fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Aktor, który dojrzał do szczerości

"Przygoda" w reżyserii Krystyny Jandy. Na zdjęciu Jan Englert
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Psychologiczny thriller "Przygoda" w Polonii odkrywa tajemnicę scenicznej kariery Jana Englerta
Występując w Polonii Krystyny Jandy, w reżyserowanej przez nią "Przygodzie" Sándora Máraia, stworzył kreację. Teatr psychologiczny, który pogrzebano wraz z Holoubkiem i Zapasiewiczem, zmartwychwstał.
Profesor grany przez Englerta przypomina antycznego bohatera. W dniu wielkiego sukcesu, gdy rząd powierzył mu dyrekcję kliniki, odkrywa w rozmowach z żoną i współpracownikami, że zajmując się karierą, doprowadził do katastrofy w relacjach z najbliższymi ludźmi.Aktor pokazał współczesnego Leara, który stając nad przepaścią – nie traci życiowej intuicji, nie obraża się na los, nie prowokuje najbliższych, tylko z pokorą, na jaką stać nowoczesnych mężczyzn, stara się ratować miłość, rodzinę, karierę. Kiedy interpretował szekspirowskiego Leara w Narodowym, przesadził z fanfaronadą, tubalnym głosem, minami i maskami. Teraz, przebywając na scenie Polonii przez półtorej godziny, nie gra ekshibicjonistycznie, nie krzyczy, a mimo to znamy każdy zakamarek duszy profesora, czujemy emocje, jakie nim targają.
Imponuje jego stoicyzm. Wynika z życiowej dojrzałości i zdrowego rozsądku. W rozmowie z żoną (Beata Ścibakówna), podsumowując ich małżeństwo, nie mówi o szczęściu, bo dla doświadczonego faceta nic to nie znaczy. Woli powiedzieć, że żyli razem i dojrzeli do szczerości, ta zaś ma większą wartość niż frazesy i pozory cnoty. W dialogu z asystentem przekonuje, że czas kruszy wielkie słowa i obnaża obłudę. Lepiej szukać dla życia prawdziwej miary.
Aktor unikał dotąd pokazywania mocnych wzruszeń. Jego bohaterowie chowali się za maskę ironii lub szyderstwa. Profesorowi łamie się głos, łka. Jest bliski rozpaczy, jednak nie przekracza granicy histerii. Englert wolał stworzyć wstrząsającą rolę z całej masy zaskakujących szczegółów. Dokładnie tak, jak swoją artystyczną biografię.
Kinową i telewizyjną popularność zdobył jako bezczelnie odważny powstaniec ze śląskiej trylogii Kutza, Kolumb i warszawski cwaniak z serialu "Dom", który po wypowiedzeniu magicznej formuły "rikitikitak" mógł mieć każdą kobietę.
W teatrze go nie doceniano, mimo że w Polskim za dyrekcji Kazimierza Dejmka grał główne role w sztukach Wyspiańskiego, Mrożka, Fredry, występował jako sceniczny kolega Gustawa Holoubka i Andrzeja Łapickiego. Gdy został rektorem Akademii Teatralnej, nie dowierzano, że podoła wyzwaniu, a w Narodowym wieszczono katastrofę, chociaż teatralną pałeczkę przekazał aktorowi w "Hamlecie" i "Duszyczce" sam Jerzy Grzegorzewski.
Po wielu akowskich rolach wziął na siebie ciężar dowodzenia polskimi oficerami w "Katyniu" Andrzeja Wajdy. Generalską rangę na scenie potwierdził, reżyserując w mistrzowski sposób "Śluby panieńskie", "Iwanowa" i "Księżniczkę na opak wywróconą".
Kokietuje wizytówką rzemieślnika, ale po spotkaniu z Grzegorzewskim kuszą go eksperymenty. Zaprosił do Narodowego Maję Kleczewską.Pomimo potyczek z Grzegorzem Jarzyną miał odwagę zasypać środowiskowe podziały, występując w jego "Teoremacie". Nie bał się zagrać życiowej katastrofy bohatera o statusie społecznym przypominającym jego własny. I odniósł sukces.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA