Literatura

Milan Kundera: prozę może uratować reportaż

materiały prasowe
„Spotkanie”, nowy tom pisarza, to zbiór esejów o artystach i powieściach
Ubolewając, że prozę niszczą nowe i coraz bardziej skomplikowane techniki narracyjne, w ostatnich dziełach – „Powolności”, „Tożsamości” i „Niewiedzy” – czeski pisarz sam ich używał. Robił wrażenie sparaliżowanego nadmiarem wiedzy o uprawianym gatunku.
Coraz bardziej stawał się teoretykiem literatury. Nie wierząc w tradycyjne formy, starał się zaintrygować czytelnika tajnikami eksperymentu formalnego. Tak jakby podawał przepis na przesadnie wyrafinowany tort, którego i tak nikt nie jest w stanie docenić, a co dopiero upiec. Autotematyzmowi książek towarzyszyły eseje „Sztuka powieści” i „Zdradzone testamenty”. Pisarz wyrażał w nich podziw dla nieskrępowanej twórczej fantazji Rabelais’ego. „Spotkanie” kontynuuje ten wątek.
Nowy tom jest jednak słabszy od poprzednich, nie stanowi bowiem spójnej kompozycji. To zbiór tekstów zebranych, w większości już opublikowanych. Największą wartość ma „Brutalny gest malarza: o Francisie Baconie”. Zrodził się z przedmowy do albumu z autoportretami malarza, uznanej przez Kunderę za jeden z nielicznych tekstów, „w których mógł siebie rozpoznać”. Oparł esej na własnym doświadczeniu. Jeszcze przed emigracją do Francji spotkał się z piękną przyjaciółką. Po przesłuchaniach przez czechosłowacką milicję polityczną w sprawie pisarza była sparaliżowana strachem, nie radziła sobie z fizjologią. W przerażonej twarzy i rozdygotanym ciele Kundera spostrzegł to, co stanowi główny temat Bacona. I razem z nim zadaje kardynalne pytanie: Kiedy człowiek traci tożsamość i staje się zwierzęciem? Samobójcze okazują się dywagacje na temat podobieństw dzieł Bacona i Becketta. Kundera cytuje wypowiedź malarza o pisarzu: „Zastanawiam się, czy idee Becketta na temat własnej sztuki nie zabiły ostatecznie jego twórczości. Jest u niego coś zbyt systematycznego i zarazem zbyt inteligentnego”. I zwraca uwagę, że gdy jeden artysta wypowiada się o drugim, zawsze mówi pośrednio o sobie. Ironia losu polega na tym, że dotyczy to również autora „Spotkania”. „Czarna lista albo divertimento w hołdzie Anatolowi France’owi” jest pełnym goryczy minitraktatem na temat zawiści w środowisku literackim. Kanwę stanowi manifest Apollinaire’a z 1913 r., w którym rozdawał „róże” i „gówna”. Pierwszą przyznał sobie, to drugie Dantemu, Szekspirowi, Tołstojowi. Kundera z autopsji przytacza przykłady małostkowości pisarzy i politycznej poprawności: licznych ostrzeżeń, jakie otrzymywał, by nie chwalić Ciorana czy France’a. Małość największych powraca też jak echo w tekście poświęconym Oskarowi Miłoszowi, krewnemu Czesława, którego Gide nie włączył do słynnej antologii poezji francuskiej Gallimarda. Argumentował: „Po prostu nie znalazłem niczego, co wydawałoby mi się szczególnie godne przytoczenia”. Na listę niedocenianych przez sobie współczesnych Kundera wpisuje Leosza Janaczka, czeskiego kompozytora, którego popularyzował jego ojciec, wybitny pianista. Jest jeszcze jedna przyczyna sympatii dla autora „Janufy”: Janaczek był jednym z pierwszych, który oparł operę na tekście prozatorskim. Finałowy esej poświęcił Curzio Malapartemu, włoskiemu dyplomacie, który był attache kulturalnym w międzywojennej Warszawie. Podczas II wojny światowej zasłynął jako korespondent „Corriere della Sera” na froncie wschodnim. Co trudne do wyobrażenia, publikował teksty będące opisem bestialstwa nazistów, a także świadectwa Holokaustu. Trafił za to do więzienia. Kundera ceni autora „Kaputt” i „Skóry”, ponieważ dał szansę prozie: nowemu życiu na pograniczu fikcji i reportażu. masz pytanie, wyślij e-mail do autora [mail=j.cieslak@rp.pl]j.cieslak@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL