fbTrack

Plus Minus

Pomniki, które straszą

Jedna z niepożądanych konsekwencji katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem to nieunikniona plaga ohydnych pomników na cmentarzach, ulicach i placach wielu miast.
Że będą ohydne z góry wiadomo – pomniki w naszym kraju są przeważnie pretensjonalne, kiczowate i brzydkie. Naprawdę ładne można policzyć na palcach jednej ręki.

Bo nawet kiedy są estetyczne, to zwykle nie pasują do miejsca, które zajmują. Skądinąd całkiem dobry pomnik Kościuszki na Wawelu jest o wiele za wielki, nie można go obejrzeć z właściwej perspektywy i kłóci się z pięknym zespołem budynków, przed którymi stoi. O walorach pomnika kawalerii w Warszawie trudno coś powiedzieć, ponieważ jest wystawiony na tak wysokim drągu, że chyba tylko ze śmigłowca można by się mu przypatrzyć.
Od bardzo dawna się zastanawiam nad tym naszym narodowym antytalentem do pomników. Czy jest uwarunkowany genetycznie? Może się bierze z naszej historii? Wszak mało powstało pomników przed rozbiorami (w przeciwieństwie do innych krajów, u nas królowie i magnaci bali się stawiać sobie czy swym przodkom okazałe posągi), a podczas rozbiorów względy polityczne stały na przeszkodzie. Ale żaden z tych argumentów całkowicie nie przekonuje. Od czasów antyku pomniki spełniają w zasadzie dwie funkcje – upamiętnienie, pochwalenie kogoś lub czegoś oraz urządzenie pewnej przestrzeni. Dlatego też często pomniki przybierały formę na przykład fontanny. Były wymyślone tak, aby ludzie mogli z nich korzystać na różne sposoby – jako miejsca spotkań, odpoczynku itp. Choć ta tradycja zanikła w średniowieczu, należy zauważyć, że nawet kamienne krzyże stawiane na placach małych miast w Anglii czy Francji zwykle bywały otoczone schodkami, na których aż się prosi, by usiąść.
Powrót do wielu wartości przedchrześcijańskich, jaki nastąpił podczas renesansu, wznowił dawne tradycje, i od XVI wieku miasta Europy zaczęły się wypełniać pięknymi, wielofunkcyjnymi i przyciągającymi pomnikami. Jako najlepszy przykład można przytoczyć rzymską Fontana di Trevi czy zespół Piazza Navona. Rzecz nie dotyczyła tylko Europy, jeśli się weźmie pod uwagę Taj Mahal. W XIX wieku coraz częściej stawiano pomniki w celu zagospodarowania przestrzeni miejskiej lub jako łączniki w układzie urbanistycznym – waszyngtoński Lincoln Memorial i paryski Łuk Triumfalny. Pomnik Moliera w Paryżu u zbiegu ulic jego imienia i Richelieu tworzy z tego rozdroża uroczą i intymną przestrzeń. U nas w tym czasie praktycznie nie stawiano nic, z przyczyn politycznych. Masowe upamiętnienia zaczęły się dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku. Pomniki, które powstały w naszym kraju w pierwszej połowie XX wieku, były to na ogół godne, prozaiczne i nudne posągi wpisujące się w XIX-wieczną tradycję albo w stylu kiczowatego symbolizmu, jak np. pomnik Chopina w Warszawie. W okresie PRL socrealizm dodał swoje i, co gorsza, zostawił po sobie pewną spuściznę stylową. Choć trzeba uznać, że jednakowe tablice na ulicach Warszawy, upamiętniające miejsca rozstrzeliwań Polaków przez hitlerowców, są bardzo udane. Nie narzucają się, ale nie można ich ominąć. Kiedy nastała III Rzeczpospolita, było jasne, że trzeba będzie upamiętnić wiele wydarzeń, ruchów, ofiar i osobistości. Było też oczywiste, że oprócz upamiętnienia te pomniki miały służyć jako miejsca hołdu i nawet pielgrzymek: co roku, w określonym dniu miały stanąć przed nimi poczty sztandarowe, orkiestry, warty honorowe itd., miano składać wieńce i przemawiać (w nieskończoność). Pomniki te musiały więc być wielkie, z ogromną przestrzenią dla tych wart, delegacji, orkiestr itd. Musiały też napełniać widza tych uroczystości odpowiednią zgrozą, a więc stawiano wielkie głazy, wymowne instalacje czy wręcz inscenizacje, takie jak warszawskie pomniki powstania warszawskiego czy pomnik Poległym i Pomordowanym na Wschodzie. Zastanawiając się nad tym znów ostatnio (bo ostatnio naprawdę jest nad czym się zastanawiać), nagle doznałem czegoś, co Anglicy nazywają „Eureka! moment”. Otóż nie jest prawdą, że przed rozbiorami nie było u nas pomników. Były, tylko miały inna formę: w 1772 roku w granicach Najjaśniejszej Rzeczypospolitej mieściło się przeszło 400 oficjalnie ukoronowanych cudownych obrazów Matki Boskiej i niezliczone tysiące jej figur i innych świętych posągów. W tradycji polskiej pomnik nie służy głównie ani do upamiętnienia czegoś lub kogoś, ani jako aranżacja przestrzeni urbanistycznej, ani wygodzie przechodniów czy mieszkańców. Jest przede wszystkim totemem, przed którym mają się odbywać rytualne obrządki i uroczystości. Kiedy w reszcie Europy starcy, kochankowie i dzieci siedzą, miętolą się lub bawią na schodkach pomników (w Londynie, w którym się wychowałem, gramoliłem się po figurach Albert Memorial, po lwach na Trafalgar Square, i – jak każde chyba dziecko – łapkami głaskałem cudowne figurki na pomniku Piotrusia Pana w Kensington Gardens), nasze miasta są pełne topornych instalacji, które mają na celu nie uprzyjemnienie nam życia, lecz straszenie i mobilizowanie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL