fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Fiskalne wołania na puszczy

Marcin Mróz, główny ekonomista Fortis Bank Polska
Bawią mnie coraz częstsze nawoływania do reformy finansów publicznych. Nie dlatego bym uważał, że reforma nie jest potrzebna. Przeciwnie, jest, i to bardzo, ale powątpiewam w skuteczność nawoływań.
Dziś przyzwyczajenie do wysokiego poziomu rozdawnictwa publicznych pieniędzy i życia z budżetowym deficytem stało się stałym elementem polityki gospodarczej. A jak mawiali starożytni, „consuetudo est altera natura” (przyzwyczajenie jest drugą naturą). Nic więc dziwnego, że kraje systematycznie prowadzące politykę zrównoważonego budżetu są zjawiskiem rzadkim niczym eremita w nocnym klubie. W takich okolicznościach domaganie się, by w Polsce, ot tak, bez żadnej naglącej przyczyny, wdrożyć reformy zmieniające fiskalne status quo, przypomina mi postulowanie, by tygrys zmienił naturę drapieżnika i zaczął żywić się trawą i korzonkami. Albo próbę przekonania statystycznego mieszkańca grodu Kraka, że oszczędność jest zła. Potencjalna skuteczność nawoływań będzie taka sama. Czyli znikoma.
Jeśli założymy więc, że dogłębne reformy fiskalne pozostają na razie w sferze myślenia życzeniowego, to jedyną zmienną, która w ciągu nadchodzących kwartałów będzie wpływać na wyniki sektora publicznego, jest sytuacja gospodarcza. Z dużym dystansem patrzę więc na rozważania odnośnie do tego, co w najbliższym czasie może zrobić minister finansów i jaki będzie to miało wpływ na skalę i tempo konsolidacji fiskalnej.
Zamiast tego zakładam prostą regułę. Im lepsza będzie sytuacja gospodarcza, tym lepsze będą wyniki budżetu i tym mniejsze chęci do reform. I vice versa. Im gorsza sytuacja, tym większe problemy z budżetem, bliżej do kolejnych progów ostrożnościowych (i/lub potencjalnych problemów rynkowych), tym większe szanse, że sytuacja taka wymusi zdecydowane zmiany w sektorze fiskalnym.
Mamy więc przed sobą dwa scenariusze. Żaden z nich nie jest w pełni satysfakcjonujący. Albo łagodnie, dzięki ożywieniu, wyjdziemy z budżetowych problemów, lecz na końcu drogi polityka fiskalna wyglądać będzie bardzo podobnie jak przed kryzysem: dobra, lecz podatna na szoki. Albo przejdziemy przez recesyjne katharsis i zobaczymy prawdziwe reformy budżetowe, ale będzie to skutkiem znacznego spowolnienia i/lub poważnego zamieszania (by nie użyć słowa „kryzys”) na rynkach. Który z tych scenariuszy jest „lepszy”? Trudno wybrać.
Najlepiej byłoby zabrać się do solidnej naprawy budżetowych problemów już teraz. Któż jednak szczerze wierzy, że po jednych wyborach, a przed kolejnymi zobaczymy głębokie reformy fiskalne dotykające wrażliwych społecznie obszarów? Dlatego, choć wciąż mnie bawią nawoływania do reformy finansów publicznych, coraz częściej rozbawienie to jest mniejsze.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA