrojni króla chronili swoich poddanych przed wrogami zewnętrznymi i wewnętrznymi. Oczywiście. Tak samo jak jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku swoje ofiary „ochraniali” mafijni reketierzy ściągający haracze od restauratorów i sklepikarzy. Tak samo jak rolnik dba o swoje świnki i kurki – przynajmniej dopóki nie pójdą pod nóż. Czy chłopa albo mieszczanina w ogóle obchodziło, komu płaci podatek-reket? Nie bardzo. Ważne było to, ile płaci, i czy rzeczywiście po spełnieniu przykrego obowiązku jest bezpieczny. Dlatego dobrzy władcy, nienadużywający alkoholu i gospodarujący rozsądnie pochodzącym z wymuszenia rozbójniczego majątkiem, byli powszechnie szanowani. Ci, którzy łupili i grabili ponad rozsądek – raczej nie. No, chyba że jak Persowie, łupiąc głównie sąsiadów swoim poddanym, też pozwalali przy okazji trochę połupić. [srodtytul]Nie dać się złupić[/srodtytul] Dzieje podatku-reketu, wymuszanego przez silnych i uzbrojonych drabów na raczej bezbronnych chłopach czy mieszczanach, to praktycznie cała historia ludzkiej cywilizacji. Na przestrzeni wieków ruchy wyzwoleńcze znacznie częściej miały charakter antypodatkowy niż patriotyczny. Patriotyzm, poczucie wspólnoty narodowej to przecież wynalazki dużo późniejsze, XIX i XX-wieczne. Istotną jakościową zmianę przyniósł dopiero wiek XX, a konkretnie ogólnoświatowy marsz ku wolności i demokracji. To właśnie dzięki demokracji społeczność (niekoniecznie naród) stała się suwerenem. To społeczność miała od tej pory decydować na co wydawać uzyskane z podatków pieniądze. Od tej pory pieniądze płacone przez społeczność na utrzymanie struktur władzy miały służyć głównie samej społeczności. Tyle teoria. W praktyce pojawiły się przynajmniej trzy realne przeszkody. [srodtytul]Podpora w urzędniku[/srodtytul] Po pierwsze, demokracja bezpośrednia, która jako jedyna wiernie realizuje postulat społeczności jako suwerena, nie miała szansy się utrzymać w sytuacji merdżerów i przejęć na rynku instytucji państwowych. Konieczne stało się zatem stworzenie ułomnej formy demokracji – demokracji pośredniej, której nieprzyjemnym efektem ubocznym było powstanie nowej kasty – polityków. Politycy, jak każda kasta, potrafią dbać o swoje interesy i w związku z tym wszędzie, gdzie tylko mogli, doprowadzali do monopolizacji rynku politycznego. W Polsce stało się to poprzez oparcie reguł wyborczych na zasadzie proporcjonalności oraz wprowadzenie takich progów wyborczych i zasad finansowania partii politycznych, które bez pytania wycinają wszystkich nowych i potencjalnych konkurentów politycznych. Po drugie, w historycznym procesie kształtowania się struktur władzy (nie tylko w demokracji) wytworzyła się jeszcze jedna specyficzna kasta – urzędnicza. W systemach niedemokratycznych kasta urzędnicza była bezwzględnie posłuszna suwerenowi. Suweren dbał też o to, by nie rozrastała się ponad niezbędną konieczność, bo słusznie uważał, że wydawanie pieniędzy na bzdury nie ma sensu. Lepiej wydać na dobre wino i balangę. W demokracji sytuacja zmieniła się o tyle, że kasta polityczna – z definicji nietrwała i przemijająca – musiała oprzeć swoje rządy na urzędnikach, którzy jako jedyni mogli zapewnić ciągłość władzy. Dlatego im bardziej ułomna i niestabilna jest demokracja, tym bardziej można się spodziewać rozrośniętego ponad miarę i omnipotentnego aparatu urzędniczego. Po trzecie wreszcie i najważniejsze, społeczność – jak każdy suweren – również może być zdemoralizowana, pijana i żarłoczna. Jeśli kasta polityków schlebia pijaństwu i żarłoczności swojego szefa, to sama redukuje się do roli stolnika i cześnika zastanawiającego się, skąd wziąć więcej kasy, by króla próżniaka i alkoholika nakarmić i napoić. To stąd właśnie biorą się kiełbasy wyborcze i wysyp pomysłów na różnego rodzaju dodatki, zasiłki, becikowe, etc. Stąd właśnie bierze się populizm polityczny znajdujący swoją instytucjonalną formę w socjalizmie, który zawsze będzie dążył do tego, by państwo obsypywało swoich obywateli kasą niezależnie od tego, czy to ma sens, czy nie. [srodtytul]Uniknąć finansowego kaca[/srodtytul] Rozumiem, że trudno się oprzeć pokusie schlebiania najniższym pobudkom swojego suwerena i w efekcie każda partia u władzy staje się mniej lub bardziej socjalistyczna. Ale – jak mądrzy ludzie mówią w poradniach dla rodzin alkoholików – pijaństwa nie wolno tolerować. Jeśli suweren się systematycznie i z upodobaniem upija się do nieprzytomności, to nie można mu do kieliszka dolewać, niańczyć i pieścić. Konieczne jest zastosowanie terapii szokowej. Pobłażanie niskim żądzom suwerena zadziała ostatecznie na jego szkodę – zniszczy jego motywację do życia, wzmocni w uzależnieniu. Mądry polityk, który jest prawdziwym przyjacielem społeczności i dba o więcej niż o własny stołek, musi to zrozumieć. Imprezuje się fajnie jedynie do czasu kiedy skończy się kasa. A jak to nastąpi, to są tylko dwie możliwości – wytrzeźwieć, przeżyć nieprzyjemnego kaca i wziąć się do roboty albo wyruszyć na rozbój, zebrać jeszcze wyższy haracz i póki ofiary same nie umrą z głodu, chlać dalej. Ale kac jest tak czy inaczej nieunikniony. Jeśli rząd tego nie rozumie i zamiast pomóc swojemu społeczeństwu odzyskać kontakt z rzeczywistością i wytrzeźwieć, podaje mu kolejną wyborczą kiełbasę i flaszkę, to sam się sprowadza do roli nieodpowiedzialnego cześnika. Cześnika, który i tak utraci swój stołek zaraz po tym, jak zacznie się kac. [i]Autor jest ekspertem Business Centre Club, byłym wiceministrem finansów i byłym ministrem budownictwa w rządzie PiS[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL