fbTrack

Literatura

Prawdziwe życie bohaterów literackich

Janusz Głowacki w towarzystwie stałych rezydentów Tompkins Square Park. Od lewej Wrona, Bizon i autor „Antygony w Nowym Jorku” / Świat Książki
Świat Książki
Prawdziwe życie postaci z książek Maria Vargasa Llosy, Gabriela Garcii Marqueza i Janusza Głowackiego
Książka może zapewnić nieśmiertelność nie tylko pisarzowi, ale również jego bohaterom. Problem w tym, że niektórzy z nich nie godzą się na takie wyróżnienie. Utrzymują, że zostali pokazani w krzywym zwierciadle lub potraktowani niesprawiedliwie. Inni umierają nieświadomi swej sławy, bo dzieł, w których zbudowano im pomnik, nie mieli okazji przeczytać.
Trzecia grupa jest najbarwniejsza – chodzi o osoby święcie (i najzupełniej mylnie) przekonane, że to ich sportretowali mistrzowie pióra. Historię literatury można opowiedzieć za pomocą anegdot o nieszczęsnym kolumbijskim telegrafiście czy Antygonie z nowojorskiego Tompkins Square Park. [srodtytul]Holly Golightly to ja![/srodtytul]
Tę damę kochali wszyscy, bo jak nie kochać kobiety, która z czarującym uśmiechem mówi: „Niech cię Bóg ozłoci, skarbie. Słodki jesteś, że odprowadziłeś mnie do domu”. Chodzi, rzecz jasna, o bohaterkę „Śniadania u Tiffany’ego”. Książka, która ukazała się w 1958 r., od razu stała się bestsellerem i przyniosła Trumanowi Capote fortunę. Udział w tym sukcesie postanowiła zdobyć panna Holly Golightly z Teksasu. Utrzymywała, że Capote bezczelnie wykorzystał jej biografię oraz nazwisko. – Pozywa mnie o pół miliona dolarów! – wściekał się pisarz, który o istnieniu owej damy nie miał wcześniej pojęcia. – Nie otrzyma nawet pięciocentówki, tylko że ja wykosztuję się na adwokatów! Również w sądzie znalazła finał sprawa powieści „Ciotka Julia i skryba” (1977). – Mario Vargas Llosa, nie starając się ukryć autobiograficznego charakteru prozy, opisał losy swego burzliwego małżeństwa z daleką krewną – powiedział „Rz” Carlos Marrodan Casas. – Książka szybko dotarła do osoby najbardziej zainteresowanej. Kobieta wytoczyła Llosie proces i przegrała. W tej sytuacji pozostało jej tylko jedno – napisała swoją wersję historii. Dzieło nie zdobyło jednak rozgłosu, na jaki autorka liczyła. Popularniejsza jest wersja Llosy. Znana to sprawa, że pisarze – nawet najwybitniejsi – robią długi. Największe zaciągają u swoich bliskich. I wcale nie myślę o pieniądzach. [srodtytul]Demony Wuja Józefa[/srodtytul] – „Miłość w czasach zarazy” (1985) Gabriela Garcii Marqueza to w znacznej mierze historia rodzinna – mówi Casas. – Pierwowzorem postaci Florentina Arizy jest ojciec noblisty, a Ferminy Dazy – jego matka. Prawdziwa jest opowieść o tym, że dziadek Marqueza wywiózł swoją córkę z dala od adoratora. I prawdą jest, że kochankowie porozumiewali się później dzięki tajnej zmowie telegrafistów. Z dziejów swego rodu czerpał także obficie Marek Hłasko. W swej najwybitniejszej powieści: „Sowie córce piekarza” (1967), w postaci Wuja Józefa, filozofa-oryginała, utracjusza i wielbiciela niekapryśnych kobiet, sportretował Józefa Czyżewskiego (najpierw jednak lojalnie uprzedził go o swych zamiarach w liście). – Marek napisał, że z chwilą gdy Wuja opuszczał demon hazardu, w jego miejsce natychmiast pojawiał się demon alkoholizmu – mówi Andrzej Czyżewski, syn Józefa, biograf Hłaski. – Przyznaję, że to dość trafna charakterystyka. Ze względu na błyskotliwość ojciec był lubiany i ceniony w towarzystwie. Jednak mógłby nieco lepiej wywiązywać się z obowiązków głowy rodziny. Z tego, co wiem, nigdy nie przeczytał „Sowy córki piekarza”. Do Polski dotarło tylko kilka egzemplarzy tej wydanej na emigracji powieści. Jeden z nich miała w swojej bibliotece matka Marka, ale pozwalała książkę czytać jedynie na miejscu, w warszawskim mieszkaniu przy Mickiewicza. Wątpię, by tacie chciało się tam siedzieć całą noc. [srodtytul]Najlepszy epileptyk[/srodtytul] „Antygona w Nowym Jorku” (1992) to sztuka z wielu powodów wyjątkowa. Po pierwsze dlatego, że świetna. Po wtóre niemal wszystkich jej bohaterów można było spotkać w jednym miejscu – w nowojorskim Tompkins Square Park. – Spędziłem tam wiele czasu, bo był to wielki teatr, gdzie na oczach wszystkich, którzy chcieli patrzeć, toczyło się przedstawienie, w którym i życie, i śmierć były prawdziwe – wspomina Janusz Głowacki. – W parku znajdowała się muszla koncertowa, a w niej ustawiono prycze. To było jak autentyczna dekoracja. Gdy któregoś dnia dramaturg wszedł do parku, usłyszał: „O! Pchełka już skacze”. – Tak poznałem mojego przyszłego bohatera, epileptyka – wyjaśnia Głowacki. – Pchełka był z tej epilepsji dumny. Opowiadał, że Indianin, który mieszkał ławkę dalej, jak ma atak, to tłucze się po ziemi. „A ja fruwam jak ptak! Do dwóch metrów lecę w górę! – chwalił się. – Indianin oskarża mnie o różne rzeczy, ale to dlatego, że mi zazdrości”. Pchełka był dumny, że mieszka w Ameryce: „Mnie tu znają w każdym szpitalu! Każdy policjant mnie zna! To Nowy Jork, największe miasto świata!”. Postać Saszy, rosyjskiego emigranta, została zainspirowana historią radzieckiego komandosa, który zdezerterował w Afganistanie. Jego miłość do bezdomnej Portorykanki Anity też nie jest całkiem wymyślona. – Anita miała zdezelowaną maszynę do pisania i z jej pomocą prowadziła archiwum ludzkich nieszczęść – mówi Głowacki. – Wyjaśniała, że jak ktoś jest w strasznym stanie i zaczyna wyć, to ona się zjawia, zaczyna uderzać w klawisze i wariat się uspokaja. Nie chciała mi tych zapisków pokazać, aż któregoś dnia oświadczyła, że teraz już może. I przeczytała: „Był piękny ciepły wieczór”. Spytała, jak mi się podoba. Odparłem, że to fantastyczne, ale chciałbym wiedzieć, co dalej. „To wszystko – usłyszałem. – Resztę spaliłam, bo się właśnie zakochałam”. No więc ja to wsadziłem potem do sztuki. Bo żeby pisać, trzeba najpierw trochę popatrzeć, posłuchać, „naładować się” życiem. Po amerykańskiej premierze „Antygony w Nowym Jorku” do bezdomnych z Tompkins Square Park pofatygowali się dziennikarze. – Pewna reporterka podeszła do polskiej ławeczki i zagadnęła: „Czy panowie wiedzą, że pan Janusz Głowacki napisał o was sztukę?” – mówi za śmiechem dramaturg. – Na to Bizon, stały rezydent, odparł z godnością: „Z tego, że jesteśmy alkoholikami, nie wynika wcale, że nie potrafimy czytać!”.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL