fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Luz pod Akropolem

Widok stłoczonych turystów czekających na możliwość wydostania się ze sparaliżowanego strajkiem portu w Pireusie i innych staje się ostatnio w Grecji coraz bardziej powszedni
Fotorzepa
Pesymiści prognozowali przed wakacjami, że kryzys finansowy i powracające fale strajków odstraszą od Grecji turystów, ale też zbiją ceny. Mieli rację tylko w tej pierwszej kwestii
W hali przylotów ateńskiego lotniska L. Venizelos stosy walizek i paczek, które wyraźnie nie poleciały razem z ich właścicielami. Na zewnątrz kolejka do taksówek, bo chyba tylko ich posiadacze doszli do wniosku, że szczyt sezonu turystycznego to nie czas na strajki.
Tak było w Atenach 29 czerwca. I wczoraj, kiedy największe centrale związkowe zorganizowały strajk generalny. Następny protest przeciwko rządowi Jeorjosa Papandreu, który uparł się, żeby przywrócić porządek w greckich finansach publicznych, zaplanowany jest na 14 lipca.
Nie pracują wtedy służby publiczne, staje transport, wyłączają się kontrolerzy lotów. W portach koczują ci, którzy mieli nadzieję, że uda im się popłynąć promem. Mogą wypłynąć, ale i tak nie dotrą do Aten, bo związkowcy zawsze starają się zablokować przystań promową w Pireusie.
[srodtytul]Mission impossible[/srodtytul]
Strajki są dotkliwe przede wszystkim w stolicy i Salonikach. 29 czerwca na Krecie wszystko funkcjonowało bez zarzutu, ale tam mieszkańcy doskonale pamiętają, że ponad 40 proc. ich dochodów to turystyka.
Nieoczekiwanie otwarty był Akropol, chociaż miał być zamknięty. Ale już blokowanie ulic przez demonstrujących uniemożliwiało poruszanie się po centrum miasta. Kciuki dłoni zwrócone w dół pokazywane przez demonstrujących turystom to kiepski pomysł na promowanie tej gałęzi greckiej gospodarki.
– To idiotyczne, co robią. Przecież cudzoziemcy, którzy wywiozą taki obraz Grecji, nigdy nie będą chcieli tu wrócić – złościła się Anna Anifanti z HATTA, Greckiego Stowarzyszenia Agencji Podróży i Turystyki. Miała trudne zadanie przekonania grupy zagranicznych dziennikarzy, że turyści w Grecji nadal są bardzo szanowani. Ale to mission impossible.
Ten niekorzystny klimat zmusił Greków do cięcia cen. – Czasami musimy obniżyć je nawet o 30 proc. – narzeka Konstantinos Brentanos, szef greckiej federacji zrzeszającej osoby wynajmującej turystom domy i mieszkania.
Ale to już się zmienia. – Wakacje w Grecji początkowo drastycznie taniały. Spadek cen dochodził nawet do 40 proc. na przełomie maja i czerwca. I tak było do końca czerwca. Teraz już zaczynają iść w górę – mówi „Rz” Andreas Smolarczyk, właściciel biura podróży Andytravel we Frankfurcie nad Menem obsługującego kilka krajów w Europie.
– Są ludzie, którzy zawsze będą chcieli pojechać do Grecji, bo to jest jedno z najpiękniejszych miejsc w Europie, jeśli nie na świecie – podkreśla Smolarczyk. – Oni znają Grecję, zaakceptowali specyficzną szorstkość Greków, ich obcesowy sposób traktowania turystów. I nie obawiają się kłopotów, bo wiedzą, jak się poruszać po tym kraju, nawet kiedy są utrudnienia komunikacyjne. Zresztą zazwyczaj jeżdżą na wyspy, a nie do Aten czy Chalkidiki – przekonuje. Radzi także zabezpieczyć się przed grecką drożyzną. – Warto w pakiecie wykupić jak najwięcej świadczeń, aby potem nie kupować ich na miejscu, bo wtedy robi się bardzo drogo. Tak samo jest we Włoszech, ale już w Hiszpanii i Portugalii inaczej – mówi. l przytacza doświadczenia niemieckiej turystki, od której na jednej z wysp wynajmujący leżaki zażądał dziennej opłaty w wysokości...120 euro.
[srodtytul]Kryzys ominął ceny[/srodtytul]
Jesteś Europejką, a wy musicie nam pomóc! – słyszałam wielokrotnie. W tym od przewodniczki, która dla naszej grupy zamówiła za mały autokar. – Niech reszta weźmie taksówki. Do centrum Aten kurs będzie kosztował z 35 euro. Jak podzielicie na trzy, nie wyjdzie drogo. Co to dla was!
Półlitrowa butelka wody mineralnej, żadnego tam perriera czy evian, w lodówce pokoju hotelowego kosztuje ponad 5 euro. Plus podwyższony VAT. Kanapka w barze przynajmniej 12 euro. Kawa w centrum Aten w zwyczajnym lokalu, bo przy tych cenach kultowe miejsca z widokiem na Akropol nie wchodzą w grę, to wydatek nawet 4 euro.
– Jak to możliwe – wściekam się – skoro za taką samą kawę w Lizbonie płacę pół euro, w Madrycie i Rzymie po 80 eurocentów, a pod katedrą w Mediolanie 1 euro? – To proste – tłumaczy mi jeden z siedzących przy stoliku. – Tam jak ktoś chce się napić kawy, wpada do baru, wypija, płaci i pędzi z powrotem do pracy. Wy po prostu nie potraficie żyć. Jak Grek idzie na kawę, zamawia ją, siada z przyjaciółmi, a potem rozmawia i pije przez cztery godziny. Tak można żyć.
W hotelowej recepcji pięciogwiazdkowego hotelu Westin pod Atenami słyszę, że bez opłaty mogę przedłużyć rezerwację pokoju tylko o godzinę. Za dwie godziny muszę zapłacić już 200 euro. Byłoby to zrozumiałe, gdyby hotel był pełen. Ale ponad połowa pokojów jest wolna. Przy tym cena wyjściowa nie była obniżona, chociaż – jak przyznał sam menedżer hotelu w liście, który wręczono mi w recepcji – standard nie jest taki, do jakiego przyzwyczaiła nas sieć Starwood Hotels.
Strajkowali bagażowi w hotelu. W barze na drinka czekało się dobre 20 minut. Ale rachunek dostawałam natychmiast. Za to pokój nie był sprzątnięty. Nawet gdy strajk się skończył.
Zdaniem Dimitrisa Fassoulakisa, którego spotykam w samolocie z Aten do Monachium, hotelowy biznes przestał się opłacać i hotelarze po prostu tną koszty i liczą każde euro. W jego kreteńskim hotelu Valley Village na początku lipca było 70 pokojów, z których tylko osiem było zajętych. Na resztę sezonu ma zarezerwowanych połowę.
Valley Village jest biznesem rodzinnym. Hotel wybudował ojciec Fassoulakisa, a pracują w nim jego dwaj bracia. – Gdyby tak nie było, dawno bym się tego pozbył – przyznaje Dimitris. Rok temu zaczął w Valley Village kapitalny remont. Nie jest w stanie go zakończyć, bo nie ma za co. O pożyczce bankowej na rozwój turystyki nie ma nawet co marzyć.
Ten kryzys widać również na przystaniach, gdzie jachty tkwią zaszyte w brezent. W zatoczkach, zazwyczaj o tej porze zatłoczonych, teraz po dwie – trzy łodzie. W restauracjach zamiast gwaru głosów urlopowiczów słychać śpiew ptaków i wydzierającego się na plaży rumuńskiego artystę, który w repertuarze ma jedynie „O sole mio”.
[srodtytul]Zmiana wizerunku?[/srodtytul]
Według oficjalnych danych strajki spowodują przynajmniej 15-proc. spadek przychodów z turystyki, które stanowią jedną piątą dochodów budżetu. Turystyka daje zatrudnienie 850 tys. Greków, z tym że większość z nich pracuje w tej branży nielegalnie, więc nie płaci podatków. Po majowym strajku, podczas którego spłonął bank w Atenach, posypały się rezygnacje z organizowania w Grecji konferencji i wyjazdów motywacyjnych. Tylko w maju zagraniczni turyści odwołali ponad 20 tys. noclegów w Atenach i podstołecznych kurortach.
Niemieckie media sugerowały w marcu, że Grecy najprościej pozbyliby się deficytu, sprzedając wyspy i Akropol. Grecy się oburzyli i obrazili na Niemców. Ale agencje nieruchomości prześcigają się w oferowaniu hoteli na sprzedaż – od położonych na małych wysepkach na Morzy Jońskim po Rodos, Kretę i Cyklady. Zdaniem dziennika „Kathimerini” oferta warta jest dzisiaj nie mniej niż 5 mld euro.
Grecy nawet nie dopuszczają do siebie myśli, że turyści skreślili ich kraj z listy wakacyjnych podróży. Wierzą, że rząd im pomoże, chociażby w zmianie wizerunku za granicą. Tylko jakby do nich nie docierało, że ten wizerunek mogą zmienić wyłącznie oni sami.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA