fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Koniec reżimu płynnego kursu?

Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
W Polsce potrzebne są odważne reformy i śmiałe decyzje. Nieformalna zmiana reżimu kursowego z pewnością była taką decyzją
Gdy 12 kwietnia 2000 roku Narodowy Bank Polski ogłaszał fundamentalną zmianę polityki kursowej, czyli odejście od korytarza walutowego na rzecz kursu płynnego, informowały o tym wszystkie media krajowe i wiele zagranicznych. Pamiętam, że „The Wall Street Journal” zamówił u mnie tego dnia artykuł na temat upłynnienia kursu i konsekwencji tej decyzji dla polskiej gospodarki.
Przez wiele lat kurs rzeczywiście był płynny z wyłączeniem transakcji, których dokonywał NBP z rządem i później z Komisją Europejską, skupując lub sprzedając waluty poza rynkiem. Ale te transakcje były postrzegane jako zgodne z polityką płynnego kursu walutowego. Następnie za czasów, gdy Mirosław Gronicki pełnił funkcję ministra finansów, rząd kilkakrotnie dokonywał transakcji walutowych na rynku, wykorzystując zmiany kursów walut do ograniczenia kosztów obsługi zadłużenia. Były też interwencje słowne premiera Donalda Tuska, który zapowiadał wymianę środków unijnych przez rząd na rynku walutowym zamiast w NBP, co potem nastąpiło. Ale te wszystkie wydarzenia były słusznie postrzegane jako krótkoterminowe, incydentalne działania mające na celu ograniczenie dynamiki zmian kursu, ale nie utrzymanie kursu na określonym poziomie.
[srodtytul]Zmiana nastawienia [/srodtytul] 9 kwietnia tego roku, a więc prawie dokładnie dziesięć lat po upłynnieniu złotego, NBP dokonał pierwszej interwencji walutowej, po kursie ok. 3,84 za euro. W komentarzach do tej interwencji walutowej analitycy skupili się na poziomie kursu, zakładając, że ten poziom będzie teraz istotny dla NBP przy kolejnych okresach umocnienia złotego. Mnie się wydaje, że ważniejszy od poziomu kursu był sam rocznicowy moment. Niedługo po interwencji NBP nakierowanej na osłabienie złotego złoty faktycznie osłabł – ale pod wpływem zdarzeń na globalnych rynkach finansowych – i Ministerstwo Finansów interweniowało na rynku walutowym, umacniając złotego po kursie ok. 4,20. Mamy zatem sytuację, w której obie strony ulicy Świętokrzyskiej (przy niej w Warszawie położone są NBP i resort finansów – red.) interweniują po obu stronach rynku, stabilizując kurs walutowy w wąskim przedziale ok. 10 proc. Przypomnijmy, że bezpośrednio przed upłynnieniem kursu w 2000 r. jego przedział wahań wynosił 30 proc. Prof. Witold Koziński, wiceprezes NBP, sugerował w niedawnej wypowiedzi, że mogła nastąpić przypadkowa zbieżność w czasie działań NBP i Ministerstwa Finansów. Mam nadzieję, że tak jednak nie było, ponieważ polityka kursowa to sprawa zbyt poważna, żeby podejmować przypadkowe i nieskoordynowane działania. W mojej ocenie doszło do znaczącej zmiany reżimu kursowego, gdzie odeszliśmy od systemu kursu płynnego, w którym decydującą rolę odgrywają rynek oraz gra popytu i podaży walut, i przeszliśmy do reżimu systemu kursu płynnego kierowanego, gdzie kluczową rolę odgrywają intencje rządu i banku centralnego utrzymania kursu walutowego w określonym przedziale wahań. Oczywiście zmiana reżimu kursowego miała charakter nieformalny, ponieważ gdyby dokonała się formalnie, to wymagałaby uchwały Rady Polityki Pieniężnej i Rady Ministrów oraz określenia formalnych granic wahań kursu walutowego, poza którymi NBP byłby zobowiązany do interwencji walutowych. Zatem formalnie nic się nie zmieniło, ale w praktyce mamy fundamentalną zmianę. Oczywiście granice nieformalnego korytarza wahań kursu nie są znane publicznie i mogą ulegać przesunięciom, co utrudnia działania spekulantom, którzy w przypadku stałych i oficjalnych granic być może chcieliby je przetestować. Ciekawe jest natomiast to, że mimo nieformalnej zmiany reżimu kursowego nie odbyła się na ten temat prawie żadna poważna debata w mediach ani w gronie ekonomistów, chociaż ta zmiana może nieść ze sobą bardzo poważne i daleko idące konsekwencje. [srodtytul]Co zdecydowało[/srodtytul] Ciekawe są również motywy, które doprowadziły do tej zmiany reżimu kursowego. Z pewnością argumentem nie było przygotowanie do wejścia do ERM2, czyli dwuletniego węża walutowego poprzedzającego członkostwo w strefie euro, ponieważ oficjalne komentarze nie wskazują na rychłe wejście Polski do ERM2. Wręcz przeciwnie – decydenci preferują poczekanie, aż przeminie kryzys fiskalny krajów południa Europy. To zresztą jest zgodne z obecnymi preferencjami społecznymi, ponieważ ludzie są wystraszeni widokiem strajków i zamieszek na ulicach Aten oraz widzą rosnące różnice dotyczące wizji przyszłej strefy euro między Niemcami i Francją, dwoma filarami eurostrefy. A szkoda, bo moim zdaniem strefa euro pozbiera się w ciągu dwóch – trzech lat i wyjdzie z kryzysu wzmocniona. Dlatego Polska powinna zaplanować ścieżkę ambitnych reform, obniżyć deficyt budżetowy poniżej 3 proc. PKB i wejść do strefy euro w 2014 r., co by wymagało członkostwa w ERM2 przed majem 2011 r. Warto się zastanowić nad takim scenariuszem, który może się dziś wydawać „outside-the-box”, ale przypomnę, że już raz mieliśmy taką – wydawałoby się nieprawdopodobną – szansę. W styczniu 2005 r. jako wiceprezes NBP przedstawiłem Radzie Polityki Pieniężnej analizę SWOT opracowaną przez grupę ekonomistów NBP, która pokazywała, że warto podjąć decyzję o wejściu do ERM2 przed majem 2005 r. Ta rekomendacja została wtedy odrzucona, a w zasadzie została potraktowana jako „ciekawostka intelektualna”, a potem się okazało, że gdybyśmy weszli wtedy do ERM2, to już 1 stycznia 2008 (!) roku moglibyśmy przyjąć euro, ponieważ spełniliśmy wszystkie warunki, poza zmianami w prawie i poza członkostwem w ERM2. A ponieważ do ERM2 weszlibyśmy w maju 2005 r. po kursie 4,12 zł za euro, a w ramach ERM2 nastąpiłaby pewna aprecjacja kursu, to prawdopodobnie kurs konwersji na euro wyniósłby ok. 4 zł, co byłoby korzystne dla gospodarki. Niestety, ta rekomendacja wydawała się wtedy decydentom zbyt kontrowersyjna. Tym bardziej teraz sugeruję poważne zastanowienie się nad scenariuszem głębokich reform w 2012 r. i wejścia do strefy euro w 2014 r. W takim scenariuszu obecna zmiana reżimu kursowego byłaby pożądana i prowadziła do uzyskania preferowanego kursu konwersji na euro. Innym motywem zmiany polityki kursowej mogło być przekonanie, że silne wahania kursu wpływają negatywnie na wzrost gospodarczy, co znajduje potwierdzenie w wynikach badań empirycznych. Jeszcze innym motywem po stronie Ministerstwa Finansów mogło być dążenie do ograniczenia relacji długu publicznego do PKB, ponieważ w wyniku umocnienia złotego ta relacja się obniża. Z kolei NBP mógł się kierować złożeniami polityki pieniężnej na 2010 r., w których przewiduje się możliwość interwencji walutowych jeżeli sprzyja to realizacji celu inflacyjnego. Jednak przez pewien czas NBP był niespójny w działaniach, ponieważ członkowie RPP zapowiadali podwyżki stóp procentowych, a zarząd NBP interweniował na rynku, osłabiając złotego. Interwencje w tym kierunku zapowiadają obniżki stóp procentowych. I rzeczywiście, niedługo potem Międzynarodowy Fundusz Walutowy rekomendował obniżki stóp i niektórzy członkowie RPP nie wykluczyli takiej możliwości. Niezależnie od motywów zmiany polityki kursowej warto się zastanowić nad możliwymi skutkami. Jeżeli firmy i gospodarstwa domowe się zorientują, że zakres wahań kursu jest znacznie mniejszy niż dotąd, co oznacza dużo mniejsze ryzyko kursowe, wówczas mogą zacząć korzystać z niżej oprocentowanych kredytów walutowych znacznie częściej niż w minionych kilku latach. Ten proces może przyspieszyć szczególnie w sytuacji, gdy złoty będzie blisko górnej granicy dotychczasowych interwencji, czyli przy kursie ok. 4,20. Masowe zaciąganie kredytów walutowych może zdestabilizować sektor finansowy i całą gospodarkę, obserwowaliśmy to na Litwie, Łotwie i w Estonii. Dlatego konieczne są odpowiednie kroki regulacyjne podjęte przez Komisję Nadzoru Finansowego, które ograniczyłyby takie ryzyko. Minimalny wkład własny w wysokości co najmniej 20 proc. dla wszystkich kredytów mieszkaniowych i wyższy dla kredytów walutowych to absolutne minimum, docelowo, gdyby mieszkaniowe kredyty walutowe stawały się bardzo popularne, należałoby w skrajnym przypadku rozważyć nawet całkowity zakaz ich udzielania gospodarstwom domowym. [srodtytul]Euro jak najszybciej[/srodtytul] Wydaje się, że nominacja prof. Marka Belki na prezesa NBP dobrze wpisuje się w logikę zmiany reżimu kursowego. Wielokrotnie byłem świadkiem, jak jako minister finansów i jako premier wyrażał zaniepokojenie, że nadmierne umocnienie złotego może wytrącić Polskę ze ścieżki szybkiego wzrostu gospodarczego. Dlatego nie oczekuję zmian w polityce kursowej po tej nominacji, złoty dalej będzie w systemie kursu płynnego kierowanego w pewnym preferowanym przez decydentów przedziale wahań. W 2005 r., gdy składałem RPP propozycję podjęcia decyzji o wejściu do ERM2 (którą musiałyby zaakceptować też kraje strefy euro) Marek Belka był premierem. Z racji braku decyzji w ramach NBP nie miałem wtedy kompetencji, żeby przedstawić tę rekomendację premierowi Belce. Miejmy nadzieję, że obecnie wszyscy decydenci mają bardziej otwarte głowy niż pięć lat temu na propozycje, które dziś mogą się wydawać karkołomne, ale za dwa – trzy lata będziemy żałowali, że poważnie ich nie wzięliśmy pod uwagę. Potrzebne są odważne reformy i śmiałe, strategiczne decyzje. Nieformalna zmiana reżimu kursowego z pewnością była taką decyzją. [i]Autor jest profesorem w Szkole Głównej Handlowej[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA