Unia Europejska

Prezydent UE z małego kraju?

Herman Van Rompuy
AFP
Belg czy Łotyszka? A może Brytyjczyk? Już w czwartek możemy poznać szefa Rady Europejskiej
Niemcy chcieliby, żeby przewodniczącym Rady UE, zwanym potocznie prezydentem Unii, został belgijski premier Herman Van Rompuy.
– Jeśli ta kandydatura upadnie, to nie z powodu niemieckiego rządu – zapewniał ambasador Niemiec w Brukseli Reinhard Bettzuege w wypowiedzi dla flamandzkiego dziennika „De Morgen”. Jak zauważył, dobrze byłoby, żeby na czele Unii, na nowo tworzonym stanowisku quasi-prezydenta, stanął przedstawiciel małego kraju. Prasa belgijska zauważa przy tym, jak dobrymi sąsiadami są Belgia i Niemcy. I przy okazji pisze, że w Kancelarii Premiera trwają już przygotowania do przeprowadzki Van Rompuya. Nie będzie miał daleko, bo siedziba nowego przewodniczącego Rady Europejskiej znajduje się przy tej samej ulicy.
[srodtytul]Stare i nowe nazwiska[/srodtytul] Na dzisiejszym szczycie w Brukseli mają zostać obsadzone dwa nowe stanowiska w UE: przewodniczącego Rady Europejskiej oraz wysokiego przedstawiciela UE ds. polityki zagranicznej i obronnej. – Jeśli pierwsze stanowisko obejmie chadek Van Rompuy, to drugie przypadnie socjaliście z dużego kraju – mówi „Rz” Piotr Kaczyński, ekspert brukselskiego Centre for European Policy Studies. Na giełdzie są nazwiska stare i nowe. Jest więc Włoch Massimo D’Alema. Polakom przeszkadza jego komunistyczna przeszłość, ale podoba się nastawienie proatlantyckie. Media piszą o jego słabej znajomości angielskiego i francuskiego. W szranki mogą z nim stanąć Hiszpan Miguel Angel Moratinos czy Francuzka Elisabeth Guigou. Z kolei Londyn nie rezygnuje z promowania kandydatury Tony’ego Blaira. Popierany niegdyś przez prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy’ego Blair nie cieszy się jednak sympatią Angeli Merkel. Również mniejsze kraje obawiają się zbyt silnej osobowości na czele UE, bo – ich zdaniem – Blair mógłby forsować interesy dużych krajów. Jak mówią nieoficjalnie polskie źródła, Blair nie ma szans i Brown używa tej karty tylko po to, żeby podbić stawkę. Na przykład za ważną tekę komisarza. Brytyjczycy panicznie boją się nowych unijnych regulacji finansowych i mogą chcieć wskazać swoją osobę, która w Brukseli chroniłaby londyńskie City przed unijnym przeregulowaniem. Na liście kandydatów są też osoby z naszej części Europy, jak była łotewska prezydent Vaira Vike-Freiberga czy estoński prezydent Toomas Hendrik Ilves, ale nie mają jednolitego forum poparcia. Jak mówią nasi polscy rozmówcy, ważniejsze jest poparcie dla naszych priorytetów niż geograficzne pochodzenie. [srodtytul] To nie casting[/srodtytul] Dyplomaci w Brukseli krytykują Szwedów, przewodzących obecnie Unii, i ich sposób prowadzenia negocjacji. Fredrik Reinfeldt dzwonił do wszystkich premierów i prosił ich o zgłaszanie kandydatów, nie dając żadnych sugestii. To spowodowało, że ma listę kilkudziesięciu nazwisk. W nocy miał zakończyć drugą rundę negocjacji telefonicznych z premierami. Jutro wieczorem powinna zapaść ostateczna decyzja. – Taki mam zamiar, ale wiem, że może to zająć kilka godzin, a może nawet całą noc – powiedział Reinfeldt. Jak nie będzie konsensusu, to odbędzie się głosowanie. Polska zabiegała, aby kandydaci zaprezentowali swoją wizję na kolacji przywódców. – Nie mówimy o żadnym castingu, nie chcemy występów publicznych. Tylko rozmowy o priorytetach w zamkniętym gronie przywódców – mówił minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski. Wiadomo jednak, że w przypadku przewodniczącego Rady Europejskiej taki zabieg się nie uda, bo kandydaci to często urzędujący premierzy, którym niezręcznie byłoby otwarcie mówić o swoim kandydowaniu, a następnie po przegranej wrócić do kraju. Polski pomysł może natomiast znaleźć poparcie innych w procedurze mianowania szefa unijnej dyplomacji. Według Sikorskiego nasz pomysł nie jest skonstruowany pod konkretnego kandydata. Niemcy nie zabiegają o żadne z wysokich stanowisk w Unii Europejskiej, ale dyskretnie pokazują swoje ambicje. – Jak już ta sprawa zostanie uzgodniona, to będą inne stanowiska do obsadzenia. I Niemcy przywiązują ogromną wagę do odgrywania porównywalnej roli – powiedział Werner Hoyer, wiceminister spraw zagranicznych tego kraju. Nie wymienił żadnej instytucji, ale dyplomaci – na których nieoficjalnie powołuje się „Financial Times” – twierdzą, że chodzi o funkcję prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Kadencja obecnego, Jeana-Claude’a Tricheta z Francji, upływa na jesieni 2011 roku i Angela Merkel ma podobno zamiar promowania na to miejsce Axela Webera, obecnego szefa Bundesbanku. – Ta logika wydaje mi się dziwna. Niemcy nie mają po prostu dobrego kandydata na szefa unijnej dyplomacji. A w EBC prezesem nie może być Niemiec, bo siedziba banku jest we Frankfurcie – uważa Piotr Kaczyński z CEPS.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL