Teatr

Szalony trans Czechowa

„Sztuka bez tytułu"
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
„Sztuka bez tytułu" w reżyserii Agnieszki Glińskiej we Współczesnym to jeden z najlepszych spektakli 2009 roku
Samowar czy fontanna? – oto jest pytanie. Najważniejsze dla każdego reżysera młodzieńczej sztuki Czechowa o hamletyzującym wiejskim nauczycielu, który komplikuje życie rodziny oraz przyjaciół. Chodzi o to, czy zagrać spektakl nastrojowo czy farsowo i melodramatycznie.
Agnieszka Glińska zdecydowała się na kostiumową farsę przechodzącą w melodramat. Fontanna na środku sceny jest jak symbol. Reżyserka nie czeka, by emocje bohaterów zawrzały w ostatniej chwili. Spektakl od pierwszej sekundy biegnie jak wartki strumień. To potok słów. Wszyscy mówią jak nakręceni – tak jak my teraz mówimy: newsowo, emocjonalnie. Żyją na krawędzi, odurzeni wódką, miłością albo ambicjami zrobienia wielkich interesów. Myślą o samobójstwie, ale boją się śmierci. Gdy przychodzi uspokojenie, jak to w farsie bywa, minione problemy biorą za urojenia skołatanego umysłu. Wystarczy jednak chwila nieuwagi, by kropla goryczy przelała czarę. Wtedy życie staje się melodramatem. Scenę, gdy Płatonowa (Borys Szyc) w pozornie banalnym zamieszaniu zabija kula z rewolweru, Glińska powtarza trzy razy – jak kluczowy kadr przewijanego filmu, kiedy nie możemy uwierzyć, że tragedia zdarzyła się naprawdę.
Perspektywa Michała Płatonowa jest pewnie inna: to fragment filmu życia, który w chwili śmierci ogląda się w przyspieszonym tempie. Reżyserka zdaje się mówić: żyjemy szybko, niedbale. I w błahy sposób możemy skończyć. Uważajcie! Znakomity akt drugi i trzeci zaciera nie najlepsze wrażenie po pierwszym. Glińska zinterpretowała go zgodnie z czechowowską prawdą, że ludzie opowiadają o swoich cierpieniach, ale nie słuchają innych. Pokazała to dosadnie – wszyscy aktorzy zajmują krzesła na proscenium. I gadają, gadają, gadają. Z widowni widzimy przekrzykujący się chór monologujących egoistów. Jakbyśmy siedzieli po drugiej stronie stołu u cioci na imieninach. Musimy grzecznie słuchać, nie mając szans na powiedzenie czegokolwiek. Pomysłu starczyło na kilkanaście minut. Szkoda. Ale drugi i trzeci akt to koncert aktorskich duetów i tercetów: Płatonow na karuzeli flirtów, romansów i zdrady. Odgrzewa studencki związek z Sonią (Katarzyna Dąbrowska). Nie może się oprzeć generałowej Wojnicew. Monika Krzywkowska czuje postać i tekst jak ryba wodę. Bryluje. Jest najlepsza. Gra kobietę pewną swej urody i inteligencji. Tym bardziej przeżywa dramat odrzucenia. Świetna jest Dominika Kluźniak – Sasza, żona Płatonowa. Otwarta i rozbrajająco szczera jak wtedy, gdy na widok powracającego męża zdejmuje majtki i rozkłada nogi. Nie kalkuluje. Kocha go pomimo wad, bo jest mężem. Andrzej Zieliński rewelacyjnie zagrał epizod koniokrada Osipa. Chrapliwym głosem. Na jednym oddechu. Bohaterowie Czechowa wystawiają "Hamleta" i początek trzeciej części Glińska wyreżyserowała jak szekspirowski teatr w teatrze. Duński książę ujawnił w "Tragedii Gonzagi" tajemnicę przeszłości – Płatonow śni koszmar przyszłości. Zmaga się z wyrzutami sumienia. Przychodzą do niego wszyscy, których unieszczęśliwił. Jednak nie zmądrzał. Borys Szyc gra dobrze, ale podziwiając świetny zespół Współczesnego, można mieć chwilami wrażenie, że główną rolę dostał na kredyt, dzięki wcześniejszym kreacjom. Gdy jednak jego Płatonow przykłada rewolwer do skroni i łka, że chce żyć, po prostu żyć, aktor udowadnia, że rozłożył siły na cały czterogodzinny spektakl. Trzeci akt i finał należą do niego.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL