fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Liczy się dobry stan finansów

Philip Poole, ekonomista HSBC
Fotorzepa, Szymon Łaszewski Szymon Łaszewski
- Musicie się zastanowić, czy skorzystacie na przyjęciu euro – wskazuje Philip Poole, ekonomista HSBC
[b] "Rz":[/b] Analitycy HSBC przestrzegają przed odradzającą się inflacją. Czy rzeczywiście może się ona stać zagrożeniem dla krajów europejskich borykających się z kryzysem?
[b] Philip Poole:[/b] Nasze ostrzeżenia dotyczą zwłaszcza Azji i Ameryki Łacińskiej. Sytuacja na tych rynkach jest bardzo podobna do momentu wzrostu inflacji w okresie przed kryzysem. Polityka monetarna była wówczas bardzo luźna, po czym doświadczyliśmy szybkiego jej zaostrzenia. Nie zapominajmy, że koszyk dóbr i usług brany pod uwagę przy wyliczaniu dynamiki cen krajów rozwijających się cechuje spory udział paliw i żywności. Najbardziej jest to widoczne np. w przypadku Ukrainy, gdzie żywność odpowiada za 50 proc. wskaźnika.
[b]Czy problemy inflacyjne mogą się przenieść na nasz region?[/b]
Inflacja jest zagrożeniem dla dynamiki światowej gospodarki. Polsce udało się uniknąć recesji, a fundamenty gospodarki są postrzegane jako dobre. W tej części świata faktycznie inflacja nie jest zbytnim problemem. Kraje Europy Środkowej są powiązane z gospodarkami Europy Zachodniej, gdzie zagrożenie inflacją nie występuje, jako że to właśnie ten region jest źródłem obecnej słabości. Ale można sobie wyobrazić, że Chińczycy doprowadzą do umocnienia swojej waluty. To wywoła presję inflacyjną na całym świecie, z uwagi na rosnące ceny towarów tam produkowanych dla światowych odbiorców. Na razie problemy w Europie Zachodniej i ryzyko powrotu recesji sprawiają, że scenariusz szybkiego umocnienia jest mniej prawdopodobny.
Wyzwaniem dla Europy Środkowej jest ochrona gospodarek przed procesami dostosowawczymi w krajach zachodnich, co zmniejszyć może popyt zewnętrzny. Dlatego warto poszukać zrównoważonego modelu. Polska jest tu chlubnym wyjątkiem z uwagi na duży popyt wewnętrzny. Eksport w krajach regionu stanowi około 80 – 85 proc. PKB, w Polsce jest to tylko około 40 proc. PKB. Gospodarka może liczyć na lokalnych konsumentów.
[b]Ostatnie miesiące cechuje duża zmienność kursów walut. Czy NBP dobrze zrobił, decydując się pierwszy raz od dziesięciu lat wyjść na rynek walutowy z interwencją? [/b]
Pamiętajmy, jaka jest geneza problemu. Globalny system finansowy jest zalany płynnością. Rządy i banki centralne doprowadziły do poluzowania polityki monetarnej i fiskalnej. Trochę przypomina to wlewanie wody do wanny bez możliwości zakręcenia kurka. Wanna jest już pełna, nikt nie może odetkać zatyczki, ale woda leje się dalej i musi znaleźć ujście. Kilka miesięcy wcześniej bardzo luźna polityka monetarna krajów G3 wywołała napływ kapitału na rynki wschodzące. Inwestorzy korzystali z umocnienia lokalnych walut czy różnic stóp procentowych. Teraz sytuacja się odwróciła. W momencie, kiedy pojawiła się duża awersja do ryzyka wywołana kryzysem greckim, inwestorzy prowadzą dość mało selektywny wybór i uciekają z rynków wschodzących. Dotyka to także gospodarek o solidniejszych fundamentach, jak Polski czy Brazylii.
[b] Przedstawiciele NBP podkreślają, że w interwencji chodziło o ograniczenie zmienności kursu złotego.[/b]
Zmienność jest zła dla podejmowania decyzji inwestycyjnych. Pamiętajmy, że kurs walutowy jest najważniejszym parametrem dla każdej gospodarki. To jest cena interakcji z resztą świata. Minimalizacja zmienności kursu jest więc dobrą rzeczą – szczególnie że jesteśmy w momencie, w którym zmienność stała się ekstremalna, mamy olbrzymie ruchy na rynku nie- poparte żadnymi istotnymi i prawdziwymi informacjami. Ich łagodzenie nie jest niczym złym. Problem jest wówczas, kiedy banki centralne w krajach rozwijających się starają się zmienić nie tyle amplitudę, ile trend. W rezultacie prowadzi to do zaburzeń. Sygnały cenowe przestają być czytelne. Jeżeli mówimy więc o pożądanych interwencjach, to tylko prowadzonych w celu zmniejszenia zmienności.
[b]Dzięki pomocy Unii i MFW Grecja "kupiła" czas na zmierzenie się z problemem nadmiernego zadłużenia. Za dwa lata problem może wrócić od nowa. W 2012 r. Polska rozważa przystąpienie do przedsionka strefy euro – ERM2. Czy nie przeszkodzi nam w tym kolejny kryzys grecki?[/b]
Grecja to w pewnym sensie szczyt góry lodowej. Jej los zależy od tego, jak dużo uda się osiągnąć w wyniku realizacji programu oszczędnościowego. Idealnie, aby dostosowania, jakie następują, nie wpływały negatywnie na wzrost gospodarczy. W krajach rozwijających się częścią takiego dostosowania było zwykle osłabienie waluty. Wymuszało ono szybszą restrukturyzację długów, ponieważ koszt obsługi emitowanych za granicą obligacji stawał się coraz wyższy. Ale Grecja jest w strefie euro i nie ma takiej możliwości dostosowań. Ważną lekcją płynącą z kryzysu jest fakt, że obecność w strefie euro nie chroni przed wszystkim. Tak naprawdę wciąż chodzi o dobrą politykę gospodarczą. Tego nie było w krajach członkowskich. Dlatego też istotne dla krajów takich jak Polska jest to, jakie są rzeczywiście korzyści z przyjęcia euro. Jeszcze dwa lata temu nikt co do nich nie miał wątpliwości. Teraz jest ich więcej. Z mojego punktu widzenia – i nie mówię tego tylko dlatego, że jestem Brytyjczykiem – członkostwo w eurostrefie nie oferuje wiele więcej krajom, które są już członkami Unii i korzystają z wolnego przepływu towarów i funduszy.
[ramka] [b]Philip Poole[/b] - główny ekonomista HSBC na rynki wschodzące – zna dobrze Polskę. Na początku transformacji analizował nasz region w banku Barclays, negocjował też restrukturyzację polskiego zadłużenia w imieniu instytucji finansowych zrzeszonych w klubie londyńskim (efektem była redukcja części zobowiązań). [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA