Plus Minus

Kino

Mieczysław Frenkiel
narodowe archiwum cyfrowe
Moje pierwsze kino to Urania przemianowana potem na Los. Mieściło się opodal gmachu Resursy Obywatelskiej. Rano odbywały się tu wykłady prawa rzymskiego Wydziału Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Ojciec wykładał, więc woźni mnie znali.
Kiedy mama, zaniepokojona moją nieobecnością, zaczynała pod wieczór poszukiwania, woźni pogodnie odpowiadali: „Pani profesorowo, Andrzejek już trzeci seans siedzi w kinie”.
Kino nędzne, z przerwą na zmianę szpuli (czyli aktów). Widziałem tu co najmniej dwa arcydzieła – podaję tytuł oryginalny – „The Passion of Joan d’Arc” w reżyserii Dreyera z 1928 roku z Renée Falconetti w roli tytułowej i „Żelazną maskę” z 1929 z Douglasem Fairbanksem ojcem. Modne wtedy było wirażowanie, to znaczy kolorowanie taśmy, na przykład dzień słoneczny był na różowej taśmie, a noc na niebieskiej.
Gdybym pisał „Krótką historię kina polskiego”, podzieliłbym ją na kilka etapów: 1. Dymszowaty – głupie, ale śmieszne komedie, na które chodziła kuchnia. Nikt z towarzystwa – oprócz Słonimskiego – nie zaglądał. Kiedy moja nauczycielka, panna Nowakowska, zabrała mnie do kina, z prośbą o pozwolenie na pójście na polski film dzwoniła do mamy. Byli to „Ułani, ułani, chłopcy malowani” (1932), ale za to jedyny raz w życiu zobaczyłem Mieczysława Frenkla. 2. Socrealizm zadekretowany przez Sokorskiego na zjeździe filmowców w Wiśle w 1948 roku. 3. Arcydzieła literatury – filmy historyczne/okres wajdowski. 4. Okres społeczny – KMN, czyli kino moralnego niepokoju albo kino moralnej nudy. 5. Buchalteryjny, czyli rozrachunkowy – ubecka pornografia. Kina zrobiły się światowe. Szczególne wrażenie zrobiła na mnie para – oglądana w Sali Platinum kina Silver Screen na warszawskim Mokotowie – która w czasie głodu w getcie w filmie „Pianista” kazała sobie podawać indyka z szampanem. Także dzisiaj jest kino dla kuchni – komedia romantyczna. Towarzystwo jej nie ogląda. W szkole powszechnej chodziłem do jednej klasy z właścicielem kina Światowid, róg Marszałkowskiej i Złotej, kolegą F. Poprosiłem go kiedyś o bilet. Dał mi, choć był skąpy. Nazajutrz, kiedy mu dziękowałem, F. powiedział z akcentem z ulicy Bielańskiej: „Ciekawe, a ja myślałem, że ten bilet jest już nieważny”. Kino się skończyło. Najbardziej lubię oglądać filmy na laptopie, z żoną, z kieliszkiem w ręku. Przeważnie zasypiam pod koniec pierwszego aktu. Zabawne – film w TV jest już anachroniczny, poza tym, gdzie moglibyśmy się zachwycić spaghetti westernem z Clintem Eastwoodem. Co prawda, żona woli von Triera. A ja czekam na filmy w komórce. Chyba już niedługo.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL