fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Kto polubi poniedziałek

Kamil Stoch ma być drugim obok Adama Małysza filarem polskiej drużyny
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Dzisiaj zakończenie olimpijskiej rywalizacji skoczków. Porażka Austriaków byłaby sensacją. Simon Ammann nie wystąpi dziś w konkursie drużynowym, bo Szwajcarzy nie
Austriacy nie powinni się bać. Simon Ammann nie wystąpi dziś w konkursie drużynowym, bo Szwajcarzy nie mają drużyny.
Czy zespół, który ma w składzie Gregora Schlierenzauera (trzeci na dużej skoczni), Andreasa Koflera (czwarty), Thomasa Morgensterna (piąty) i Wolfganga Loitzla (dziesiąty), musi się kogoś obawiać? Jeszcze nie tak dawno Alexander Pointner, trener Austriaków, wzruszyłby tylko ramionami, słysząc takie pytanie. Pozycja jego drużyny od dawna jest niezachwiana, trudno wprost było sobie wyobrazić, że ktoś inny niż Austriacy może zdobyć złoty medal. Pointner ma jeszcze Martina Kocha, którego może wstawić do zespołu zamiast najsłabszego w sobotnim konkursie Loitzla.
Ale gorszy, niż oczekiwano, występ austriackich asów w Whistler, tylko dwa brązowe medale Schlierenzauera w rywalizacji indywidualnej, mógł nadszarpnąć ich morale i sprawić, że inni, szukając swojej szansy, będą atakować odważniej. Adam Małysz i trener polskiej reprezentacji Łukasz Kruczek stawiają jednak na Austriaków.
[wyimek]Simon Ammann trzeciego złota nie zdobędzie, bo Szwajcarzy nie mają drużyny[/wyimek]
– Nikt nie ma tak wyrównanego składu, Pointner może być spokojny. Wygrają pewnie konkurs drużynowy, tak jak Ammann indywidualne – twierdzi Kruczek, który zadecydował, że czwartym w naszej drużynie - obok Małysza, Kamila Stocha i Stefana Huli – będzie Łukasz Rutkowski, a nie Krzysztof Miętus.
Świetna forma Małysza oraz równe skoki Stocha i Huli, którzy w sobotę zajęli odpowiednio 14. i 19. miejsce, dają nadzieję na dobry występ Polaków. Jeśli Rutkowski nie zawiedzie, może być ciekawie.
Przed rokiem podczas mistrzostw świata w Libercu niewiele brakowało, by nasi skoczkowie stanęli na podium, choć wcześniej oprócz prezesa Apoloniusza Tajnera nikt na to nie liczył. Ostatecznie zajęli czwarte miejsce, które rozbudziło olimpijskie nadzieje.
W tym sezonie piąte miejsce drużyny w Kuusamo zadziałało podobnie, a w Lillehammer po konkursie indywidualnym, w którym Małysz był trzeci, Stoch siódmy, a Miętus 12., szybko obliczono, że drużynowo nasz zespół byłby pierwszy, przed Austriakami. Później nadzieje malały, bo poza Małyszem trenowanym indywidualnie przez Hannu Lepistoe reszta skakała słabo.
Małysz wierzy, że dziś będzie inaczej, że jego dalekie skoki wyzwolą w młodszych kolegach dodatkowe siły. – Jeśli skoczą tak jak potrafią, a ja dołożę swoje, może być dobrze.
Trener Kruczek o szansach nie chce mówić. Ten konkurs jest najważniejszym egzaminem dla niego. To on trenuje kadrę, to jego będą rozliczać za wynik.
Kandydatów do miejsc na podium jest sporo. Na pewno są w tym gronie Norwegowie, choć jeśli zawieje z tyłu, to Anders Jacobsen, Johan Remen Evensen i prawdopodobnie Tom Hilde będą mieć problemy. Mika Kojonkoski ma w odwodzie Bjoerna Einara Romoerena, ale to typowy lotnik, lubi wiatr pod narty, tylko wtedy lata daleko.
Niepewna jest dyspozycja Finów. Kontuzjowany Janne Ahonen zrezygnował ze startu w drużynie, nierówni są Harri Olli i Matti Hautamaeki. Może więc Niemcy z Michaelem Neumayerem i Michaelem Uhrmannem będą bliżsi medalu.
Dzisiejszy konkurs drużynowy zamyka olimpijską rywalizację skoczków narciarskich. We wtorek wyjeżdżają do domu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA