fbTrack

Publicystyka

Platforma Obywatelska - władza dla jednej partii

Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Jeśli wyborcy nie dostrzegają niczego groźnego w oddaniu ważnych stanowisk w państwie w ręce jednej opcji politycznej, to można nad tym ubolewać, ale nie można się temu przeciwstawić – twierdzi prawnik i publicysta
Istnieją dwa sposoby oceny stanu stosunków politycznych w kraju. Jeden z nich polega na odniesieniu ich do pewnego wzorca dobrego państwa i ustroju. Wynik takiej oceny jest jednak z reguły negatywny, ponieważ rzeczywistość rzadko sięga ideału. Często natomiast bywa dyskusyjny, albowiem poglądów na ideał jest wiele i są one często rozbieżne.
Nie miałbym nic przeciwko temu, aby naszym ideałem ustrojowym był stan, w którym stanowiska publiczne obsadzane są zgodnie z moralnymi i zawodowymi wymogami kompetencji, by ludzie obozu rządzącego i opozycji harmonijnie ze sobą współpracowali dla dobra wspólnego, a ci, którzy okazali się niegodni urzędów, byli z nich szybko usuwani, oraz by zdanie obywateli brane było pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Drugi sposób polega na tym, że za kryterium oceny uznaje się sytuację, jaka istnieje w innych, podobnych krajach. Nie jest to może metoda najdoskonalsza, bo wcale nie jest pewne, że sytuacja ta zasługuje na pochwałę. Ma jednak tę zaletę, że przenosi nas na grunt twardej rzeczywistości, a nie na pole subiektywnych – choć szlachetnych na ogół – wyobrażeń i odczuć.
Po ostatnich wyborach prezydenckich dały się słyszeć głosy niepokoju, że powołanie na urząd głowy państwa przedstawiciela partii, która posiada większość w parlamencie oraz obsadza stanowiska premiera i marszałka Sejmu, przybliża nas do niebezpiecznej granicy absolutum dominium. Zdaniem krytyków tego stanu rzeczy byłoby lepiej, aby główne siły polityczne w Polsce uczestniczyły w obsadzie stanowisk publicznych w sposób bardziej zrównoważony. Może byłoby to rzeczywiście dobre z punktu widzenia pewnego ustrojowego ideału. Pytanie jednak, czy ideał taki jest w świecie dostatecznie często, urzeczywistniany. Mam co do tego wątpliwości. Pobieżna obserwacja stanu stosunków politycznych w krajach demokratycznych przekonuje, że mamy raczej do czynienia z sytuacją, która od tego ideału odbiega. Tak jest na przykład w USA, gdzie wielokrotnie zdarzało się, że urząd prezydenta przypadał przedstawicielowi ugrupowania posiadającego w Kongresie większość. Prezydent nie powoływał zwykle w skład swojej administracji ludzi partii przeciwnej, lecz swoich stronników. Nawet członkowie Sądu Najwyższego, którego obsada należy do prezydenta, są mianowani spośród prawników o zbliżonych poglądach ideowych do poglądów głowy państwa. Sytuacja określana mianem kohabitacji zdarza się od czasu do czasu we Francji, ale regułą jest to, że tzw. większość prezydencka pokrywa się z parlamentarną i rządową. A i w Niemczech prezydentem została ostatnio osoba bliska koalicji rządzącej. Tożsamość polityczna prezydenta i większości parlamentarnej zdarzała się po 1989 r. i w Polsce. Ostatnio w latach 2005 – 2007, gdy szczególnie bliskie, bo nie tylko polityczne, ale i braterskie, stosunki łączyły prezydenta Lecha i premiera Jarosława Kaczyńskich. Jedynym dostępnym w ustroju demokratycznym sposobem, aby uniknąć takiego obrotu rzeczy, jest wygranie wyborów. Jeśli wyborcy nie dostrzegają nic groźnego w oddaniu ważnych stanowisk w ręce jednej opcji, to można nad tym ubolewać, ale nie można się temu przeciwstawić, chyba że w drodze rewolucji lub zamachu stanu. Zresztą nie należy przesadzać z niebezpieczeństwami, które mogą się łączyć z taką kumulacją władzy. Wybory następują dość często, są wolne, uczciwe i przemienne (kadencje prezydenta i parlamentu nie pokrywają się), opozycja czuwa, prasa demaskuje, a poza tym nie cała władza publiczna w państwie skupiona jest w instytucjach centralnych. Jest ona rozproszona, uczestniczą w niej organy samorządu terytorialnego trzech szczebli. Nie jest przecież tak, że we wszystkich województwach, miastach, powiatach i gminach rządzą ludzie prezydenta lub premiera. Podobnie zresztą jest w innych krajach. W USA i RFN mamy do czynienia ze znaczną decentralizacją władzy, a gubernatorem stanu lub premierem landu często jest ktoś inny niż stronnik prezydenta lub kanclerza. Wśród osób zaniepokojonych koncentracją władzy w Polsce po ostatnich wyborach prezydenckich znalazł się prof. Zdzisław Krasnodębski. Jako filozof ma on prawo, a nawet obowiązek, kierować się w swych ocenach pewnym ideałem stosunków politycznych. W żadnym razie nie należy oczekiwać, że to, co rzeczywiste, będzie miał on zawsze za rozumne. Ale rzeczywistość też się liczy, bo rysuje punkty odniesienia, które warto od czasu do czasu brać pod uwagę. [i]Autor jest konstytucjonalistą, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, współpracownikiem „Rz” [/i] [ramka][b]Pisał w opiniach[/b] [i]Zdzisław Krasnodębski[/i] [b][link=http://www.rp.pl/artykul/523823.html]Brońmy demokracji[/link][/b] 18 sierpnia 2010[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL