fbTrack

Sport

W górach nie ma bohaterów

ROL
Piotr Pustelnik. Był chorowitym dzieckiem, a mając 59 lat zdobył Koronę Himalajów. Pokazał, jak iść za marzeniem
Miał dziesięć lat i serce tak słabe po przebytych anginach, że lekarz uznał, iż chłopiec może nie przeżyć zabiegu wycięcia migdałków.
– Reumatoidalne zapalenie stawów sprawiło, że wyglądałem jak dziecko głodującej Afryki: chude rączki i nóżki, duża główka i brzuszek – opowiada Piotr Pustelnik. – Rosłem jak warzywko w szpitalach i sanatoriach. Matka, przedwojenna olimpijka w pływaniu, drżąc o jedynaka, chroniła go przed wysiłkiem. Nawet rower był zakazany. – Z powodu mojego dzieciństwa wyglądam raczej nietypowo jak na alpinistę. Musiałem robić wszystko wbrew swoim warunkom fizycznym.
Ćwiczył po kryjomu. W liceum zapisał się na judo. – Dostałem porządnie w kość, ale po roku zacząłem przypominać człowieka – śmieje się. [srodtytul]Na początku był spisek[/srodtytul] Co go popchnęło w góry? – Książka „Niepotrzebne zwycięstwa. Od Alp do Annapurny” francuskiego przewodnika Lionela Terray’a – mówi. – Była drogowskazem. Do najwyższych szczytów dochodzi się przecież przez pokonywanie niepotrzebnego. Na kursie w Łódzkim Klubie Wysokogórskim powiedziano mu, że jest niezdolny do uprawiania tego sportu. – Otaczali mnie przyjaciele matki – wspomina. – To był spisek. Oblałem egzamin. Uparł się. Szkolił się prywatnie, nietypowo wówczas. – Kolega poświęcił sezon w Tatrach, żeby nauczyć mnie wspinaczki. Zdał egzamin taternicki. W wieku 27 lat został instruktorem alpinizmu. Stan wojenny przeczekał, robiąc doktorat z chemii. Miał żonę i dwóch synów, gdy wyruszył w góry Azji. W Kaszmirze był pewien, że umiera. Poznał koszmar choroby wysokościowej. A jednak spodobała mu się szkoła samodzielności i fantazji, jaką było organizowanie wypraw w czasach pustych sklepów i zakazu kupna obcych walut. Wiadomość o śmierci ojca, profesora Politechniki Łódzkiej, zastała go w Pamirze w 1987 r. Dzięki życzliwości Rosjan dostał się w ciągu doby do domu. Zdążył na pogrzeb. Rok później, kiedy wrócił, Rosjanie rozpoznali go i dowieźli jego grupę wspinaczy na lodowiec poza oczekującą kolejką. Na Piku Korzeniewskiej (7037 m) stanął samotnie. [srodtytul]Dar od niebios[/srodtytul] – Nie zapomnę wrażenia, jakie zrobił na mnie głos, który trzy lata później usłyszałem w słuchawce. Trzęsły mi się ręce. Wanda Rutkiewicz poinformowała go, że jadą razem na ekspedycję na Gasherbrum w Karakorum Pakistanu. Tak rozpoczął karierę w najwyższych górach. Miał 39 lat. – Byłem uważany za najsłabsze ogniwo zespołu. Nie liczono na mnie. Nie musiałem pokazywać, co potrafię. To było wygodne. Wiatr i głęboki śnieg sprawiły, że partnerzy zrezygnowali z ataku na szczyt. Wtedy wezbrała w nim sportowa złość. Poszedł sam. – Wspinałem się w Tatrach solo. Dlaczego tu miałbym nie potrafić? – pomyślał. Na wierzchołek Gasherbruma II (8035 m) dotarł we mgle. – Dostałem dar od niebios. Chmury się obniżyły. Stałem ponad białym morzem, z którego wyłaniała się tylko piramida K2. Wpadłem w panikę: cholera, co ja będę dalej robił w życiu? Przekroczyłem magiczną barierę 8000 m. Nie ma dziewięciotysięcznika. Coś się skończyło. Zejście było gehenną: porwała go lawina, napotkał zwłoki alpinisty, wpadł do jeziorka na lodowcu. Potem rok po roku zdobywał ośmiotysięczniki, w 1993 r. dwa na jednej wyprawie. Z Krzysztofem Wielickim wszedł na Cho Oyu (8201 m) nową drogą, a później pokonali trudną trasę na Shisha Pangma (8021 m). Wrócił też na szczyt Gasherbruma II, wchodząc w ciągu 23 dni także na Gasherbrum I (8068 m). Pierwszy atak na K2 (8611 m) się nie powiódł. Jego partner poszedł do góry, a on sprowadzał wyczerpanego alpinistę włoskiego. Zdążył jednak wejść na szczyt. Polski Komitet Olimpijski dał mu nagrodę Fair Play. Miał szczęście. Z wierzchołka Manaslu porwał go z kolegą wiatr i cisnął 300 m niżej. Na jednej z wypraw na Broad Peak (8048 m) pękła lina poręczowa i spadł pół kilometra. Połamał żebra, pozrywał ścięgna. Koledzy go uratowali. Na innej wyprawie on ratował kolegę, który złamał nogę. Na szczyt Broad Peak wszedł dopiero za czwartym razem. [srodtytul]Nagroda i cierpienie[/srodtytul] Stale podnosił poprzeczkę. Ogłosił projekt Trzech Koron: zdobycia Korony Himalajów – 14 ośmiotysięczników; Korony Ziemi – najwyższych szczytów kontynentów i drugich co do wysokości, co nazwał Koronką Ziemi. Od czterech lat do Korony Himalajów brakowało mu tylko Annapurny (8091 m), góry kruchej, zdradliwej, która uśmierciła wielu znakomitych alpinistów. Zorganizował na nią pięć wypraw. Na jednej z nich z Piotrem Morawskim weszli na niższy wierzchołek (8010 m) i zawrócili, by ratować oślepłego wspinacza tybetańskiego. Wielodniowa akcja sprowadzania granią obcego alpinisty należy do najpiękniejszych kart himalaizmu. Piotr znów otrzymał nagrodę Fair Play. – Czy łatwiej jest zachowywać się fair w górach, czy na nizinach? – zapytałam go przed wylotem na ostatnią wyprawę. Na lotnisko odprowadzała go nowa towarzyszka życia, matka niespełna dwuletniego synka. Starsi synowie, 33- i 27-letni należą do czołówki polskich skalnych wspinaczy. – W górach nie ma bohaterów – odpowiedział. – Są tylko ludzie, którzy wykonują wewnętrzny imperatyw. Na nizinach łatwiej sprowokować drugą osobę do łez i cierpienia. Góry mi uświadomiły, że nie potrafię sobie znaleźć jednego miejsca na ziemi. Chciałbym je mieć. Wydaje mi się szczerze, że znajduję to miejsce, a potem ruszam dalej. Dużo krzywdy wyrządziłem bliskim, którym tak wiele zawdzięczam. Ciężko mi o tym mówić. Annapurny się nie bał. – Mam wrażenie, że droga od północnej strony jest dla mnie, na moje umiejętności. Jeśli wejdziemy tamtędy na szczyt, nazwę się najbardziej zidiociałym dupkiem, jakiego w himalaizmie widziano, bo powinienem od tej drogi zacząć, a nie nią kończyć walkę o koronę – powiedział Piotr, wylatując na ostatnią wyprawę. We wtorek, 27 kwietnia, stanął na szczycie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL