Styl życia

Kto lubi święta

O tym, co nas najbardziej frustruje, i czy musimy się na święta poświęcać – mówi psycholog i psychoterapeuta Paweł Droździak
[b]Rz: Lubi pan święta?[/b]
[b]Paweł Droździak: [/b][uśmiech] [b]Gabinet się zapełnia przed Bożym Narodzeniem?[/b]
Wiele osób dostrzega, że ich życie znacznie odbiega od reklamy coca-coli. Takie myśli wywołują coś na kształt depresji. [b]Nie ma sielanki?[/b] Nie ma. Jest taki stereotyp, że osoba cierpiąca psychicznie w czasie świąt to ktoś całkowicie samotny. Tymczasem w rzeczywistości wcale nie tak łatwo znaleźć ludzi naprawdę do końca samotnych, za to cierpiących w święta jest dużo więcej. I większa część z tych osób to ludzie spędzający Boże Narodzenie nie tyle w osamotnieniu, ile w układach, które ich nie satysfakcjonują. Coraz więcej ludzi funkcjonuje na przykład w kilku rodzinach, w rozmontowanych związkach, „rodzinach patchworkowych”. Mają po kilkoro dzieci z różnych związków, wszędzie są po trochu, nigdzie niezakotwiczeni naprawdę. Starsze pokolenie wymusza tradycyjne spędzanie świąt, przy rodzinnym stole. Trzeba się naginać, udawać, by zaspokoić interesy rodziców, dzieci, teściów, żeby nikt nie poczuł się dotknięty czy pominięty, a to męczące. [b]Ludzie uświadamiają sobie, w jakiej są nieuporządkowanej życiowo sytuacji i dlatego źle czują się ze świętami, które gloryfikują jedność, świętość, rodzinność, ciągłość...[/b] Są też tacy, którzy wprawdzie jakoś te ciągłość utrzymują, ale z coraz większym trudem. Bo wcale z nią im nie jest tak wygodnie, jak to sugeruje kino familijne. Tam w końcu zawsze duch świąt wszystkich jednoczy. W życiu to nie zawsze możliwe. Ale wiele osób wierzy, że powinno być możliwe, a skoro się nie daje, to coś z nimi nie tak. [b]Nie lubimy świąt, bo musimy zajmować się emocjami, o których na co dzień wolimy nie rozmyślać?[/b] Charakter świąt Bożego Narodzenia i związanych z nimi tradycji wywodzących się jeszcze sprzed chrześcijaństwa, wymagają, byśmy byli w gromadzie, razem. Chodzi o łączność pokoleń, o którą kiedyś było łatwiej. [b]Puste miejsce zostawiało się dla ducha przodka. Bo oni też byli ważni.[/b] Dla większości współczesnych mieszkańców miast przodkowie są raczej kimś odległym. Gdy pytamy kogoś, kim byli i co robili pradziadek, prababcia – nie wiedzą. Nie ma ciągłości. Więc ten dodatkowy talerz może dziś być i dla nieznajomego, i dla przodka, którego w równym stopniu nie znamy. [b]Stół naprawdę łączył pokolenia.[/b] Jest oczywiste, że to, co może najskuteczniej łączyć, to podobny typ doświadczeń. Na przykład podobny typ pracy, używanie tych samych pojęć i dzielenie wspólnej przestrzeni. Tymczasem dziś geograficznie jesteśmy w innych miejscach, często w innych miastach a nawet krajach. Poszczególni członkowie rodziny mają typ pracy zupełnie odmienny, a bywa, że i status materialny znacznie się różni. [b]Więc gdy się spotykamy na święta, to nie ma o czym rozmawiać?[/b] Mówienie jest zwykle rodzajem dowodu na to, że jest jakaś łączność. Wiele rodzin zebranych przy stole, niestety, faktycznie nie ma o czym rozmawiać. Dlatego świąt unikamy, nie lubimy, bo musimy udawać, że jest inaczej. Łączy nas puszczany 15. raz w TV „Kevin sam w domu”. O tym możemy rozmawiać, bo to wszyscy znamy. [b]Święta są jeszcze dla nas ważne? [/b] Trudno uogólniać. Ale jest faktem, że biura turystyczne mimo kryzysu przeżywają w tych dniach coraz większe oblężenie. Coraz więcej słyszy się o tym, że ktoś robi święta głównie dla dzieci. Jako święto rodziny, pokrewieństwa i dzieciństwa. Tylko trudno nam się w pełni tym cieszyć, bo coraz więcej osób żyje w relacjach nieopartych na pokrewieństwie. W tym przekonaniu, że to właśnie dzieci tego potrzebują, jest być może inne przekonanie – że to właśnie dzieci potrzebują rodzin, natomiast dorośli mogą się swobodnie bez nich obyć. Dorośli przecież „nie wierzą w Mikołaja". [b]Gdybyśmy nie mieli dzieci, nie byłoby świat?[/b] Mogłoby się tak stać. To jest trochę taki drugi Dzień Dziecka. Niewiele jest tak zintegrowanych rodzin, które naprawdę te święta przeżywają. [b]Trochę to smutne, że z Radosnej Nowiny został w niektórych domach tylko teatr, żeby nie powiedzieć szopka. Żeby tego nie przeżywać uciekamy do Tunezji lub na inną egzotyczną wycieczkę?[/b] Coraz chętniej i częściej. Zwłaszcza młode osoby, które nie chcą tego wszystkiego przeżywać, są sfrustrowane. I uciekają. Często przed krytyką ich życiowych wyborów czy ogólnie całego stylu życia, jakie im serwuje starsze pokolenie. Niektórzy nawet kredyt są w stanie na to zaciągnąć. [b]I podczas świąt też pewnie pojawią się pytania od rodziny: jak w pracy? Trzeba się wykazać jakimś awansem, sukcesem… Czy my w ogóle możemy powiedzieć rodzicom i dziadkom, że nie chcemy o czymś rozmawiać? Czy musimy siedzieć cicho i się przemęczyć, bo są święta?[/b] Można próbować asertywności. Kłopot w tym, że pewne treści wyrażane są nie wprost, np. bezdzietnemu małżeństwu może ktoś opowiadać o radości płynącej z posiadania potomstwa jakiejś pary w rodzinie czy najbliższym otoczeniu. Można też udawać, że się nie słyszy. [b]I poświęcać się?[/b] No to można wyjechać do Tunezji. [b]A może wystarczyłoby wypuścić trochę powietrza z tych nadmuchanych baloników? Nie doganiać wyimaginowanej idealnej Wigilii?[/b] Dobrze byłoby nie wzmacniać „męczennicy świątecznej”, która „musi” ponieść ofiarę i ulepić 200 pierogów, opowiadając przy tym, jak straszliwie tym jest umęczona. Lepiej zrobić mniej pierogów, za to więcej posiedzieć i porozmawiać z rodziną. Chyba że (a tak też bywa) to robienie pierogów jest właśnie sposobem, by nie siedzieć i nie rozmawiać. No to jak już to wiemy, to mamy świadomy wybór. [b]Mamy prawo pomyśleć o sobie, po prostu odpocząć, a nie tylko zadowalać innych i żyć zgodnie z ich oczekiwaniami?[/b] Jeśli nie mamy ochoty spędzać Wigilii z rodzina, to mamy pełne prawo się nie poświęcać i tego nie robić. Trzeba zadbać o innych, ale warto też czasem zadbać o siebie.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL