Publicystyka

Gra o Sejm

Piotr Gursztyn
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Olechowski ma ostatnią szansę, by nie pozostać w historii jako nieudacznik. Jeśli będzie pracowity i zdeterminowany, może sporo osiągnąć dla siebie i dla Stronnictwa Demokratycznego
Nie zostanie prezydentem. Pewnie nie wejdzie nawet do drugiej tury. Nie znaczy to jednak, że należy Andrzeja Olechowskiego lekceważyć. Jeśli wbrew swej dotychczasowej naturze wykorzysta sprzyjające mu okoliczności, może sporo zmienić w polskiej polityce.
[srodtytul]Duży chłopiec [/srodtytul] Olechowski jest lekceważony przez większość dziennikarzy, publicystów i politologów. Co charakterystyczne, nie jest lekceważony przez niektórych polityków. Niech nie zmylą nas wygłaszane z poczuciem wypracowanej wyższości stwierdzenia, że to kandydat egzotyczny. Czasem jednak wymykają się komuś bardziej nerwowe, przez to szczere słowa. Włodzimierz Cimoszewicz nazwał ostatnio Olechowskiego dużym chłopcem. Może to wyraz zazdrości, że to Olechowski, a nie on odważył się stanąć do konkursu o pozycję tzw. trzeciego kandydata. Tego, który ma rzekomo wyrwać Polskę z fatalnego klinczu między Donaldem Tuskiem a Lechem Kaczyńskim.
Jerzy Wenderlich z SLD wyśmiał ostatnią deklarację Olechowskiego, że ten stał się socjaldemokratą. Owszem, salonowy lew Olechowski, zalecając się do "szarego człowieka", śmieszy. Ale w głosie Wenderlicha można usłyszeć też niepokój, że ktoś wyrwie jego partii ostatnich wiernych lewicy wyborców. Że powędrują oni w stronę centrum – tak jak w poprzednich wyborach, gdzie minimum kilkaset tysięcy Polaków o lewicowej wrażliwości zagłosowało na PO. Ale także Platforma podejrzewa, że Andrzej Olechowski nie zabierze wyborców Kaczyńskiemu. Stefan Niesiołowski mówiący o Olechowskim, iż jego udział w wyborach to "propisowska dywersja", a sam kandydat jest "nierzetelny, niewiarygodny, bez talentu i mówiący banały", doskonale egzemplifikuje ten niepokój. Nawiasem mówiąc, tego typu ataki na Olechowskiego mogą dać mu nawet kilkuprocentowe zwyżki w sondażach. Szczególnie gdy ktoś przypomni, że wtedy, gdy był on współzałożycielem Platformy, obecny wicemarszałek Niesiołowski prezentował się jako jeden z najgorętszych krytyków nowo powstającego ugrupowania. Warto zresztą wrócić do tamtego momentu, bo na wspomnieniach z czasów narodzin PO prawdopodobnie opierają się dzisiejsze kalkulacje Olechowskiego. Z pewnością jest to podstawa planu bezpośredniego zaplecza kandydata – Pawła Piskorskiego i jego współpracowników. Jesienią 2000 r. Andrzej Olechowski zdobył w wyborach prezydenckich 17,3 proc. głosów. Zaledwie trzy miesiące później na fali entuzjazmu wywołanego jego sukcesem powstała Platforma Obywatelska. Uczestnikiem tamtego wydarzenia byli i Olechowski, i Piskorski. Ten drugi wziął wówczas na siebie ogromny ciężar organizacji nowego ugrupowania. Był tym, kim dziś jest (lub jeszcze niedawno był) Grzegorz Schetyna. [srodtytul]Klub pragnących zemsty [/srodtytul] Wystawienie prezydenckiego kandydata po to tylko, by ugrał kilkanaście procent głosów, jest zrozumiałym pomysłem. Tak nową partię próbował budować Kazimierz Ujazdowski, namawiając Rafała Dutkiewicza do startu w wyborach. Jednak Dutkiewicz, któremu ktoś dał do zrozumienia, że jednak bezpiecznym dla niego miejscem jest wyłącznie Wrocław, wycofał się, więc Polska XXI (obecnie Polska Plus) straciła raczej szansę na przekroczenie 5-proc. progu. Podobną taktykę ma także kierownictwo SLD. Jerzy Szmajdziński ma za zadanie nie tyle zdobycie Pałacu Prezydenckiego, ile wyrwanie Sojuszu Lewicy z sondażowego dołka. Plakaty z wyeksponowanym dużym logo SLD będą wisiały w całej Polsce także w czasie przyszłorocznych wyborów samorządowych. Jeśli Sojusz dobrze w nich wypadnie, to jest prawdopodobne, że poprawi swoje wyniki w wyborach parlamentarnych 2011 r. Jest oczywiste, że właśnie taki plan ma Paweł Piskorski – choć oficjalnie musi mówić co innego. Według zapewnień jego współpracowników już teraz zgłaszają się ludzie deklarujący chęć pracy przy kampanii Olechowskiego. Wśród nich ma być wielu byłych działaczy PO i nieboszczki Unii Wolności. Uwzględniając propagandową przesadę takich zapewnień, nie można stwierdzić, że to niemożliwe. W całej Polsce nie brakuje działaczy samorządowych poszukujących politycznego patrona, niemogących dogadać się z żadną z czterech obecnych partii parlamentarnych. Każda z partii ma też swoich dysydentów liczących na zaistnienie w nowym rozdaniu. Dobrym przykładem są rozmowy Pawła Piskorskiego z Arturem Balazsem. Jego Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe można nazwać partią kanapową, ale wiadomo, że sam Balazs jest postacią ustosunkowaną i dysponującą znaczącym zapleczem finansowym. Rozmowy Piskorskiego z Balazsem są tym łatwiejsze, że obaj należą do tego samego "klubu" – ludzi pragnących zemsty na Donaldzie Tusku. Olechowski w sondażu Homo Homini przeprowadzonym 19 grudnia, czyli dwa dni przed oficjalną deklaracją startu, uzyskał 16 proc. poparcia. Gdyby w wyborach parlamentarnych 2011 r. tyle głosów uzyskało Stronnictwo Demokratyczne, to Piskorski wprowadziłby do Sejmu pewnie z setkę posłów. Stałby się znów pierwszoligowym politykiem. [srodtytul]Wiejskie call center[/srodtytul] Jednak przy opisywaniu szans Andrzeja Olechowskiego i idącego za nim Piskorskiego kluczowe słowo brzmi: "jeśli". Dlatego warto się zastrzec, że obecne 16 proc. Olechowskiego może być powtórzeniem casusu Hanny Gronkiewicz-Waltz z wyborów 1995 r., gdzie z 40-proc. poparcia w kampanii zjechała do kilku procent głosów. Słowo "jeśli" będzie kluczem do całej kampanijnej aktywności Olechowskiego. Może sporo osiągnąć dla swojej partii – bo choć nie jest członkiem SD, to zasiada w jego radzie programowej – jeśli będzie pracowity i zdeterminowany. Jeśli przełamie swoją awersję do bycia "mleczarzem" – czyli zacznie wcześniej wstawać, niż zwykł do tej pory. Co ostatnio nawet mu się udało i był w kilku porannych rozmowach radiowych. Słowo "jeśli" odnosi się też do jego umiejętności komunikowania się z wiecową publiką. Niewiele wiadomo, jak z tym Olechowski sobie radzi. Wiadomo za to, że bardzo dobrze wiecowanie idzie Tuskowi, Kaczyńskiemu, a także Szmajdzińskiemu. Każdy z nich uczestniczył już w kilkunastu kampaniach. Olechowski tylko w dwóch i też nie wiadomo, czy jest równie odporny na jej trudy jak jego konkurenci. Nie popełni gaf, jeśli powściągnie swoją tendencję do rzucania bon motów. Zapytany przez rolników w kampanii 2000 roku, jaki ma program dla wsi, odpowiedział, że słyszał o świetnym pomyśle, który zrealizowała pewna indyjska bądź malezyjska wioska. Rolnicy z niej przestali uprawiać niedochodowy ryż i założyli call center. To zresztą kwestia poważniejsza. Nie wiemy nic o programie Olechowskiego oprócz tego, że jest kandydatem "obywatelskim". Nie jest wprawdzie tak, że przeciętny polski wyborca jest szczególnie przywiązany do merytorycznych prezentacji programów. Jednak w czasie debat i wywiadów mogą się zdarzyć kompromitujące odpowiedzi świadczące o pustce w głowie kandydata. Pustce w sensie przemyśleń politycznych, nie ogólnego intelektu, bowiem nikt nie odmawia inteligencji Olechowskiemu. Nie wiemy też, na ile Olechowski jest odporny na ataki i prowokacje. Tusk, Kaczyński i Szmajdziński przeżyją prawie wszystko. A czy Olechowski przeżyje swoją sprawę Jaruckiej? Albo jak się zachowa, gdy ktoś mu odkryje jakiegoś "dziadka z Wehrmachtu"? Przypadek Dutkiewicza pokazuje, że naciski "pozapolityczne" będą stosowane na kandydatów zakłócających grę na linii Tusk – Kaczyński. To chyba zasadnicza słabość Olechowskiego – w oczach wyborców nie jest on politykiem zdeterminowanym. Można go podejrzewać, że w pewnym momencie mocno obrażony zabierze swoje zabawki i pójdzie do domu. Wtedy setki lub tysiące współpracowników zostaną same, miliony złotych wylądują w błocie. Podobnie jak było pięć lat temu z kampanią Włodzimierza Cimoszewicza. [srodtytul] Zaskakująco stanowczy [/srodtytul] Współpracownicy Olechowskiego zapewniają, że nie trzeba było go ciągnąć za uszy do startu w wyborach. Podobno jest zaskakująco stanowczy. Determinacji musi mu starczyć na całą kampanię, czyli jeszcze dziesięć miesięcy. Można założyć, że 62-letni Olechowski traktuje tę okazję jako ostatnią szansę, by nie pozostać w historii jako nieudacznik. Widać też, że przez wielu wyborców jest przyjmowany z dużą nadzieją, jako ktoś, kto przełamie zblokowany obecnie układ polityczny. Entuzjazm niektórych politologów i dziennikarzy – np. prof. Kazimierza Kika czy Tomasza Lisa – jest tego nie tylko przykładem, ale i deklaracją poparcia. Olechowski może potraktować to jako kolejny atut. Być może on sam wierzy, że wejdzie do drugiej tury, a potem stanie się cud. Choć przecież nie chodzi o to, czy wygra, czy przegra w wyborach prezydenckich. Gra idzie o wybory parlamentarne. Dlatego dopiero w 2011 roku będzie można ocenić, czy start Andrzeja Olechowskiego miał polityczny sens. [ramka][i]Autor był dziennikarzem i publicystą m.in. Polsatu i "Dziennika". Obecnie współpracuje z "Rzeczpospolitą"[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL