fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Futrzaste bydlę, które gryzie i patroszy

"Zmierzch"
Materiały Promocyjne
Trwa moda na filmy o wampirach. Inne potwory nie mają tyle szczęścia do kina. Na przykład wilkołak, o którym opowiada reżyser Joe Johnston.
Bestie przeżywały złoty okres w latach 30. i 40. ubiegłego stulecia. To wtedy powstały w Hollywood słynne opowieści grozy o Draculi, Frankensteinie i wilkołaku. Straszyły, a jednocześnie pokazywały walkę człowieka z samym sobą.
Rosnąca popularność freudowskiej psychoanalizy jeszcze bardziej podsycała zainteresowanie filmowymi potworami, które okazywały się nie tyle uosobieniem zła, ile ofiarami targających nimi emocji i instynktów. Współczesne fabuły o monstrach inaczej rozkładają akcenty. To już nie są filmy o wyobcowaniu i zmaganiu ze swoim „ja”, ale historie o pokonywaniu ograniczeń własnej egzystencji.
Wampiry fascynują, bo nie poddają się działaniu czasu. Zachowują urodę, siłę i apetyt na życie, choć są chodzącymi trupami. Wystarczy popatrzeć na Edwarda Cullena ze „Zmierzchu”, aby przekonać się, jakie wampiry są obecnie na topie. Grający go Robert Pattinson jest gładki niczym chłopak z boysbandu, a przy tym rycerski wobec damy swego serca. Owszem, drzemie w nim coś mrocznego, ale Cullen nie ulega popędom. To superbohater a nie drapieżca, który nie potrafi nad sobą zapanować.
Na tym tle „Wilkołak” Joe Johnstona — remake klasycznego horroru z 1941 roku — razi brakiem pomysłu na odświeżenie wizerunku bestii.
W filmie jest to po prostu futrzaste bydlę, które gryzie i patroszy wszystkich dookoła. W tym sensie przypomina sadystycznych psychopatów z amerykańskich thrillerów w stylu „Piły”. Tyle że zamiast noża lub tasaka dysponuje zestawem wielkich kłów i zakrzywionych pazurów.
Twórcy sugerują, co prawda, że ich bohater jest rozdarty wewnętrznie. Lawrence Talbot (w tej roli Benicio del Toro), który wraca z Ameryki do rodzinnej posiadłości w Wielkiej Brytanii i zostaje pokąsany przez wilkołaka, nie wie, czy jeszcze jest człowiekiem, czy już bestią. Jednak ten psychologiczny trop zupełnie reżysera nie interesuje. Skupia się przede wszystkim na pokazaniu fizycznej przemiany Talbota w monstrum, ale podobne efekty specjalne można oglądać w co drugim horrorze.
Joe Johnston miał w ręku znakomity materiał na opowieść o przekraczaniu ról przypisanych ludziom przez naturę, co prowadzi do obłędu. Zrobił natomiast prymitywne kino akcji i w istocie ukatrupił filmowy mit o wilkołaku. Wątpię, by po jego wybryku jakikolwiek inny reżyser miał ochotę wracać do historii o krwiożerczej bestii.
Wampiry mogą spokojnie grasować po ekranach. Żadne inne monstrum nie zagrozi ich popularności.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA